wtorek, 16 grudnia 2014

Rozdział 10, czyli nowi znajomi...

WRESZCIE SIĘ ZA TO ZABRAŁAM.
KTA ciąg dalszy. :3

***


  Wstałam wcześnie. Bardzo wcześnie. Odgarnęłam włosy do tyłu i skopałam koc z łózka. Usiadłam na parapecie, przewieszając nogi przez okno i zapaliłam papierosa. Chłodny wiatr rozwiewał moje rozczochrane włosy. Pachniało już latem. Słońce dopiero zabarwiało się na różowo, więc miałam dużo czasu. Jak zwykle od dwóch tygodni obudziłam się przed świtem, dręczona wizją zewnętrznego świata. Tym razem nie będę widziała go tylko zza szpitalnego okna. Poczuję ten świat całą sobą. Świat, którego nie widziałam od sześciu lat, stanie przede mną otworem, a ja nie mam zamiaru zmarnować takiej szansy.
  Zaciągnęłam się gryzącym dymem, a po moim nadgarstku przesunęła się metalowa bransoletka. Natay sam ją zrobił ze znalezionego łańcucha i kawałka blachy. Nie brzmi dobrze, ale wygląda jak odzwierciedlenie mojego charakteru. Ostre, połączone ze sobą kawałki, głęboko raniące skórę, kiedy nieodpowiednio się z nimi obejdzie.
  Wyrzuciłam peta na ulicę. Usłyszałam dobrze znany mi dźwięk, choć lekko stłumiony przez dzielący nas dystans. Wychyliłam głowę trochę bardziej na zewnątrz i zobaczyłam to, czego się spodziewałam. Jake. Niepozorny, milutki, nienaganny, niewinny i bezkonfliktowy Jake. Właśnie ten grzeczny chłopak, starszy ode mnie o cztery taka, posuwał jakąś panienkę z burdelu Koci na samym środku ulicy. Zaśmiałam się cicho i dopingowałam chłopaka jeszcze przez chwilę. Od tygodnia była to już rutyna. Jake szybko wpasował się w nasze szeregi, odkrywając w sobie zboczonego psychola i krwawego fetyszystę. Wiedziałam, że tak z nim będzie. Mam nosa do takich ludzi.
  Wycofałam się do środka, kiedy laska szczytowała. Jake nie będzie miał dość i pójdzie pewnie po następną. I następną. I następną. Byłam ciekawa ile dziewczyn podobnych do tej jęczącej już przeleciał, skoro zawsze było mu mało,
  Przeszłam do kuchni w samych majtkach i po cichu zrobiłam sobie śniadanie na zimno składające się z dwóch kanapek i wczorajszej herbaty. Ostatnio uzupełnialiśmy zapasy, więc wybór mieliśmy dość duży, mimo to zdecydowałam się udać do więziennego magazynu. Nałożyłam koszulkę, spodenki, wzięłam buty w rękę i wyszłam cichaczem z domu. Buty nałożyłam dopiero na ulicy, kiedy byłam pewna, że nie obudzę Natay'a. Zapaliłam kolejnego papierosa i z nim między zębami ruszyłam do magazynu. Włamanie się do najmniej strzeżonego miejsca w Nr.1 nie było tak łatwe na jakie wyglądało. Przynajmniej dla nowicjuszy. Walnęłam dwa razy pięścią tuż nad zamkiem, kucnęłam z kawałkiem druta w dłoni, pogrzebałam nim chwilę w dziurce od klucza i po chwili kopnęłam w drzwi. Magazyn stał przede mną otworem. Przeszłam między półkami i wybrałam trzy najładniejsze jabłka jakie znalazłam. Zatrzasnęłam za sobą drzwi, spoglądając w niebo. Już niedługo znów ujrzę horyzont, jednak na razie zapowiadał się ciężki dzień. Roztarłam niedopałek o chodnik, wgryzłam się w jabłko i spacerkiem wróciłam do mieszkania.

  -Szybciej! Nie ociągać się! - wrzasnęłam do biegających ludzi, spoglądając na nich pobieżnie ze swojego wygodnego miejsca.
  -Nie czuję już nóg - jęknął jakiś chłopak.
  -Zaraz poczujesz moją, jak przestaniesz biegać! - zawołałam, przeglądając papiery.
  -Może zejdziesz tu do nas i poćwicz z nami, co? - zawołał Jake. Mówiłam, że pasuje do nas jak ulał. Chłopak szybko się nauczył, że każdego można do siebie przyciągnąć. Wystarczy jedno złe słowo, a koleś stał przed tobą.
  Spojrzałam na walające się przede mną papiery. Wszystko było już ustalone. Za dwa dni mieliśmy wyruszać, więc czemu nie pobawić się ten ostatni raz? Zeskoczyłam z dachu piętrowego domu lądując bezpiecznie na ziemi. Strzeliłam stawami palców z szerokim uśmiechem.
  -Czas na zabawę, panienki! - wrzasnęłam, puszczając się pędem między bloki. Skręcałam to w prawo, to w lewo, wspinałam się, chowałam, ale moich ludzi wszędzie było pełno. W końcu udało mi się ich zgubić, jednak mój tryumf nie trwał długo. Naokoło mnie zrobiło się jakoś dziwnie szarzej i zimniej. Spojrzałam na literki na murze, które z tej odległości były ledwo widoczne. -No i masz. Cholera jasna by to wzięła - westchnęłam, widząc nadchodzący gang prosto z Północnego Skrzydła. Obskurna mieścinka. Żadnej zabawy, sami szarzy i monotonii ludzie. Rzygałabym.
  -Proszę, proszę... Kogo my tu mamy? - zarechotał jakiś pryszczaty głąb. - Zgubiłaś się laleczko? Chodź, zaopiekujemy się tobą...
  -Jesteście tu nowi, co? - zagadnęłam, czując jak moje ręce żyjące własnym życiem, unoszą się ku górze.
  -Szefie, szefie - szepnął chłopak wyglądający na rok lub dwa starszego ode mnie. - Ona nie jest wcale tym za kogo ją uważasz.. Spójrz na jej oczy..
  Z gracją przeładowałam Berettę i starszy chłopak już nie żył. Tylko kilku wyciągnęło spluwy, reszta przeszła na tyły. Splunęłam na ziemię.
  -Więc jesteście nowi.. Nie macie jeszcze doświadczenia - mruknęłam wyciągając drugi pistolet.
  -Taka smarkula nie będzie mi mówiła, że nie mam doświadczenia. Pracuję w tej branży już 30 lat - warknął nosowym głosem facet, któremu ze złości poczerwieniały policzki. Rozbawiona spojrzałam na jego obwisły brzuch trzęsący się przy każdym ruchu i ryknęłam śmiechem. Umilkłam, poważniejąc nagle i wycelowałam. Pociągnęłam za spust, a zamachowiec padł jak długi między ludźmi. Kula minęła głowę grubego o kilka milimetrów. Miał dużo szczęścia.
  -Lepiej uważaj, bo jak widać nie wszyscy cię lubią - powiedziałam beznamiętnie. - Wcześniej chodziło mi o to, że nie wiece jak tu żyć, nie znacie zasad. - schowałam pistolet, krzyżując ręce na piersiach. - Oczekiwałam od was raczej podziękowań, a nie czegoś takiego - skrzywiłam się, widząc wciąż powiększającą się plamę na spodniach brzuchatego szefa. Jak oni dostali się do Nr.1? - Hej, ty - wskazałam lufą najwyższego mężczyznę.
  -Tak? - spytał grzecznie, kierując na mnie obojętny wzrok. Już go lubiłam.
  -Twój szef jest psychopatą czy coś? - spytałam szczerze ciekawa. Koleś pokręcił głową. Oh, czyli ani morderca, ani gwałciciel, ani psychopata. - To jak on się tu dostał? - zwiesiłam bezradnie ramiona, czując się jak nadzwyczajna gwiazda tego miejsca, gdzie otaczają mnie sami debile. Czy wszyscy ludzie z Północnego Skrzydła to idioci i niedorobione maminsynki?
  -Wrzucili nas tu zaraz po tym jak nie udała się akcja - wysoki skrzywił się. Przeczuwałam niezłą historię, ale zauważyłam, że nikt nie chce nic więcej powiedzieć. Trudno. I tak się w końcu dowiem o co chodzi.
  -Dacie się zaprosić do naszej bazy? Potraktujcie to jako przeprosiny za przestraszenie szefa - schowałam drugą spluwę i przekrzywiłam głowę w oczekiwaniu na odpowiedź. Mężczyzna obejrzał się na swoich kompanów, którzy pokiwali głowami. Zdecydowali się wykluczyć ze swojej grupy byłego już szefa, którego pozostawili samego sobie. Stawiam wszystko co mam, że nie dożyje jutra. Zwartą grupą ruszyliśmy do Zachodniego Skrzydła w milczeniu. Po kilku minutach zza rogu wybiegł Drow.
  -Chodźcie! Tu jest! - wrzasnął i po chwili cały skład gangu stał naprzeciwko nas. Patrzyli to na ludzi mnie otaczających, to na moją twarz.
  -Kto to? - spytał Natay. Nikt się nie ruszył, choć widziałam, że chcą zakończyć naszą grę w 'berka' trochę inaczej niż zwykle.
  -Nie wiem - wzruszyłam ramionami. Odwróciłam się do ludzi, którzy ze mną przyszli. Spojrzałam na każdego z nich, każdego z osobna twarz już pamiętałam. Wystarczyło odegrać swoją rolę i już będę miała ich w garści.  Rozłożyłam szeroko ramiona i uśmiechnęłam się przyjaźnie. - Witam w Zachodnim Skrzydle.
  Przez chwilę było całkowicie cicho, jednak między gangami nie zawrzało. Wręcz przeciwnie, co bardzo mnie zdziwiło. Ludzie witali się przyjaźnie, przedstawiali swoich kolegów i wymieniali się spostrzeżeniami na temat Nr.1. Poprowadziłam obie żywo rozmawiające ze sobą grupy do naszej bazy. Tam piliśmy, gadaliśmy, graliśmy w karty i wygłupialiśmy się jak jeszcze nigdy.
  -Tak w ogóle to jak się nazywasz? - spytałam mężczyznę siedzącego obok, który popijał jakiś tani alkohol, jedyny jaki tu dostarczano. Nikt nie wiedział skąd jest sprowadzany ani jak się nazywa, ale procenty to procenty. Ważne, żeby dawały kopa.
  -Sil - mruknął. Popatrzyłam na niego chwilę dłużej, po czym wzruszyłam ramionami. Poważny jest. Pewnie psychol jakiś czy co.
  -No więc, Sil...Opowiesz mi więcej o tej nieudanej akcji, o której wspominałeś? - spytałam patrząc na rozgrywający się przede mną pokaz umięśnienia ciał męskich.
  -Klasycznie. Jakiś świeżak za bardzo podjarał się swoją pierwszą akcją i opowiedział o niej kumplom. Za bardzo się rozniosło. My o niczym nie wiedzieliśmy, a na miejscu spotkania był cały lokalny oddział policji - skończył mówić i znów upił łyk gorzkiego czegoś. Zaśmiałam się głośno. Z dużego, starego radia leciały tylko stare, dobre zespoły. AC/DC, Slipknot, System of  a Down, Limp Bizkit, Hollywood Undead.. Żyć, nie umierać. Nr.1 to raj na ziemi. - A wy? Za co tu trafiliście? - z zamyślenia wyrwał mnie głos Sila. Wzruszyłam ramionami.
   -Każdy za co innego. Wystarczy trochę popytać, a znajdziesz tu różnych pojebów. Od pedofili, przez seryjnych morderców, po chorych psychicznie gwałcicieli - odparłam lekko. Trzymając papierosa w zębach, pstryknęłam zapalniczką, jednak ta nie zadziałała. Zaklęłam siarczyście. Sil zawołał jakiegoś kolegę, który wręczył mu zapałki. - Dzięki - powiedziałam po chwili, zaciągając się dymem.
  -Nie wpadliście razem? - zdziwił się Sil. Pokręciłam głową, wypuszczając z płuc potężną dawkę dymu.
  -Jesteśmy zlepkiem najgorszych kryminalistów z całego świata. Mamy speca od trucizn. Chin, pokaż się! - wrzasnęłam. Mały skośnooki Azjata poderwał się do góry. Kiedy przekierowałam wzrok gdzie indziej, usiadł z powrotem. - Mamy Afrykańczyka, który myśli, że jest ninją i każe do siebie mówić Ichi. Mamy cichych i głośnych zabójców. Mamy psycholi i zupełnie normalnych. Mamy skomplikowanych i całkowicie prostych umysłowo ludzi. Mamy głupich i mądrych. Sadyści, masochiści, narkomani, alkoholicy, pedofile, gwałciciele.. Póki nie ma z nikim większych problemów, to przyjmiemy każdego - wyjaśniłam. Sil tylko kiwał głową, zerkając co chwilę za siebie. Mania prześladowcza? Schizofrenia? Boi się, że jego kumple zaczną rozrabiać? A może boi się, że zostanie zgwałcony przez któregoś naszych?
  A ty? Za co tu trafiłaś? - zainteresował się. Cały czas był spięty jak dziewica przed pierwszym razem. Kurde, stary, spokojnie. My nie gryziemy. My tylko zabijamy.
  -Morderstwo - ucięłam temat, zmieniając ton głosu. Zaciągnęłam się dymem. Natay tu patrzył. Cały czas. Czułam to. Czułam jego wzrok z pomiędzy plątaniny ciał. Gorący, intensywny, pełen pożądania. Odwróciłam się do niego tyłem, opierając łokcie o bar. - Ile masz lat? - wypaliłam nagle. Sil zerknął na mnie rozbawiony.
  -Na ile wyglądam?
  Przewróciłam oczami.
  -Nie jesteśmy w tanim barze, a ty nie jesteś kobietą, żeby się tak bawić - westchnęłam. Sil nie odpowiedział tylko zajął się swoją szklanką. Z tego co widziałam wcześniej idąc za nim, miał bardzo szerokie barki i silnie umięśnione ramiona. Jasnobrązowe włosy sterczały mu na wszystkie strony bez używania żelu. Chociaż... Skąd miałby tutaj wziąć żel do włosów? Na policzkach i brodzie zauważyłam kilkudniowy zarost. I teraz najważniejsza kwestia. Oczy. Intensywnie srebrne i błyszczące jak ostrze noża. Głównie to w nich dopatrzyłam się informacji o wieku i stanie psychicznym Sila. Spojrzałam z powrotem na szklankę, szacując informacje. - Dwadzieścia osiem do trzydziestu jeden - wyszeptałam do siebie.
  -Dokładnie to dwadzieścia osiem i pół, ale i tak byłaś blisko - mruknął Sil. Uśmiechnęłam się pod nosem. Teraz czas na mnie. Będzie mnie oceniał. Nikt nie wiedział ile naprawdę mam lat, nawet ludzie z mojego gangu ledwo się domyślali. Umownie miałam 18, ale tu każdy posiadał coś umownego.. Na przykład zdrowie psychiczne. Cierpliwie czekałam na wyrok, kiedy Sil przyglądał mi się tak jak przed chwilą ja jemu. Pociągnął łyk alkoholu i westchnął. - Osiemnaście - uśmiechnęłam się. - Właśnie to chcesz usłyszeć. Tu każdy pewnie mówi, że osiemnaście, bo na tyle wyglądasz. Wątpię, żebyś miała mniej niż dwadzieścia lat. Po prostu młodo wyglądasz - spojrzał na mnie. Próbowałam doszukać się w jego wzroku kpiny lub wyższości, ale niczego takiego nie znalazłam. Roześmiałam się głośno. Sil zerknął na mnie zdezorientowany. Otarłam łzę rozbawienia i wskazałam okno, przez które wpadało pomarańczowe już światło zachodu słońca.
  -Myślę, że będzie lepiej, jeśli sobie pójdziecie. Robi się późno, a Zachodnie Skrzydło to najgroźniejsza strefa na świecie - wydusiłam chichocząc. Sil dał znak kumplom, żeby się zbierali, a po kilku minutach żegnaliśmy się w drzwiach. Sil wychodził ostatni. Zapałam go za ramię. - Mam szesnaście lat - szepnęłam mu na ucho. Ten zesztywniał patrząc prosto w moje oczy. Uwierzył mi. Wiedziałam to. Puściłam go i pomachałam na pożegnanie. Na plecach nadal czułam palący wzrok Nataya. Tylko on potrafił mnie rozpalić samym spojrzeniem. Tej nocy praktycznie nie spaliśmy.


***


No. Obiecałam, że będę pisać w grudniu, to piszę. xD
Przepraszam, że dopiero teraz, ale wcześniej miałam zapierdziel w szkole związany z ocenami.
Teraz będę wstawiała rozdziały częściej.
Jako, że nie mogę się prawie ruszać, to na pewno będę więcej pisała.
Miłego życia, miśki.
Do następnego. ♥

sobota, 9 sierpnia 2014

Rozdział 9, czyli planowanie czas zacząć.

wreszcie zabrałam się za ten nieszczęsny rozdział.
napisałam go podczas pierwszego dnia pobytu w szpitalu. xDD

***

  -No dobra ludzie! Spokój! - zawołała Can, kiedy wszyscy zebraliśmy się tydzień później. Ona, ja i Natay staliśmy na środku naszej bazy, a na około nas panował chaos jaki trudno było wyrazić słowami. Pod moją nieobecność do gangu dołączyło około dwudziestu pięciu ludzi, a tym trzech dziewiętnastolatków i dwie dwudziestopięciolatki.
  -Zamknąć ryje wy pokurwione przyjeby! - ryknęłam wskakując z hukiem na stół. Zapanowała cisza. Uśmiechnęłam się szeroko i wskazałam na towarzyszącego mi, nowego chłopaka. - Jakiś tydzień temu dołączył do nas Jake. jest spoko gościem, ale ma nierówno pod sufitem, więc pasuje do nas jak ulał. Nie gnoić mi go, bo to cipa i się zaraz popłacze. Nie radzę też go denerwować, bo chyba jest niebezpieczny - zawahałam się i spojrzałam na Jake'a. - Jesteś? W sensie, że niebezpieczny - gwałtownie zaprzeczył, więc uśmiechnęłam się szeroko. - Czyli jest. To mniej więcej tyle co do ogłoszeń parafialnych. Teraz czas na sprawy ważne i ważniejsze. Natay - zaprosiłam chłopaka do siebie gestem ręki. Usiadłam na stole, robiąc mu miejsce.
  -Na początek zaznaczam, że wszystko wymyśliła Luza i zmusiła mnie do wygłoszenia tej cholernej przemowy. Żale i skargi kierować do naszej sekretarki na piśmie - wskazał na mnie. Pokazałam mu ukradkiem środkowy palec, ale on kontynuował niezmordowanie. - To tak. Nasz kochany kapitan chce uciec z Nr.1. Tak Luziu, jesteś facetem. Uciekamy całą grupą oczywiście. Nie żeby coś. Spidalamy stąd wszyscy razem. I tu zaczyna się problem. Większą grupą będzie ciężej. Przy standardowej ucieczce złapaliby co najmniej połowę z obecnych. Ale! Po pierwsze, to nie żaden inny gang, tylko nasz, najlepszy i najgroźniejszy w całym Nr.1. Po drugie jesteśmy tu ja, Black Candy i oczywiście Luza. Po trzecie, mamy wtyki w dowództwie i straży, a po czwarte... Luza ma ukryty, prywatny motyw i nie zrezygnuje z niego, choćby miało się palić i walić.
  -W skrócie... - powiedział ktoś z tyłu. - Zwiewamy stąd?
  -Dokładnie - potwierdziłam, a wtedy podniosła się wrzawa. Przygryzłam wargę, żeby nie wrzasnąć, jednak jeszcze chwila wystarczyła, żebym pękła. Otworzyłam usta i w tej samej sekundzie zrobiło się cicho. Nie wydawszy z siebie żadnego dźwięku, uśmiechnęłam się szeroko.
  -Całym planem i dyskusją zajmiemy się ja, Can, Luza i kilkoro z was, których wybierzemy poprzez naszą grę - objaśnił Natay spokojnie. Can pokiwała głową, zajmując miejsce na stole obok mnie. Starsi członkowie gangu mruczeli między sobą zadowoleni, a ci nowi rozglądali się niespokojnie. Rozumiałam ich. Gra w Nr.1 nie oznacza niczego dobrego.
  -Na... Na czym będzie polegać ta ... rozgrywka? - spytał rudy nowicjusz. Prychnęłam słysząc ostatnie słowo.
  -Nie trzęś dupą. Nikt nie zginie, nikt nie ucierpi ani nic z tych rzeczy... Chyba - zaśmiałam się szczerze. - Musicie polegać na swoim sprycie. Ja idę wszystko przygotować, a wy czekajcie. Can i Nat powiedzą wam co macie robić. Adios kicie! - zawołałam odbiegając do pokoju obok. Nasza baza mieściła się w starym, ogromnym barze. Głównej sali nie tknęliśmy, bo była zbyt fajna na przeróbki, ale trzy boczne pomieszczenia przerobiliśmy na pokój tajnych spotkań i dwa magazyny. Do tegoż właśnie tajnego pokoju się kierowałam. Na stole stało już sześć szklanek ustawionych w jednej linii. Pierwsze trzy napełniłam zielonkawą wodą, a resztę zostawiłam w spokoju. Obok położyłam kartki, które ukradłam z Zachodniego Skrzydła. Na każdej narysowałam dziewięć kropek, które układały się w kwadrat z jedną kropką na środku.
  -Gotowe! - wrzasnęłam. Usłyszałam kotłujących się pod drzwiami ludzi.
  -Wpuszczać pierwszego? - spytał Natay, wtykając łepetynę przez szparę między drzwiami a futryną. Kiwnęłam głową, a po chwili pierwszy delikwent siedział już naprzeciwko mnie.
  -Siadaj - wskazałam krzesło po drugiej stronie stołu. - Nie kojarzę cię. Jesteś nowy? - chłopak skinął śmiało głową. - Jak myślisz? Podołasz temu jakże trudnemu zadaniu? - wskazałam rozstawione przed sobą rekwizyty.
  -Ja nie dam rady? - zaśmiał się. Spojrzałam na niego kpiąco, po czym przesunęłam palcem nad szklankami.
  -Musisz zrobić tak, żeby szklanki były ustawione naprzemiennie, jedna pusta, druga pełna. Możesz poruszyć tylko jedną szklankę - założyłam ręce na piersiach i patrzyłam rozbawiona jak rudzielec męczy się z zadaniem. Po półtorej godzinie dowiedziałam się, że ze wszystkich moich czterdziestu ludzi tylko czwórka nie jest bezmyślną maszyną do życia. Wyszłam z pokoju z ową czwórką i stanęłam na stole. - Cały patent ze szklankami polega na przelaniu wody ze drugiego naczynia od prawej strony do drugiego naczynia od lewej strony. A kropki wystarczyło połączyć czymś na wzór łuku wychodząc poza ten narysowany kwadrat. - wytłumaczyłam pokazując całą 'magię' dwóch sztuczek.
  -I to jest ten cały 'test'? Też mi coś - prychnął jakiś koleś stojący za mną. Odwróciłam się gwałtownie. - Co? Coś nie pasuje, generale? - żachnął się, wyginając usta w obleśnym uśmiechu. Odwzajemniłam ten gest lekkim uśmiechem i zeskoczyłam ze stołu. Powoli, powolutku podeszłam do tego oblecha, a ten oblizał lubieżnie wargi. Kpiący wzrok faceta zgasł, kiedy moja dłoń ścisnęła jego gardło.
  -Jeszcze raz zrób taką minę, a wyryję ci ją rozżarzonym nożem na dupie - wycedziłam, mocniej zaciskając palce na miękkim gardle.
  - Przepraszam za niego. Proszę, puść - powiedziała jedna z nowych dziewczyn, tych co dopiero dołączyły. Spojrzałam na nią z byka, ale spełniłam jej prośbę, odpychając faceta jak najmocniej.
  -Więc... Wiecie już, że to właśnie ta czwórka zdała test - powiedziałam bez cienia uśmiechu, wskazując ludzi stojących za mną. - To oni będą pomagać nam układać plan ucieczki i go realizować. Przy okazji mianuję ich kapitanami oddziałów I, II, III i specjalnego.
  -Ale jak to? To nie ty byłaś kapitanem? - syknął Jake. Siłą powstrzymałam się od wbicia mu łokcia w brzuch.
  -Ja jestem dowódcą, Natay i Candy są moimi pomocnikami, a oni kapitanami. Tak wyszło i tak będzie. Koniec kropka i zamknij ryj - warknęłam. - A teraz! - zawołałam. - Robimy test sprawnościowy. Tor z przeszkodami. Przy wyjściu każdy dostanie kartkę z trasą. Musicie ją przebyć w jak najkrótszym czasie. Wtedy zobaczymy co i jak. A teraz wypierdalać! - zawołałam. Ludzie powoli przesuwali się ku drzwiom, by za nimi puścić się biegiem każdy w swoją stronę. Kiedy w pokoju zostało tylko siedem osób najwyższych rangą, dałam upust swojej wściekłości. Podniosłam stół i z dzikim wrzaskiem rzuciłam nim w ścianę.
  - Spokojnie Luza. Tylko spokojnie - zaczęła Can.
  - Wkurwiłam się! - wrzasnęłam całą mocą nagromadzoną w płucach. Odetchnęłam kilka razy głęboko i względnie spokojna przytachałam stół z powrotem. Wskazałam dłonią, żeby każdy zajął miejsce przy okrągłym stoliku i sama opadłam na krzesło.
  -Więc - zaczęłam, a wszyscy automatycznie zamienili się w słuch. Oprócz Nataya, który molestował moje włosy, ale byłam do tego przyzwyczajona. - Zacznijmy od tego, że Liz i Rich będą pod dowództwem Can, a Drow i Hader pod Natay'a.
  -Czemu akurat tak? - spytała nieśmiało Can.
  - Jak to czemu? Ktoś musi przecież ogarnąć psychozę Nataya i dodać tobie trochę szaleństwa - wszyscy spojrzeli na mnie zszokowani. Nawet Natay, który nie przestawał gnieść moich włosów. Przez chwilę wszyscy patrzyliśmy na siebie w milczeniu, ale ja nadal nie mogłam wyłapać tego niemego pytania, które oni do mnie kierowali. Po chwili jednak zrozumiałam o co chodziło.
  -Tak, tylko dlatego was tak przydzieliłam. macie po prostu ogarniać siebie nawzajem - uśmiechnęłam się. Plan doskonały. - Przechodzimy dalej. Pierwsze piętnaście osób, które tu przybiegnie, będzie w specjalu prowadzonym przez Richa. Następne dwanaście osób będzie w I drużynie Liz. Kolejna dziesiątka to Dwójka pod komendą Hadera, a reszta to Trójka Drowa. Zrozumiano? - wyszczerzyłam się jak debil do kwiatka.
  -Czemu jest takie rozstawienie osób? - spytała Liz, zabierając głos jako pierwsza spośród nowicjuszy. Zaklaskałam na jej cześć.
  -Nareszcie sensowne pytanie - westchnęłam. - Otóż ci, którzy radzą sobie najlepiej, nie będą wchodzić sobie w drogę, więc jest ich najwięcej. Im gorzej idzie kolejnym grupom, tym mniej w nich osób. Wszystko może się zmienić po treningu. Będziemy przenosić ludzi pod koniec wyznaczonego na ćwiczenia czasu.
  -Koniec siedzenia. Czas wracać do roboty - Can szturchnęła mnie w ramię wskazując drzwi. Pierwsze osoby właśnie dotarły i zakwalifikowały się tym samym do specjalnej grupy.
  Przez cały pieprzony dzień siedzieliśmy nad głupim zapisywaniu drużyn i ich członków, bo ktoś co raz mylił się w pisowni swojej ksywki albo w kolejności, w której przybiegł do bazy. W końcu, po ogarnięciu wszystkiego, ludzie rozeszli się do domów. Ustaliliśmy, że zamieszkają grupami, tak jak ich przydzielono po biegu. Ja, Can i Natay mieliśmy zamieszkać razem jako dowództwo, ale...
  -Co to to nie! - zaprzeczyła gwałtownie Can. - Ja nie mam zamiaru spać z wami pod jednym dachem i wysłuchiwać jak o Bóg wie której godzinie będziecie się pieprzyć. Won! - powiedziała, zatrzaskując drzwi przed naszymi nosami. Spojrzałam na Natay'a, Natay spojrzał na mnie i zaczęlismy się śmiać. W wesołych humorach wróciliśmy do domu i po szybkiej kolacji, położyliśmy się spać.
  -Pobudka! - wrzasnęłam wskakując Natay'owi na łóżko i przygniatając go sobą. Chłopak poderwał się do góry przerażony, ale widząc mnie, tylko się roześmiał.
  -Dzień dobry, kochanie - szepnął całując mnie w usta. Spiekłam buraka i wybiegłam z pokoju pod pretekstem parcia na pęcherz. O 10.00 oboje byliśmy gotowi do pierwszego zebrania dotyczącego ucieczki z Nr.1, z twierdzy, z której nie powinno się mieć szansy uciec. Nie na darmo przesiedziałam ostatni tydzień zawalona papierami zapisanymi z obu stron, od góry do dołu. Analizowałam, zdobywałam informacje i oceniałam. Jedną z najciekawszych informacji dostałam od swojego zaufanego informatora. Dotyczyła ona strażników czterech głównych bram wyjazdowych. Za półtora miesiąca rekruci szkolący się na strażników będą pilnowali bramy w Północnym Skrzydle. Za dwa i pół miesiąca tak samo będzie we Wschodnim Skrzydle. Miesiąc po tym taka sama sytuacja będzie miała miejsce w Południowym Skrzydle. Na szarym końcu było Zachodnie Skrzydło. Tutaj rekruci będą dopiero za cztery i pół miesiąca.
  Wspólnie postanowiliśmy zaatakować Północną Bramę. O ile nie będziemy działali podręcznikowo, powinno nam się udać. Nie mogę tego spieprzyć. Muszę jeszcze paru osobom wpakować kulkę w łeb zanim umrę. Niecodziennie dostaje się szansę na ucieczkę z najbardziej strzeżonego miejsca na świecie.

***

skończyłam.
jestem dumna.
zdążyłam to napisać w jeden dzień.
heheherehe.
dość nołlajfienia na dziś.
idę grać w kosza.
miłego. ♥

sobota, 28 czerwca 2014

Rozdział 8 : Co było potem, zanim przyszło teraz

ostatni rozdział był fajny.
ten też będzie ;3

***

  -Przepraszam - szepnęłam miłym głosem. Pan, do którego się zwróciłam, odwrócił się gwałtownie w moją stronę, po czym zamarł w miejscu patrząc to na mnie, to na karabin, który niezdarnie trzymałam w ręku. -Przepraszam, że przeszkadzam, ale mógłby mnie pan zaprowadzić do tego miejsca? - spytałam miło, wskazując czerwony X na mapie, którą rozłożyłam na ziemi. Starszy pan kucnął obok mnie, po czym kazał mi iść za sobą. Poczekał aż schowam mapkę do kieszeni i po chwili ruszyliśmy. Idąc usłyszałam jak mężczyzna mówi do siebie, że zapewne dostałam się tu przez nieszczęśliwy wypadek. Prychnęłam rozbawiona, ale ukryłam to pod zmęczonym kaszlem. Starszy pan szedł przodem, ja - zaraz za nim. Poprawił plecak zwisający z jego ramienia, a wtedy w moim mózgu coś zaskoczyło.

Obliczyłam.
Wyliczyłam.
Wymierzyłam.
Wystrzeliłam.

  Odsunęłam od twarzy karabin. Staruszek opadł na ziemię, nie zdając sobie nawet sprawy ze swojej szybkiej śmierci. Kula przeszyła skórę, kość potyliczną, płat potyliczny, spoidło wielkie, płat czołowy, kość czołową, by na samym końcu wyrwać dziurę dokładnie na środku jego czoła. 
  Uklękłam koło górnej części ciała starszego pana i odłożyłam na bok karabin. Przyłożyłam delikatnie palce do szyi mężczyzny. Puls był już praktycznie niewyczuwalny, więc podniosłam jego ramię i zdjęłam z niego plecak. Otworzyłam go i wysypałam jego zawartość. Jedna strzykawka, kilka opakowań leków, notes i reklamówka z jedzeniem. Głodna jak wilk wgryzłam się w trochę przytwardą bułkę i zapiłam ją świeżym mlekiem. Przeżuwając powoli, spakowałam do plecaka zabezpieczony karabin, notes i leki. Strzykawkę rozwaliłam podeszwą buta i zarzuciłam plecak na plecy. Ruszyłam przed siebie, szukając kolejnego pana.
W końcu go zauważyłam. Wysoki, czarnowłosy, barczysty, w porwanych jeansach i szarej koszulce, w której było więcej dziur niż materiału. Zaśmiał się nagle, odrzucając do tyłu włosy sięgające mu do ramion. W dwóch palcach trzymał niedopalonego papierosa. Stanęłam zaraz za mężczyzną i zaczekałam na dobry moment na zaczepienie go. 
  -Ej, Barney. Jakiś dzieciak za tobą stoi - powiedział niski, gruby rozmówca mężczyzny, który zerknął za siebie. Uśmiechnęłam się, wyobrażając sobie jak wbijam mu nożyczki w jego ciemne oczy, które teraz rozszerzyły się ze zdziwienia. Powiedział swojemu koledze, żeby poszedł po 'naszych', po czym kucnął przede mną. 
  -Cześć, mała. Co tu robisz? - spytał miło.
  -Chciałam poprosić, żeby mi pan powiedział gdzie jest to miejsce - powiedziałam, rozprostowując mapkę na ziemi i wskazując zamazany na szybko X. Mężczyzna podrapał się po głowie, po czym wstał i wyciągnął do mnie rękę. Wepchnęłam kartkę do kieszeni i wytarłam niezdarnie dłonie o kombinezon. Lewą ręką złapałam jej większą i bardziej szorstką odpowiedniczkę. Ruszyliśmy powolnym krokiem przed siebie. Raz skręciliśmy w prawo, raz w lewo i przeszliśmy na koniec ślepego zaułka. Mężczyzna zwany Barney'em otworzył drzwi. Uderzył we mnie za głośny gwar, jakieś krzyki, trzask tłuczonego szkła i pojedynczy wystrzał. Barney wziął głęboki oddech.
  -CISZA! - wrzasnął głębokim głosem. Wszystko ucichło, zamarło i praktycznie zawisło pod zimnym wzrokiem Barney'a, którym otaksował wszystkich siedzących w środku. Poczułam jego rękę na swoich plecach. Już chciałam sięgnąć do swojego plecaka, ale mężczyzna tylko popchnął mnie lekko do przodu. - Gdzie szef? - spytał głośno. Ludzie rozstąpili się, robiąc przejście dla niskiego, grubego mężczyzny o kobiecych rysach. Łysa czaszka połyskiwała w słońcu. Łysek podszedł do nas i przyjrzał mi się dokładnie.
  -Kto to? - warknął , patrząc ukosem na Barney'a. Mężczyzna opowiedział swojemu szefowi to, co ja opowiedziałam jemu.
  -Tyle wiem, Kirk. Albo ta mała naprawdę to zrobiła, albo była świadkiem rzezi i ześwirowała - Barney niepewnie przyglądał się szefowi, który złapał mnie za brodę i obracał moją twarz w każdą stronę. Popatrzyłam na Barney'a, ale on stał spokojnie, więc się nie wyrwałam, choć mogłam zrobić to w każdej chwili. Kirk zamyślił się na moment.
  -Dobra - powiedział, biorąc się pod boki i uśmiechając się szeroko. - Wezmę ją. Kocia się ucieszy.
  Barney zamarł, a szybki rzut okiem na jego twarz utwierdził mnie w przekonaniu, że nienawidzi swojego szefa. Kirk objął mnie ramieniem i poprowadził przez pomieszczenie, z którego przeszliśmy do małego pokoju. Łysek zamknął drzwi na prowizoryczny zamek i zwrócił się do mnie z obleśnym uśmiechem.
  Rozbieraj się. Muszę ocenić czy się nadajesz - mruknął, a jego oczy zmieniły się drastycznie. W ciekawskich do tej pory tęczówkach, ujrzałam szaleństwo i podniecenie. Jeszcze chwila, a nogi zaczęłyby pode mną drżeć. Wspomnienia sprzed pół roku zaczęły leniwie ożywać, jednak w porę się opanowałam. Zsunęłam powoli plecak z ramion. Postawiłam go przed sobą i zaczęłam szybko myśleć. Oceniłam sytuację. Rozłożyłabym go gołymi rękoma, ale on ma za plecami cały gang mocno napakowanych kolesi, w tym tego, który mnie tu przyprowadził. Zaatakowaliby mnie, gdybym wyszła z krwią na ciuchach, a ze mną nie byłoby ich szefa. Pomyślałam jeszcze chwilę, po czym westchnęłam zrezygnowana. Czas zrobić swoje. Wsadziłam rękę do tylnej kieszeni kombinezonu i palcami wymacałam scyzoryk na sprężynkę, który ukradłam od pierwszego zabitego tu człowieka. Rozłożyłam nożyk za plecami i już miałam nim rzucić w szyję szefuńcia, gdy usłyszałam zduszone wołanie zza drzwi. Ktoś wołał Barney'a. Wzruszyłam ramionami, ale tym razem nie zdążyłam nawet ruszyć ręką. Drzwi wyleciały z zawiasów, a w ich miejscu pojawił się Barney.
  -Mówiłem ci, że się nią zaopiekuję, więc wypierdalaj stąd! - wrzasnął szef, a jego brzuch podskoczył wściekle. Czarnowłosy mężczyzna stanął między nami, a jego plecy całkowicie mnie zasłoniły. Miałam czyste pole. Pomyślałam przez kilka sekund i podjęłam natychmiastową decyzję.

  -Ja doskonale wiem, co ty jej chciałeś zrobić...
  Rozpięłam plecak.
  -Może i zostałem tu zamknięty za wielokrotne morderstwo...
Wyjęłam karabin.
  -Ale nigdy nie pozwolę, żebyś zrobił świństwo tak małemu dziecku!
Odbezpieczyłam go...
  -Już dawno chciałem cię sprzątnąć, ale nie miałem okazji!
i uniosłam do góry.
  -Jesteś tylko starym, obleśnym pedofilem, jebany grzybie!
Wymierzyłam prosto w głowę.
  -Tym razem nie pozwolę ci dalej żyć. Zginiesz za wszystkie twoje ofiary!
Położyłam palec na spuście...
  -Dziś zginiesz, rozumiesz?!
 i zdecydowanie go nacisnęłam.
  
  Kula przeleciała pod podniesionym ramieniem Barneya i utknęła w czaszce Kirka. Huk wystrzału sprowadził kilku ciekawskich ludzi. Co zobaczyli po wyjrzeniu zza rogu?
  Leżącego pod ścianą, martwego Kirka.
  Zamarłego w pół kroku Barneya z pięścią gotową do uderzenia.
  Małą dziewczynkę, klęczącą przed rozpiętym plecakiem.
  A w ręku trzyma karabin wycelowany w szefa.
  Uśmiecha się, nie mogąc dostrzec światła życia w oczach mężczyzny.

  Pierwszym komentarzem zgromadzonych było jedno, chóralne "ja jebie". Potem wszystko potoczyło się z górki. Barney został nowym szefem i przyjął mnie do gangu, obwieszczając, że od tej pory jestem jego córką. Kocia chciała mnie wziąć do siebie i 'wyszkolić' na swoją prawowitą następczynię, ale mój nowy ojciec jej na to nie pozwolił. Dopiero kilka dni później dowiedziałam się, że właśnie ta kobieta jest prostytutką i właścicielką tutejszych trzech burdeli.
  -Słuchaj mała - powiedział Barney pod koniec mojego czwartego tygodnia pobytu w Nr.1, po czym postawił przede mną moją kolację. - W naszym gangu jest chłopiec w mniej więcej twoim wieku. Jutro powinien tu być. Nie wie, że do nas dołączyłaś, więc bądź ostrożna.
  -Czemu? - spytałam z pełnymi ustami. Barney niespodziewanie dobrze gotował, za co dostał u mnie dodatkowe punkty jako ojciec. Westchnął głęboko.
  -On.. Jakby to powiedzieć.. Nie jest do końca normalny. On urodził się tutaj, w Nr.1, między murami tego miasta. Od małego jest wychowywany na zabójcę, więc jest trochę cholernie niebezpieczny, o to mi chodziło - zaśmiał się głośno. Po następnej godzinie spędzonej na rozmowie o tutejszym życiu, poszliśmy spać do oddzielnych pokoi.
  Coś wtargnęło do mieszkania Barney'a. Czułam to. Czułam, że ktoś albo coś wlazło do mojego pokoju przez okno i teraz patrzy na mnie, stojąc gdzieś w tym pomieszczeniu. Udawałam, że nadal śpię, jak to robiłam, kiedy Matthias przychodził do mnie w środku nocy. Oddychałam miarowo, nie warząc się nawet ruszyć. Jak ja się cieszyłam, że pamiętałam o tym co mówił Barney. Nie wszyscy ludzie śpią w nocy, więc zawsze muszę mieć przy sobie broń. Przynajmniej póki nie urosnę. Zacisnęłam dłoń w pięść. Jakimś cudem nóż nie wypadł z moich rąk kiedy spałam. Może jednak nie jestem taka pechowa jak mówią?
  -Nie ruszaj się - warknął ktoś. Oh, więc to człowiek. Wnioskując po głosie, był to chłopak. Przynajmniej tyle wiem. Westchnęłam ciężko w myślach. Przez chwilę było zupełnie cicho. Czułam, że intruz powoli zbliża się do mojego materaca. Skoczył. Obróciłam się na plecy, wyciągając przed siebie nóż, wymierzony z przerażającą precyzją. Nasze ciała zatrzymały się w tym samym momencie. Mierzył do mnie z dość małej broni palnej, którą przystawił mi do czoła. W świetle księżyca błyszczało ostrze przystawione do szyi chłopaka. -Kim jesteś? - warknął, przyciskając wylot lufy do środka mojego czoła. Myśl, myśl, szybko. Skoro chłopak tak się zachowuje, to musi znać kogoś kto tu mieszka albo lubi znać imię swojej ofiary. Bardziej stawiałam jednak na to, że zna Barney'a. Mam! To jest myśl!
  -Spytaj Barney'a - powiedziałam, zachowując pozorny spokój. Na dźwięk tego imienia, chłopak spojrzał mi w oczy. Jego spojrzenie było czujne i zaciekawione.
  -Pierwszy raz widzę tu kogoś tak młodego - mruknął.
  -Nigdy w lustro nie spojrzałeś? - odparowałam, wywołując uśmiech na twarzy chłopaka.
  -Co ty na to, żebyśmy odłożyli broń i załatwili to w inny sposób? - zaproponował.
  -W jaki? - moja dłoń odruchowo zacisnęła się na rękojeści noża.
  -Powalczmy na pięści - wyszczerzył się. Odetchnęłam głęboko. Miałam pomysł, który był tak samo szalony co niebezpieczny. Gwałtownie zgięłam nogę w kolanie, waląc nim chłopaka w brzuch. Dzieciak skulił się, poluźniając chwyt. Wybiłam mu broń z ręki i przewróciłam go na plecy. Jedną dłonią zablokowałam jego ręce, a drugą nadal ściskając nóż przyłożyłam mu go do gardła.
  -Teraz to ja spytam kim jesteś - zarechotałam, przechylając głowę w bok.
  -Słodko... - uśmiechnął się chłopak szeroko. Mimo, że był moim wrogiem, uśmiechał się całkowicie szczerze. - Jestem Natay, a teraz... - zawahał się. Po chwili leżałam już na ziemi, a chłopak siedział mi na podbrzuszu. - Teraz czas na ciebie, dziecinko. Jak masz na imię? - oblizał usta wodząc tępą stroną mojego noża po mojej klatce piersiowej.  Splunęłam mu w twarz. Otarł strużkę śliny spływającą po jego policzku i zamknął ozy. Zza pleców wyjął mały, damski pistolet i wymierzył nim w moje serce. Zadrżałam. Wiedziałam, że przeżyję. Nie wiem czemu, ale byłam o tym całkowicie przekonana. Mój mózg zauważył coś, czego ja jeszcze nie spostrzegłam. I nagle walnęło mnie olśnienie. Kiedy przewróciłam chłopaka na plecy, położyłam go na mojej kryjówce. Jeśli dobrze myślę, to to co trzyma w rękach ten cały Natay, jest MOJĄ bronią z MOJEJ  skrytki. A MOJA broń leżała tam nienaładowana.
  -Żegnaj, dziewczynko - wyszeptał chłopak, po czym usłyszałam ciche kliknięcie. To Natay pociągnął za spust.
  -Luza! Co się dzieje?! - zawołał Barney, wpadając do pokoju. Zaniemówił, widząc jak siedzę po turecku na plecach obezwładnionego chłopaka. Nagle mój 'ojciec' podbiegł do mnie, złapał za ramiona i potrząsając moją osobą, raz po raz krzyczał moje imię.
  -Ej, Luza, no! - wrzasnął już ten teraźniejszy, szesnastoletni Natay. - Co ci jest?! Stoję za tobą już kilka minut!
  Rozejrzałam się zdezorientowana. Siedziałam na dachu z nogami przewieszonymi poza krawędź budynku. W moje dłoni spoczywał nadpalony papieros, żarzący się się powoli. Uśmiechnęłam się na wspomnienie swojego pierwszego razu. Wsadziłam przyczynę mojej powolnej śmierci w zęby i stanęłam przodem do Natay'a prawiącego mi kazanie na temat mojej nieodpowiedzialności.
  -Oj zamknij się. Zachowujesz się jak niańka - warknęłam wyjmując z pomiędzy warg. Wydmuchnęłam dym, po czym zamknęłam usta chłopaka swoimi. Złapałam za jego kark i przycisnęłam go do siebie mocniej. Kiedy odepchnęłam go od siebie, stał jak przysłowiowy słup ~ zdrętwiały i cichutki. - Ja zmykam po Jake'a. Do zobaczenia w domu, kotku - oblizałam usta i zniknęłam na schodach prowadzących na dół, zostawiając mojego Słupa samego.
  Zapukałam kilka razy w drzwi. Po kilku takich razach miałam dość. Kopnęłam drzwi z całej siły i dopiero wtedy Smith łaskawie podniósł słuchawkę.
  -Tak? - wysapał, a ja westchnęłam ciężko.
  -Weź ty się nie zabawiaj z tą nową strażniczką w godzinach swojej pracy, stary dziadzie. Otwieraj - warknęłam. Drzwi stanęły otworem, ale stary pierdziel zapomniał odłożyć słuchawkę na miejsce. Z głośniczka nadal wydobywały się ciche jęki jego i młodej strażniczki. - Matko, co one wszystkie w nim widzą? - szepnęłam pokonując znajomą trasę. W myślach próbowałam zliczyć wszystkie kochanki Smitha, ale coś mi nie szło.
  Po wypełnieniu wszystkich formularzy, wyszłam z Zachodniego Skrzydła z Jake'm ramię w ramię. Ku jego zdziwieniu nikt na nas nie napadł, mimo że był dość dobrze ubrany i miał ze sobą wypchany po brzegi plecak. Całą drogę gawędziliśmy o wszystkim i o niczym, żeby tylko uniknąć ciszy. Jake był tu nowy i nie wyczuwał niebezpieczeństwa, ale ja wiedziałam, że chłopak oddycha tylko dzięki mojej obecności. Tacy jak on nie poznali jeszcze smaku prawdziwego strachu o swoje życie i cały czas bujali w obłokach.
  Wszystko będzie dobrze, wygram każdą walkę. Przecież byłem tym, tym i tamtym! Ja miałbym przegrać?! - tak właśnie myślą ludzie, którzy pojawili się tutaj przez swoją głupotę. Zostali złapani po popełnieniu jednego błędu, wplątali się w ciemne interesy lub byli w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Nagle coś zamigotało mi w głowie. Miałam plan jak pokazać Jake'owi tutejsze realia.
  -Stój, Jake! Czekaj na mnie tutaj! Ja lecę się wysikać! - zawołałam odbiegając między bloki. 

No, dawaj kotku. 
Kto jest silniejszy?
 Ty ze swoją wolą życia
 i instynktem konia
 czy bezlitosne miasto,
 które pochłonie cię szybciej
 niż zdążysz to zauważyć?

  Przez chwilę nic się nie działo. Nagle coś błysnęło, a Jake złapał się za ramię, wrzeszcząc jakby go ze skóry obdzierali. Rozejrzał się niespokojnie, a spomiędzy jego palców zaczęła wyciekać krew. Kolejna strzała przeleciała obok chłopaka i napięła żyłkę, która rozcięła jego łydkę. Westchnęłam, kręcąc głową. Wyjęłam broń z kabur. Powietrze świsnęło. Kilka odgłosów wystrzału trochę mnie zdziwiło, więc byłam jeszcze bardziej czujna niż do tej pory. Z zaułków powychodzili napakowani faceci, wymachujący pałkami.
  -I kto ci teraz pomoże chłopczyku?  - zapytał jeden z nich rechocząc obleśnie. Skrzywiłam się, licząc szybko napastników. Ośmiu, nie licząc człowieka strzelającego żyłkami i tego, którego przed chwilą zabiłam, leżący za moimi plecami. Wymierzyłam w dwóch mężczyzn stojących daleko od siebie i wystrzeliłam. Oboje osunęli się na ziemię martwi. Przyjrzałam się dokładniej pozostałej szóstce, która obracała się we wszystkie strony, szukając mojego położenia. Dwóch z nich miało przy sobie broń palną. Zabawne, że to właśnie tych ludzi zastrzeliłam. Trzecią posiadał człowiek od strzał. Schowałam swoje pistolety i wyszłam z cienia. Pstryknęłam zapalniczką, zwracając całą uwagę na siebie.
  -Co jest, Scarlet? Twój kumpel ma kłopoty, a ty sobie palisz? - zawołał jakiś facet. Zignorowałam go całkowicie, przyglądając się żyłce błyszczącej w słońcu. Śledziłam wzrokiem kierunek błyszczącej nitki, dopóki nie zobaczyłam skąd nadleciała. Wystrzelona z naprzeciwka. Wpatrywałam się w okna bloku spod opadającej mi na oczy grzywki. W jednej z dziur (pozostałość po wyłamanym oknie) dostrzegła ruch. Szybko wyciągnęłam broń i koleś od strzał był już albo martwy, albo ciężko ranny. Uśmiechnęłam się szeroko i stanęłam plecami do Jake'a.
  -Zatańczmy, panienki! - zawołałam, rozkładając ramiona. Mężczyźni rzucili się na mnie z dzikim wrzaskiem. Po kilku chwilach wszyscy leżeli martwi. Pobieżne oględziny ciał usatysfakcjonowały mnie bardziej niż się spodziewałam. - Prosto w lewe oko - uśmiechnęłam się zwycięsko. Zaczęłabym się głośno śmaić, gdyby nie rwący ból w lewym udzie. Spojrzałam w dół, poważniejąc. Moje oczy znów ziały obojętnością na kilometr, a ja nie odczuwałam żadnego bólu, ciepła, zimna... Nic. 
  Odwróciłam się i szybkim krokiem weszłam do budynku. raz dwa obliczyłam w którym mieszkaniu znajdował się strzelec. Zastałam go tam, gdzie podejrzewałam, rannego, ledwo dyszącego i próbując zatamować krew płynącą powoli z jego brzucha. 
  -Dobij.. mnie. Proszę.. - wycharczał, opluwając się kolejną porcją krwi. Podeszłam do 'okna' i wyjrzałam z niego. Nie było tak wysoko.
  -Ciekawiło mnie zawsze czy ranny człowiek przeżyje upadek z pierwszego piętra. A ty? Co o tym sądzisz? - spytałam uśmiechając się diabelnie do delikwenta. Zaczął krzyczeć, żebym go szybko zabiła strzałem w głowę. Krzyczał głośniej, kiedy podniosłam go do góry jak księżniczkę. Jego wołanie ucichło, kiedy wyrzuciłam go przez okno jak księżniczkę. Kiedy usłyszałam głuche uderzenie, zeszłam powoli po schodach. Jake klęczał przy ledwo zipiącym kolesiu.
  -Trzeba mu pomóc! On umrze! - zawołał zrozpaczony.
  -Ojejku. A jednak potwierdziłeś moje obawy. Jednak przeżyłeś - warknęłam, przeładowując znalezioną broń. Zignorowałam słowa Jake'a, który patrzył na mnie przerażony.

Tak to już jest, skarbie.
Tutaj liczy się tylko twoje życie.
Niczyje więcej, więc żyj.

  Ku większemu przerażeniu Jake'a, wymierzyłam strzał w stopy rannego. Potem przedziurawiłam mu łydki, uda, dłonie, przedramiona i ramiona. Kucnęłam obok prawie martwego chłopaka i wsypałam mu w ranę na brzuchu garść piasku. Gołą ręką upchałam tam więcej piasku, który powoli zabarwiał się na bordowo. 
  -No. Myślę, że tyle wystarczy - powiedziałam wstając. Przedziurawiłam chłopakowi łeb i zwróciłam się do Jake'a.
  -Jak mogłaś?! Przecież to też jest człowiek! Jesteś okrutna! - zawołał. Wydawało mi się przez chwilę, że przede mną nie stoi dorosły facet, tylko małe, pięcioletnie dziecko.
  -Okrutna byłabym zostawiając go samemu sobie zaraz po zapiaskowaniu jego rany, a obok jego głowy położyłabym pistolet. Poza tym był jednym z tych, co cię zaatakowali. To on cię zranił - powiedziałam spokojnie. 
  -Więc trzeba było go szybko zabić! Tak, żeby nie cierpiał! Ty go torturowałaś! - zawołał przejęty. Kucnęłam przed nim. Coś we mnie zawrzało.
  -Lepiej dziękuj temu w co wierzysz, że żyjesz. To jest Nr.1. Tu zabija się każdego, kto chociaż trochę zajdzie ci za skórę i czerpie się z tego przyjemność, bo to praktycznie jedyna rozrywka. Ja odbieram życia nawet dlatego, że się nudzę. To jest już jak oddychanie. Niby odruchowe, ale cholernie potrzebne. Dla mnie to jest jak gra. Pamiętaj. Żeby tu przeżyć, musisz być bezlitosny. Tak to już jest na tym świecie. Słabi giną pierwsi, a silni zabijają siebie nawzajem. Poza tym musisz być czujny cały czas. Tutaj nie ma rzeczy takich jak poza tymi murami. Tutaj nikt nie będzie cię pytał czy jesteś zdrowy, czy dasz radę walczyć, czy jesteś gotowy... Tutaj od razu ktoś wpakuje ci kulkę w łeb albo nóż między żebra. Rozumiesz to? Musisz mieć dobry refleks, musisz być nieprzewidywalny, musisz mieć pokerową twarz, nie możesz pokazywać strachu. Musisz umieć zabijać z uśmiechem na ustach. Musisz być gotowy na walkę, kiedy gotowy nie jesteś. To jest Nr.1, to miasto rządzi się swoimi prawami. Zabijaj, żeby móc przeżyć i rób to, na co twój przeciwnik nie jest gotów - odetchnęłam głęboko, widząc, że coś do Jake'a dotarło. Byłam z siebie dumna. Może chłopak przeżyje dwa dni dłużej, kiedy będzie musiał poradzić sobie beze mnie. Wyjęłam z jego plecaka dwie dziwnie wyglądające szmaty i obwiązałam nimi jego rany. Pomogłam mu wstać i odpaliłam papierosa, zbierając broń zabitych przeze mnie ludzi. Jedyne co zostawiłam to trzy drewniane pałki bez gwoździ w nią wbitych i łuk 'torturowanego' chłopaka. Jako jedyni żywi w tym miejscu, ja i Jake ruszyliśmy do bazy mojego gangu. Byłam w wyśmienitym nastroju, ale Jake szedł za mną markotny i jakiś nieobecny. Cóż, chyba każdy by taki był, jakby ktoś nagle mu powiedział, że musi cieszyć się z popełnionych przez siebie morderstw. 
  Uśmiechnęłam się sama do siebie. Na następne trzy dni, mój i Barney'a gangi będą mieszkać w jednym bloku, opracowując trzy plany. 

PIERWSZY  treningowy.
DRUGI   ucieczki z Nr.1.
I TRZECI   ...

PLAN ODNALEZIENIA MOJEJ MACOCHY.


***

ooo ludzie ;___;
wreszcie skończone xD
teraz biorę się za Wieczór kawalerski Belzeebuba
nie 'teraz' dosłownie, ale jutro xD
miłych wakacji xD
TO PIERWSZY ROZDZIAŁ NAPISANY 
NA WAKACJACH 2014r!!!

cieszmy się nakazuję! xD
idźcie pływać, bo ja tak mówię. o.
dziękuję, to tyle, do widzenia.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Rozdział 7 : Jak to wszystko się zaczęło

mam nadzieję, że ostatni rozdział się podobał.
czas na trochę tłumaczeń.
czytamy! \(*w*)/

***

  Otworzyłam gwałtownie oczy, słysząc głośny trzask. Podniosłam się powoli i wpatrzona w drzwi, pomacałam przestrzeń obok siebie. Nataya nie było obok. Zsunęłam nogi z łóżka i bezszelestnie przeszłam przez pokój. Przylgnęłam do ściany, uchylając drzwi. Zobaczyłam cień przesuwający się po gołej ścianie. Ktoś właśnie myszkował po mojej kuchni. Sięgnęłam odruchowo do ramienia, ale w porę przypomniałam sobie, że moja bron leży na stoliku, gdzie wczoraj zostawił ją Natay. Syknęłam cicho i otworzyłam drzwi na tyle, żebym mogła wyjść na korytarz. Oddychałam bezgłośnie, robiąc jeden krok za drugim. Wparowałam do kuchni z zamiarem pobicia, a nawet zajebania tego, kto odważył się wejść do mojej twierdzy, ale zatrzymałam się w pół kroku.Przy lodówce stał Natay. Pacnęłam się w czoło. Mogłam się domyślić, że to on. Ja jestem jakaś ułomna, czy co?
  -Zawsze gotowa do akcji, co? - zapytał ze śmiechem. Pokiwałam głową wzdychając. - Nawet w samej koszulce i majtkach? Przecież rozpuszczone włosy to dla ciebie jak grzech - zaśmiał się ponownie. Wbiłam mu wyprostowane palce tuż pod mostkiem. Zgiął się w pół, wypuszczając gwałtownie powietrze. Spojrzałam na zegarek i zamarłam zdziwiona. Jestem pewna, że poszłam spać koło dziewiątej lub dziesiątej wieczorem. Jakim cudem była już trzynasta?
  -Magia, kuźwa - mruknęłam do siebie i wyjęłam z lodówki ostatnią marchewkę. Obrałam ją i z warzywkiem w zębach poszłam do swojego pokoju. Przebrałam się i wróciłam do kuchni. - Idę się przejść - powiedziałam zapinając skórzane pasy. Poklepałam zawieszoną przy moich piersiach broń. Natay pokiwał głową wpieprzając chyba cały zapas mięsa. Podeszłam do niego, wyrwałam mu jeden kawałek i pochłonęłam go w zawrotnym tempie.
  -Ej! - zawołał za mną Natay z wyrzutem. Wybiegłam z mieszkania, śmiejąc się głośno. Zeskoczyłam z prawie wszystkich schodów i wypadłam na ulicę. Uśmiechnęłam się szyderczo widząc wykrwawiającego się kolesia leżącego naprzeciwko mojego bloku. Usiadłam na ziemi opierając się plecami o ścianę. Z piersi mężczyzny wystawały trzy noże, które na oko miały już swoje lata. Krew tryskała nie tylko z ran, ale i z ust poszkodowanego. Klejąca, brunatno-czerwona maź skapywała na gorący asfalt. Śmierdziało jakby zatęchłą rybą. Na szyi faceta zauważyłam kilka otarć, jakby po linie. Mój wzrok powędrował na jego twarz. Miał rozbity nos, rozcięte usta i podbite oczy, które patrzyły na mnie z niemą prośbą o pomoc. Prychnęłam cicho i patrzyłam dalej. Kilka minut potem nikłe światło w jego oczach zgasło. Nieczuła ze mnie szmata, co? Hehe. Kiedy upewniłam się, że facet zdechł, poszłam dalej. Uchyliłam się przed lecącą z piątego piętra butelką. Usłyszałam wkurzone krzyki. Hmm.. Więc Kocia znów oszukała klienta. Czemu nie? Prychnęłam na samo wspomnienie tego, jak mnie tu przywitała. Jak źle musi iść interes, żeby musiała zapraszać niespełna dwunastoletnią dziewczynkę do pracy w burdelu? Odpowiedź brzmi : trzeba mieć tak przesrane jak ja. Podążyłam dalej. Skierowałam się ku najwyższemu budynkowi w Nr.1 i wspięłam się na niego bez wysiłku. Tu nikt nie urządza popijaw, bo łatwo byłoby stąd kogoś zepchnąć. Zazwyczaj przychodzili tu samobójcy... i ja. Położyłam się na dachu i spojrzałam prosto w rażące słońce. Automatycznie zamknęłam oczy. Ległam na brzuchu i schowałam twarz między ramionami. Zachciało mi się spać, co było z deka dziwne, zważając na to, że dopiero wstałam. Pomyślałam jednak, że warto byłoby odespać kolejne nieprzespane noce, które dopiero miały nadejść. Znów zamknęłam oczy i dałam się pochłonąć swoim marzeniom... Bo to chyba były marzenia, skoro śnił mi się świat za murami. Tak myślałam, póki nie zobaczyłam dokładnie gdzie jestem. Te same beżowe ściany, w których byłam więziona przez trzy lata, pojawiły się przed moimi oczami. Podniosłam się do pozycji siedzącej i spojrzałam na drzwi. Spod nich sączyło się nikłe światło. Zeskoczyłam z łóżka i wyszłam po cichu na korytarz. Przeszłam do kuchni i wzięłam czystą szklankę z blatu. Stanęłam na palcach by dosięgnąć kranu i nalałam sobie trochę wody.
  -Co tu robisz? - usłyszałam oślizły głos zza swoich pleców. Odwróciłam się przestraszona. Szklanka drżała mi w dłoni. Mój spasiony brat podszedł do mnie i wyrwał mi ją z rąk. Odkręcił kran i nalał więcej wody. Wypił ją duszkiem i wtedy trzepnął mnie po twarzy na odlew. Upadłam na ziemię i z ledwością powstrzymałam łzy. -Powiedziałem ci, że ty pijesz prosto z kranu w łazience, jasne szczylu? - warknął, a ja szybko pokiwałam głową. Wstałam i bez jakiejkolwiek najcichszej skargi pobiegłam do łazienki. Odkręciłam kran i wypiłam kilka łyków ciepławej, stęchłej wody. Powstrzymałam odruch wymiotny, ale łzy pociekły po mojej twarzy. Wytarłam je delikatnie, żeby nie było śladów. To nakręciłoby Matthiasa jeszcze bardziej. Wróciłam szybko do swojego pokoju i wdrapałam się na łóżko. Nakryłam się kołdrą za głowę i wyciągnęłam spod poduszki zeszyt i długopis. Otworzyłam brulion na pierwszej niezapisanej stronie. Dla pewności, że Mat już nie przyjdzie, odsłoniłam głowę i wsłuchałam się w ciszę. Po chwili usłyszałam jęki i stęki jakiejś kobiety z telewizji i ciche sapanie mojego brata. Znów okryłam się kołdrą i wymacałam w kieszeni małą podręczną latareczkę. Włączyłam ją i włożyłam sobie do ust. Jedną ręką trzymałam brulion tak, żeby się nie złożył, a drugą - zaczęłam pisać koślawymi literkami.
Drogi pamiętniku.
Jest prawie ranek, a ja już raz dostałam po twarzy.
Mój brat wczoraj dotykał mnie w czułe miejsca cztery razy.
Raz rano, raz w południe i dwa razy wieczorem.
Ja nie chcę tu być. Mam dość brata i jego głupiego uśmiechu.
Kiedy mnie dotyka, to tak dziwnie się na mnie patrzy i sapie.
On mnie dotyka, bije, a potem zamyka się w swoim pokoju i ogląda jęczące panie.
To jest głupie. Nienawidzę swojego brata. 
Czasem mam ochotę wziąć nóż i zabić Mata.
Boję się tego głosu, który każe mi to zrobić. 
Nikt inny go nie słyszy, tylko ja.
A ja się boję tego głosu.
Niech ktoś mnie zabierze od brata.
Boję się go.
  Zamknęłam zeszyt, włożyłam go razem z długopisem pod poduszkę, a latarkę zgasiłam i wsadziłam do kieszeni piżamy. Położyłam się i zasnęłam wyczerpana. 
  -Obudź się - usłyszałam głos i poczułam ból promieniujący z pleców. Otworzyłam oczy i szybko usiadłam na łóżku. Nade mną stał Matthias z grubą encyklopedią w ręku. Prawdopodobnie dopiero co dostałam nią w plecy. - Wstawaj. Jedzenie na stole.
  Posłusznie wstałam i podreptałam za bratem, trzęsąc się z przerażenia. Nie musiałam dziś sobie zdobywać jedzenia sama. To zły znak, jednak usłuchałam poleceń brata i zjadłam wszystko co mi posunął pod nos. Nie wiedziałam kiedy następnym razem dostanę tak duży posiłek, więc wolałam się najeść. Kiedy skończyłam, wstałam i odstawiłam naczynia do zlewu. Poczułam rękę Mata na swoim brzuchu. Zagryzłam wargę, żeby nie odtrącić tej dłoni, która zjeżdżała coraz niżej. Brat wpakował swoją grubą rękę w moje spodnie od piżamy i znów zaczął mnie dotykać. Usłyszałam sapanie przy swoim uchu. Stałam nieruchomo, czekając aż to się skończy... Ale się nie skończyło. Matthias liznął mnie po policzku i odwrócił w swoją stronę. Pchnął mnie na blat, na który upadłam plecami. Zerwał ze mnie spodnie i zaczął lizać moje czułe miejsce. Znów próbowałam wykonywać jak najmniej zbędnych ruchów. Matthiasowi znudziła się ta czynność, więc staną prosto. Myśląc, że to koniec na teraz, podniosłam się lekko, ale Mat przygwoździł mnie z powrotem do blatu. Jego tłusta łapa ściskała moją szyję bardzo mocno. Łapczywie próbowałam złapać choć trochę powietrza i wtłoczyć je do płuc. 
  -Kto powiedział, że z tobą skończyłem? - szepnął puszczając moją szyję. Odetchnęłam z ulgą, ale zaraz znów zastygłam. Matthias odpiął powoli pasek  i zsunął spodnie do kolan. Spojrzałam na jego grube, owłosione nogi. Łzy zawirowały w moich oczach, kiedy zdjął bokserki. Zacisnęłam mocno powieki. Byłam przerażona. Kiedy poczułam pierwsze pchnięcie, jedna z łez pociekła mi po policzku. Boli. Zacisnęłam zęby, kiedy kolejny raz Mat poruszył się niezdarnie. Cichutki szloch wyrwał mi się z piersi. Poczułam mocne uderzenie w policzek. głowa przeskoczyła mi w bok. - Nie rycz - wystękał brat. Zacisnęłam zęby na wardze. Po chwili poczułam ciepły metaliczny posmak na języku. Przegryzłam sobie skórę wargi. Matthias skończył już się ruszać i kazał mi klęknąć przed nim. Kazał mi otworzyć buzię i wystawić język, a kiedy to zrobiłam - wsadził mi swojego ... w usta. Chciałam się wyrwać, robiłam co mogłam, ale Mat trzymał mnie mocno. Po moich policzkach popłynęły łzy, kiedy poczułam gorzką ciecz, która rozlała mi się w buzi. Oderwałam się gwałtownie od Matthiasa i zaczęłam kaszleć. Mój brat naciągnął bokserki i spodnie na tyłek i wyszedł z kuchni. W tym momencie zwymiotowałam wszystkim co miałam w żołądku. Wyszłam z kuchni chwiejnie i zamknęłam za sobą drzwi. Poszłam do łazienki i umyłam się dokładnie. Potem wypłukałam usta i umyłam zęby. Przyciągnęłam stołek i sięgnęłam na szafkę. Wymacałam tam nożyczki. Przeszłam do lustra i wzięłam w garść wszystkie swoje potargane włosy. Jedno ciachnięcie i było po wszystkim. Teraz sięgały mi tylko do ramion. Wzięłam do ręki swoją grzywkę. Odkąd wyjechałam od rodziców, nikt je nie ścinał, więc teraz zza włosów nie było widać moich oczu. Znów jedno ciachnięcie na skos i po grzywce. Spojrzałam w lustro i uśmiechnęłam się szeroko. Moje odbicie patrzyło na mnie obojętnym wzrokiem lalki. Przeszłam do swojego pokoju i wyciągnęłam spod łóżka jedyne czyste ubranie jakie miałam - białą sukienkę na ramiączka. Nałożyłam ją i poszłam do kuchni. Potem przeszłam pod pokój brata i załomotałam w drzwi. Po chwili grubas otworzył.
  -Czego chcesz? Czemu ścięłaś włosy, mała szmato?! - wrzasnął widząc moje krótkie włosy. Ręce miałam splecione za plecami. Podniosłam głowę do góry i uśmiechnęłam się szeroko. - Cz-czego chcesz, bachorze?
  Poruszyłam się nagle. Popchnęłam Matthiasa barkiem z całej siły. Grubas zatoczył się do tyłu i padł na podłogę. Weszłam do pokoju i jednym silnym kopem zatrzasnęłam drzwi. - Pytałem się o coś! Głucha jesteś? - wrzasnął próbując się podnieść. Skoczyłam w przód i przycisnęłam kolanami klatkę piersiową brata, zmuszając go do gwałtownego wypuszczenia powietrza. - Co.. chcesz... zrobić? - wydyszał. Uśmiechnęłam się szeroko. 
  -Zabić... cię - powiedziałam odzyskując wreszcie głos, który straciłam dwa lata wcześniej. Nożem zabranym z kuchni, rozcięłam koszulkę brata i skrzywiłam się widząc włosy i spoconą skórę. - Nie ruszaj... się - powiedziałam powoli przypominając sobie jak się mówi. Wstałam i stojąc nad brzuchem brata wodziłam nożem po jego torsie. Wczoraj własnoręcznie go ostrzyłam, więc zostawiał cienkie, różowe linie, z których wypływały kropelki bordowej krwi. Uśmiechnęłam się lekko i przycisnęłam nóż mocniej. Z piersi Matthiasa wyrwał się dziki krzyk. Spojrzałam na niego zdziwiona. - Co się... stało? Przecież mi... nieraz.. robiłeś coś.. takiego - mówiłam powoli, przeciągając sylaby. Przyłożyłam ostrze do brody brata i przeciągnęłam nim przez cały policzek, czoło i skończyłam przeciąwszy drugi policzek. 
  -Nie - załkał Matthias. - Proszę. Miej litość. Więcej ci nic już nie zrobię, więc oszczędź mnie - zaszlochał. Z jego oczu i nosa pociekła żółtawa ciecz. Zaśmiałam się histerycznie odrzucając głowę do tyłu. Jak mnie to niesamowicie rozśmieszyło! Kiedy w końcu się opanowałam, dźgnęłam brata prosto w brzuch. Wyjęłam zakrwawiony nóż i pocięłam szybko ramiona Mata, kiedy on wrzeszczał próbując się wyrwać, ale wiedział, że kiedy to zrobi - zabiję go. Nagle usłyszałam walenie w drzwi i krzyk, żeby Mat zamknął wreszcie mordę. Tylko ja to usłyszałam. Nacięłam skórę brata trochę za mocno, a wtedy on wrzasnął jeszcze mocniej. Krzyki przy drzwiach się wzmogły, więc kazałam Matthiasowi nie ruszać się z pokoju choć wiedziałam, że nawet nie dałby rady. Z nożem w ręku podeszłam do drzwi i otworzyłam je powoli. Sąsiedzi zamarli. Uśmiechnęłam się niewinnie.
  -Pomóc.. w czymś? - spytałam zachrypniętym głosem. Pokręcili głowami z wahaniem i odeszli szybkim krokiem. Zatrzasnęłam drzwi i wróciłam do Matthiasa. Nie ruszał się. Prychnęłam, kopiąc go w głowę. Jeszcze raz wbiłam nóż w jego brzuch. Wyszłam z pokoju zamykając wszystkie możliwe drogi ucieczki. Usiadłam na korytarzu i patrzyłam na krwawe ślady po moich dłoniach na ścianach, klamkach i szybach. Widok był hipnotyzujący. Otrząsnęłam się dopiero kiedy usłyszałam dźwięk policyjnych syren. Uśmiechnęłam się lekko. Nareszcie ktoś przyjechał mnie stąd zabrać.
  Wyważyli drzwi. Do mieszkania wpadło kilkunastu policjantów. Poznałam w nich specjalnie wyszkolonych komandosów, którzy bywali u ojca. Nie odważyli się przekroczyć rogu. Krzyczeli, że mamy wyjść z podniesionymi rękami. Zarechotałam dziko. Podniosłam się, nie wypuszczając noża z dłoni. Żwawym krokiem chciałam wyjść zza rogu, ale ktoś strzelił i kazał mi wyjść spokojnie. Westchnęłam i zwolniłam kroki. Stanęłam w rażącym świetle latarek. Po co oni je włączyli? Jest jasno.. A raczej powinno być. Niebo przysłoniły chmury i mimo wczesnej pory, było dość ciemno.
  -Wychodź, morderca! - krzyknął ktoś. Zwiesiłam bezradnie ramiona z poważną miną. Nóż wyśliznął mi się z dłoni. Czas jakby zwolnił. Wreszcie po kilku sekundach, które wydawały się godzinami, usłyszałam brzdęk upadającego na drewno metalu. Zrobiło się nienaturalnie cicho.
  -Hej.. Dziewczynko.. Jak masz na imię? - spytał jakiś niski głos.
  -Lu..cy - powiedziałam.
  -Lucy. Jesteś rana?
  -Nie.
  -Ktoś jest z tobą w domu? - spytał jakiś inny głos.
  -Mój.. braciszek.. jest w.. pokoju - wycharczałam. Wytarłam ręce w sukienkę. - Nie żyje - powiedziałam nie jąkając się już. Nie przeciągając sylab powiedziałam, że mój brak nie żyje.
  -Kto go zabił? - spytał znów niski głos. Obojętnie przesunęłam wzrokiem po przerażonych twarzach policjantów. Nie przeszkadzało mi rażące światło. Widziałam strach w ich oczach. Poczułam satysfakcję. Oni się boją.
  -Ja to zrobiłam - kiedy to powiedziałam ich oczy się rozszerzyły.
  -Podnieś ręce do góry! - krzyknął niski głos. Zrobiłam co mi kazał. Podeszłam powoli do pierwszego z funkcjonariuszy, który następnie mnie przeszukał. Potem poprosił kogoś o podanie mu chusteczek. Kiedy już je dostał, wyjął ich całą garść i wytarł mi dokładnie twarz i ręce.
  -Nervil? Co ty odpierdalasz? - spytał mężczyzna w średnim wieku.
  -Nie widzisz jaka jest brudna? Przestań tak spinać dupę, Smith - warknął młody chłopak. Ktoś podał mu kajdanki, a on zwrócił się z nimi do mnie. - Skuję cię tym teraz, dobrze? Nie wyrywaj mi się, idź spokojnie, to nie będzie cię bolało. Jeśli spróbujesz się wyrwać, to obetrze ci się skóra na nadgarstkach i będzie boleć - powiedział spokojnie, delikatnie unieruchamiając mi ręce kajdankami. - Rozumiesz? Nie możesz robić gwałtownych...
  -Wiem. Tata mi to tłumaczył. Miałam przejąć po nim stanowisko naczelnika w Nr.2 - zawarczałam. Wyprowadzili mnie z mieszkania. Przeprowadzili przez powiększającą się grupkę reporterów. Wsadzili na tył opancerzonego busa. Obok mnie usiadł policjant zwany Nervilem. Pogłaskał mnie po głowie.
  -Ktoś kazał ci to powiedzieć? - spytał, kiedy byliśmy już w pokoju przesłuchań. Pokręciłam głową. - Więc to naprawdę? Zrobiłaś to?
  -Tak - potwierdziłam. Zaprzeczyłam, kiedy zapytali czy ktoś kazał mi to zrobić.
  -Czemu to zrobiłaś? - spytał towarzysz Nervila.
  -Gwałcił. Bił. Torturował. Przeklinał. Przezywał. Maltretował. Ciął - wyliczyłam. Zaprowadzili mnie do jakiejś lekarki. Kazała mi się rozebrać. O mało nie puściła pawia widząc ranę przecinającą moją klatkę piersiową, która ciągnęła się przez cały mostek. Na opisanie moich ran przeznaczyła trzy strony swojego notesu. Potem zaprowadziła mnie do jej prywatnej łazienki. Pomogła mi się umyć i dała swoją za dużą koszulkę. Kiedy wyszłyśmy spod prysznica, w gabinecie czekał napakowany koleś z wytatuowanym słowem 'KILL' nad lewą brwią.
  -Idź już dziecko - lekarka popchnęła mnie do drzwi, ale w tym momencie zwymiotowałam na kafelki. Kobieta poprosił przestępcę o położenie mnie na kozetce, a sama zajęła się sprzątaniem moich wymiocin. Kiedy już chwilę poleżałam, poczułam się lepiej, więc podciągnęłam się do góry i oparłam o ścianę. Przyjrzałam się mężczyźnie z tatuażem. Był nawet ładny. - Dasz radę już iść? Zaraz kogoś tu po ciebie przyślą, a wtedy nie będzie już tak miło - zwróciła mi uwagę lekarka. Pokiwałam głową i zeskoczyłam z łóżka. Spojrzałam mężczyźnie w oczy i uśmiechnęłam się widząc go w swoich wyobrażeniach jako beznogiego trupa z rozpłatanym brzuchem, uduszonego jego własnymi flakami. Wyszłam z gabinetu i zanim odeszłam, usłyszałam tylko tyle, że mężczyzna dostał ciarek na plecach, i że się mnie boi.
  Dalej dostałam pomarańczowy kombinezon i wysłano mnie na obóz treningowy. Dołączono mnie do dzieci szkolonych na specjalnych komandosów. Spędziłam pół roku musząc dać sobie radę sama między dzieciakami uprzykrzającymi mi życie. Kiedy wróciłam, pierwszy przywitał mnie Nervil. Jako jedenastoletnia dziewczynka dostałam naszyjnik ze swoim statusem i nazwą swojego gangu, swój własny karabin i naboje do niego. Wytłumaczono mi, że w murach Nr.1 są umieszczone takie bazy jak ta, w której aktualnie jestem. Dano mi mapę z rozmieszczeniem sklepów z bronią, punktów sanitarnych i punktów zaopatrzeniowych, w których można dostać jedzenie, ubrania i inne rzeczy niezbędne do życia, jak meble czy narzędzia.
  Nervil odprowadził mnie aż pod same drzwi. On był ostatnim normalnym człowiekiem, którego zobaczyłam. Nikogo takiego przez następne pół roku.
  Kiedy otworzył przede mną drzwi, poraziło mnie światło. Ukryłam karabin za plecami i wyszłam na oświetlone popołudniowym słońcem, zniszczone miasto. Kiedy drzwi się zatrzasnęły z pomiędzy bloków wyszło czterech mężczyzn i podeszło do mnie. Zaoferowało mi, że w zamian za opiekę, będę musiała im usługiwać. Po tych słowach zarechotali patrząc na siebie wymownym wzrokiem. Spojrzałam na nich obojętnie, wyciągnęłam przed siebie karabin i rozwaliłam każdemu łeb, wpakowując w niego kulkę.
  -Kill them all - warknęłam i poszłam zgodnie z mapą, w kierunku głównej bazy mojego gangu.

***

następny rozdział.. nie wiem kiedy xD
miłego życia <3

piątek, 7 lutego 2014

Rozdział 5, czyli Bitwa : Mury Nr.1

  no. to teraz czas na trochę wspomnień ;3
Luzuś kochana będzie wspominać. ;3
rozdział 5 : trochę o polityce Nr.1 i trochę wspomnień
rozdział 6 : trochę erotycznie (trochę >.>)
rozdział 7 : WSPOMNIEŃ CZAS ;3
też was kocham ;3

***

 -Papa tatku! Odwiedź mnie niedługo! - zawołałam przesłodzonym głosem, machając mojemu ojcu, który własnie wyjeżdżał za mury Nr.1. Całe moje teraźniejsze zachowanie było grą. Pieprzonym teatrzykiem, mającym przypomnieć przyglądającym się nam podejrzliwie wartownikom, kim jestem. razem z Jake'em skierowałam się ku opancerzonym drzwiom. Zapukałam w nie nogą trzy razy.
  -Kto ty? - usłyszałam zmęczony głos sączący się z głośnika powieszonego nad drzwiami.
  -Dobry, panie Smith - wyszczerzyłam się do framugi drzwi.
  -Co ty robisz? - spytał Jake.
  -Jestem obeznana. Tu jest kamera, przez którą on widzi czy naprawdę jesteś tym za kogo się podajesz. Jego nie okłamiesz - wytłumaczyłam cicho, a potem znów zwróciłam się do framugi. - Luza Scarlet, lat 16 i Jake, lat.. Ile masz tak właściwie lat? - zwróciłam się do chłopaka.
  -Dwadzieścia - powiedział z wahaniem, jakby bał się, że pomyli się w tym jedynym słowie. Mało nie padłam ze śmiechu.
  -No.. I Jake, lat 20 - uśmiechnęłam się. Drzwi skrzypnęły i po chwili znaleźliśmy się w długim korytarzu o zgniłozielonym kolorze ścian. Skrzywiłam się.
  -Co się stało? - spytał Jake niespokojnie. Potrząsnęłam głową.
  -Jestem tu już chyba setny raz, ale zawsze przypomina mi się ten pierwszy - mruknęłam zdegustowana. (od autorki : tak samo mam u dentysty >.>) Poszliśmy w głąb korytarza. Znając położenie wszystkiego co tu się znajdowało, nie miałam problemów z odnalezieniem pokoju, w którym stacjonował pan Smith.
  -Dzień dobry! - zawołałam, otwierając zamaszyście drzwi. Facet nie poruszył się ani o milimetr, a ja westchnęłam zawiedziona. - Nie powita mnie pan tym razem serią z kałacha? - mruknęłam wydymając żartobliwie policzki. Na biurku pana Smitha stała tabliczka z napisem "Kierownik Zachodniego Skrzydła, Mr. Smith". Kiedy chciałam jej dotknąć, ujawnił swoją zdolność poruszania się jak ninja i złapał mnie za nadgarstek.
  -Ile razy mam ci mówić, żebyś tego nie ruszała? - spytała przeczesując siwiejące włosy wolną dłonią. Popatrzył na mnie przenikliwym wzrokiem. Uśmiechnęłam się pod nosem siadając na obdartym ze skóry krześle. Może kiedyś wyglądało luksusowo obite sztucznym tworzywem w kolorze kremowym, ale teraz było gorsze od najtańszego krzesła. - Co cię do mnie przywiało? - spytał sadowiąc się w swoim pluszowym fotelu. Kiwnęłam głową na Jake'a.
  -On chce zostać tutaj - powiedziałam wskazując kciukiem na chłopaka. Wzrok pana Smitha skierował się na pokazywanego Jake'a.
  -On? Chce zostać? Tutaj? W Nr.1? - spytał staruszek zdziwiony. Pokiwałam głową. - To udostępnij mu krzesełko, niech mi o sobie opowie.
  Wstałam i odeszłam na bok robiąc zachęcający ruch ręką jakbym wskazywała drogę jakiemuś ważnemu jegomościowi. Jake zajął moje miejsce rozglądając się niespokojnie.
  -Możesz sobie iść. Poszło won mi stąd - powiedział Smith. Kiedy otwierałam drzwi tłumaczył zasady panujące w Nr.1. Zatrzasnęłam drzwi z głuchym trzaskiem i oparłam się o ścianę.
  -Czemu mówi pan o niej bezosobowo? - spytał Jake. przysunęłam się do miejsca, w którym był głośnik. Uśmiechnęłam się pod nosem.
  -Mogę być z tobą szczery? - spytał pan Smith. jak mniemam Jake kiwnął głową, bo staruszek mówił dalej. - Ja jej nie uważam za dziewczyną. Ba! Ja jej nie uważam nawet za człowieka. W ogóle, dla mnie, ona nie jest czymś żyjącym.
  -To kim? - spytał Jake, kiedy staruszek się zawiesił. Usłyszałam ciche westchnięcie. Wyobraziłam sobie Smitha, jak masuje skronie robiąc gwałtowne ruchy palcami i podnosi głowę.
  -Dla mnie ona jest potworem - powiedział wreszcie. Odsunęłam się od ściany i podąrzyłam przed siebie korytarzem, którym przybyłam tu pierwszy raz, przed kilkoma latami. Usłyszałam jeszcze jakby z daleka dochodzący głos kierownika. - Zabiła swojego brata. Nadal zabija z zimną krwią. Brzydzę się nią... - głos cichnął w miarę jak oddalałam się od głośnika. Skręciłam w prawo, potem w lewo i znów w lewo po pięciu metrach. Stanęłam przed pokojem przesłuchań, w którym sześć lat temu zapadł na mnie wyrok dożywocia. Spojrzałam w małe okienko i usiadłam pod drzwiami zadowolona. Kogoś przesłuchują, a ja będę jedynym światkiem jego społecznej śmierci. Usłyszałam kroki. Spojrzałam w lewo.
  -Cześć. Kogo przesłuchujecie? - spytałam wysokiego, postawnego mężczyznę w mundurze zapiętym na ostatni guzik. był młody, pierwszy raz go tu widziałam, więc nie zdziwiłam się kiedy zaczął się burzyć o to, co tu robię.
  -Spokojnie Frank. Ona często tu bywa, kiedy jej się nudzi - powiedział mój dobry, stary znajomy, Nervil. - Co ty tu robisz, młoda? Masz dość Nataya? Znowu się do ciebie dobierał? - spytał mężczyzna. To on zaprowadził mnie do drzwi tego dnia, sześć lat temu. Był światkiem mojego pierwszego morderstwa w Nr.1. Od tamtej pory jesteśmy dobrymi znajomymi.
  -Nie - pokręciłam głową. - Jakiś pieprznięty chłopak chce tu spędzić resztę swojego życia, a ja zostałam jego niańką. Co to? - spytałam wskazując na talerz trzymany przez młodszego oficera, Franka.
  -Ostatnie życzenie tego psychola - powiedział Nervil. Weszli do pokoju, a ja skupiłam się na monitorze wiszącym przy drzwiach. W nikłym, migoczącym świetle żarówki zobaczyłam jak stawiają talerz przed mężczyzną siedzącym tyłem do kamery.
  -Masz. Twoje ostatnie życzenie. kanapka z masłem orzechowym. Niech cię tam jak najszybciej zabiją - powiedział Nervil. Mężczyzna siedzący na krześle pochłonął momentalnie kanapkę i oblizał palce. Wyglądało to mnie więcej tak, jakby była kanapka i nagle PUF! znikła.
  -Nie sądzę, żeby mnie zabili - zaśmiał się po połknięciu ostatniego kawałka chleba.
  -Czemu? - spytał podejrzliwie Frank sięgając po broń. Z więźniem zaczęło coś dziwnego się dziać. Po chwili wyrzucił ramiona do góry i krzyknął:
  -Alergia na orzechy, dziwki! - a potem  opadł bezwładnie na stół. Frank spanikował i rzucił się ku drzwiom wołając, że idzie po lekarza, ale zagrodziłam mu drogę wbijając z buta do pokoju przesłuchań. Podeszłam do praktycznie martwego kolesia i wyciągnęłam nóż. Rozpłatałam facetowi gardło, z którego wytrysnęła krew.
  -Chciałeś ratować takiego skurwiela? - spytał Nervil z zimnym jak lód spojrzeniem. Znałam to spojrzenie. Patrzył tak na mnie, kiedy przyszłam do niego wyczyszczona z krwi w o wiele za dużym, pomarańczowym wdzianku małego, psychopatycznego, cichego sukinsyna.
  -A to wam się trafił żartowniś, co? Co zrobił? - spytałam dotykając wskazującym palcem wykrwawiającego się więźnia.
  -Zabił żonę, dwójkę przypadkowych dzieciaków i zadźgał kochankę.. A rodzinkę spalił żywcem - wyrecytował Frank, a chwilę potem zrozumiał, że nie jestem jego kolegą z pracy. Skosił mnie wzrokiem. Odpowiedziałam mu wyzywającym spojrzeniem zakładając ręce na piersiach.
  -Spokojnie.. Ona jest tu z nami praktycznie na równi - zaśmiał się Nervil, klepiąc tamtego po ramieniu. - Przez ciebie znów będziemy musieli szorować podłogę - zwrócił się do mnie z wyrzutem.
  -Can przyszła po raporcik? - spytałam ignorując jego żal. Strzeliłam stawami palców.
  -Nie, ale był Barney. ON tym razem powiedział im kto zginął i wiesz.. Powiedział im wszystko.. - odparł szybko Nervil. - Dobra. Zmykaj stąd, bo znowu dostaniesz opieprz i w najlepszym wypadku będziesz musiała szorować podłogę z nami.
  Grzecznie wyszłam z pokoju. Poszłam pięć metrów prosto, skręciłam w prawo, potem znowu w prawo, a na koniec w lewo. Lekkim krokiem podeszłam do drzwi, za którymi Jake podpisał na siebie dożywocie. Stanęłam koło głośniczka i znów zaczęłam skupiać się na głosach obu facetów.
  -Malowaliście tu ostatnio? Pachnie farbą olejną - stwierdził Jake.
  -nie. To kanalizacja wybija - powiedział Smith. Usłyszałam szelest kartek i po chwili facet odezwał się znowu. - Dobra. Podpisz to, to i to - wyliczył. Dobiegł do mnie dźwięk ręki uderzającej o stół trzy razy. Zrozumiałam, że to pan Smith położył na blacie karty do podpisania przez Jake'a. Po kilku sekundach usłyszałam szuranie krzeseł, a zgłębi korytarza przymaszerowało dwóch umundurowanych facetów. Skineliśmy sobie głowami na powitanie. Po chwili wywlekli zdezorientowanego Jake'a z gabinetu, ale kiedy na mnie spojrzał, uspokoiłam go wzrokiem i pokazałam mu uniesiony kciuk. Kiedy zniknął z mojego pola widzenia, koło mnie stanął pan Smith z rękami założonymi na klatce piersiowej.
  -Nie wie w co się pakuje.. Biedny chłopak. Dołączył do twojego gangu. Masz go pilnować - powiedział starszy, ale je tylko cicho prychnęłam.
  -To było do przewidzenia.. I co z tego, że dołączył do mnie? - mruknęłam wsadzając ręce głęboko w kieszenie krótkich spodenek. Wewnętrzną częścią ramienia musnęłam kolbę swojej broni. Ulga wypełniła moje serce, a niewidzialne napięcie wokół mnie zniknęło.
       Jestem bezpieczna dopóki mam przy sobie to powiedziałam do siebie w myślach instynktownie głaszcząc kciukiem przypięte do spodni magazynki.
  -Może lepiej sobie stąd idź. To trochę potrwa. Musimy go trochę podszkolić, więc na Nr.1 wyjdzie dopiero jutro. Przyjdź po niego koło osiemnastej. Ewentualnie sobie godzinkę na niego poczekasz - stwierdził Smith wyjmując paczkę papierosów i zapalając jednego. Wyciągnął rękę ku mnie, a ja skorzystałam z niespotykanej hojności weterana wojennego i jednocześnie naczelnika Nr.1, pana Roberta Smitha. Zaciągnęłam się dymem i ruszyłam ku wyjściu.
  -Nie dość, że w każdej chwili mogą mnie zabić, to jeszcze sama siebie powoli zabijam - mruknęłam trzymając papierosa w ustach. Zamknęłam za sobą drzwi. Rozejrzałam się po panoramie Numeru Pierwszego. To miejsce, mimo, że cholernie niebezpieczne, miało swój urok. Promienie słońca odbijające się od wybitych szyb, obdarty tynk z bloków ukazywał czerwono-brązowe cegły, a z dachów dochodziły śmiech i okrzyki zadowolenia. Opuściłam głowię nieznacznie i spojrzałam w prawo, w lewo i na wprost. To tu zabiłam drugi raz w życiu, stojąc dokładnie w tym miejscu. Zabiłam z tego miejsca też trzeci i czwarty raz. Następnych już nawet nie liczyłam. Dokładnie z tego miejsca odebrałam życie kilku ludziom. Westchnęłam cicho.
  -Ah.. Wspomnienia - mruknęłam po czym wypuściłam z ust kłęby dumy i leniwym krokiem podążyłam ku swojemu mieszkaniu. Wsadziłam w uszy słuchawki i przy dobrych bitach kroczyłam pewnie ulicami miasta, które zastawione były pogruchotanymi i zardzewiałymi samochodami. Widać było też dziury po kulach, zarysowania po nożach i nadpalony lakier po koktajlach mołotowa wybuchających nieopodal. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Szkoda, że zabronili nam ich używania. Teraz mieliśmy tylko broń palną i broń białą.
  Wiedziałam, że mi się przygląda, a mimo to szłam spokojnie dalej. Powinnam czuć się jak zwierzyna namierzona przez drapieżnika, ale przyzwyczajenie wzięło górę. Wyłączyłam muzykę, a odtwarzacz schowałam do kieszeni spodenek zapinając ją na zamek. Ukradkiem spojrzałam w górę. Nadal tam był. Patrzył na mnie oblizując wargi. Sięgnęłam do kabury. Widząc to, schował się do środka. Potrząsnęłam głową z cichym śmiechem. Zaczesałam palcami włosy do tyłu. Podeszłam do drzwi klatki schodowej i ostatni raz tego dnia spojrzałam z zaczerwieniające się już niebo. Westchnęłam ciężko i weszłam do bloku. Stąpałam po schodach najgłośniej jak umiałam. Nacisnęłam klamkę i pchnęłam drzwi do swojego mieszkania. Kiedy je zamknęłam i przeszłam koło sypialni, wyskoczył z kuchni i złapał mnie od tyło. Zaklęłam siarczyście w umyśle. Czemu wcześniej o tym nie pomyślałam? On tu jest. Widziałam go i dałam się podejść. Teraz wszystko jest już przesądzone. Miałam przechlapane.

***

dobra. wszystko jest już w porządku.
skończony 5 rozdział.
czekajcie zboczeńce na 6 rozdział ;3
będą seksy ;3
ojejku ;3
dobra. ja już spadam. kręgosłup mnie napieprza ;3
spadam.
do następnej notki, psycholowe zboczeńce ;3

czwartek, 30 stycznia 2014

Rozdział 4, czyli Bitwa : jestem zagrożona

witam! ^^
trochę mi zajęło napisanie 4 rozdziału, ale cóż..
ważne, że wreszcie jest xD
no to co?
ciekawi, co działo się dalej?
ja też xD

***

  -Czyli, że za dwa tygodnie wracam do Nr.1, tak? -spytałam stojąc na balkonie. Natay potwierdził. - Wracaj tam dziś, zajmij się naszymi...
  -Zostanę z tobą - przerwał mi pewnym głosem. - Od samego początku prawie się nie rozstajemy. Od momentu kiedy się poznaliśmy nie odstępujesz mnie na krok..
  -To nie prawda! To ty..
  -Daj mi skończyć.. - zaśmiał się. - Trzymaliśmy się razem prawie 6 lat.. Czemu dopiero teraz każesz mi odejść?
  -Nie każę ci mnie opuszczać, tylko mówię, żebyś wrócił na dwa tygodnie do Nr.1 i zajął się moją bandą idiotów.. Których nazywamy rodziną - zaśmiałam się, ale chwilę potem spoważniałam. - Teraz będę na celowniku Stelli.. Jest potężnym przeciwnikiem. Nie chcę, żeby coś ci się stało.. Czy ty myślisz czasami o tym co czują inni? - spytałam próbując opanować rosnącą wściekłość. Zacisnęłam dłonie na poręczy balkonu, żeby nie podejść do pierwszego lepszego człowieka, który się nawinie i nie poderżnąć mu gardła nożem do smarowania masła. Metalowy pręt wbijał mi się boleśnie w ręce, co chwilowo opanowało moją złość. Po kilku sekundach uporczywego milczenia, Natay wreszcie się odezwał, ale jak to zawsze bywa walnął takim tekstem, że mało nie upadłam..
  -A ty co czujesz? - spytał podchodząc do mnie i odwracając tak, żeby stanąć ze mną twarzą w twarz.
  -Jeśli ci powiem, to pojedziesz? Przysięgasz, że pojedziesz? - upewniłam się. Natay kiwnął głową. Westchnęłam ciężko opuszczając bezradnie ramiona. - Boję się, że coś ci się stanie.. Wiem, że jesteś silny, ale to uczucie jest o wiele silniejsze. Za każdym razem tak mam. Zastanawiałam się o co może chodzić, ale dopiero Can pomogła mi zrozumieć, że... - zawiesiłam się w pół zdania.
  -"Że".. "Że" co? - drążył chłopak łapiąc mnie za ramiona. Ścisnął je tak mocno, że moja wściekłość powróciła ze zdwojoną siłą. Byłam zła sama na siebie za to, że ukrywałam to uczucie.. Stanęłam na palcach i przycisnęłam usta do ust Nataya.
  -Że cię kocham, idioto?! - krzyknęłam. Spłonęłam rumieńcem, gdy doszło do mnie co właśnie zrobiłam.
  -Nie powinnaś się przemęczać - powiedział podnosząc mnie do góry jak księżniczkę. Zrobił to tak gwałtownie, że przestraszona objęłam go kurczowo ramionami za szyję. Wniósł mnie do pokoju i usiadł na łóżku. Posadził mnie sobie na kolanach i przytrzymał kiedy chciałam uciec.
  -Zapomnij - powiedziałam i poczułam dziwny uścisk w sercu. - Jesteśmy przyjaciółmi. Nic więcej. Cholera, że też muszę zawsze coś palnąć.. - wymruczałam  przyciskając dłonie do twarzy. Natay złapał mnie za nadgarstki i podniósł je do góry gwałtownie. Przylgnął do mnie wargami. Zesztywniała czując, że opuszczają mnie wszystkie siły. Zwiesiłam bezwładnie ramiona, a chłopak położył jedną rękę na moich plecach, drugą wplatając w moje włosy. Przymknęłam oczy. To nie był pocałunek taki jak zwykle, czyli pusty, bez znaczenia, wymuszony podnieceniem. Ten był przepełniony uczuciami.
  -Masz moją odpowiedź - powiedział opierając czoło o moje rozgrzane czoło. Podskoczyłam, gdy ktoś zapukał w drzwi. Momentalnie zeskoczyłam z kolan Nataya poprawiając nerwowo koszulkę. Uśmiech chłopaka zniknął. W progu stanął koleś z ochrony ojca.
  -Pan Natay? - spytał, a ja zrozumiałam, że kolo w garniturze wypełnił moją prośbę.
  -Yhym..
  -Samochód już czeka - powiedział łysol. Natay spojrzał na mnie zaskoczony, a ja wzruszyłam ramionami. Drzwi zamknęły się za ochroniarzem ojca.
  -Wiedziałaś? - spytał mnie chłopak.
  -Sorry. Sama kazałam im po niego pojechać - uśmiechnęłam się smutno. Wstałam z poważnym wyrazem twarzy i nakazałam Natayowi gestem ręki, by zrobił to samo. Stanęliśmy twarzą w twarz, jednak musiałam odchylić nieco głowę do tyłu, żeby spojrzeć prosto w oczy chłopaka. Przyłożyłam dwa palce do czoła. Chłopak odwzajemnił salut.
  -Wice kapitanie, Natayu Backu. Idź do naszych kompanów. Idź i czyń swą powinność.. - powiedziałam siląc się na poważny głęboki ton głosu.
  -Rozkaz, pani kapitan, Luzo Scarlet... Albo może.. Lucy Tebal? - wyszeptał nachylając się nade mną. Damn.. Czemu w jego ustach moje prawdziwe imię i nazwisko brzmiało tak gorąco?!
  -Głupek - odepchnęłam go lekko. - Ona już nie istnieje! A teraz idź jak ci kazałam! I spróbuj zwerbować jeszcze kogoś.. Szykujemy się na wojnę..
  -Hee? - zdziwił się zbierając swoje rzeczy.
  -Złożymy niezapowiedzianą wizytę mojej kochanej macosze - uśmiechnęłam się na samą myśl o jej wypatroszonym ciele. W głowie już układałam plan.
  -Jesteś przerażająca - powiedział Natay ze śmiechem. Podszedł do mnie. - No to...
  -Widzimy się za dwa tygodnie, stary.. Trzymaj się - potknęłam pięścią jego ramienia. Pogłaskał mnie po policzku.
  -Pa - pomachał mi i wyszedł zamykając za sobą drzwi. Rzuciłam się na łóżko powstrzymując łzy. W końcu nie wytrzymałam i wybuchłam płaczem. Przycisnęłam poduszkę do twarzy by stłumić odgłos szlochu. Wyszłam na balkon, ale znów ogarnęła mnie fala smutku, a z oczu pociekły nowe łzy. Chciałam wybiec, przytulić Nataya i powiedzieć, żeby nie jechał, ale tutaj nie było bezpiecznie.. To brzmi śmiesznie, ale w Nr.1 byliśmy bezpieczniejsi. Tam każdy walczy otwarcie, wiesz kto jest twoim wrogiem i wiesz koto masz atakować.. Tutaj każdy może być tym złym. Przekupiony lekarz, który rozkaże cię operować, a podczas operacji niby coś pójdzie nie tak i PYK! nie żyjesz.. Natay nie był tu bezpieczny.. Nagle drzwi otworzyły się. Odwróciłam się ściskając mocniej poduszkę. Zaczął wiać wiatr.
  -Zapomniałem ci coś.. - Natay przerwał w pół zdania stając jak słup w progu, a ja nadal ściskając poduszkę przy klatce piersiowej, próbowałam przestać płakać. Otarłam szybko łzy rękawem piżamy i pociągając nosem, uśmiechnęłam się.
  -Co tak stoisz? - próbowałam zgrywać idiotkę. Wiedziałam, że widział, ale myślałam, że jeśli będę zachowywać się normalnie, to nie będzie drążyć tematu. Podeszłam do niego żwawym krokiem i pacnęłam go lekko w ramię. Rzuciłam poduszkę na łóżko, ale stałam w miejscu uśmiechnięta z zaciśniętymi pięściami.
  -Co się stało? - spytałam patrząc w niebieskie zmartwione oczy Nataya.
  -Czemu.. ty.. tam.. ty.. - zaczął, ale powstrzymała go gestem ręki.
  -Płakałam, to płakałam. Na chuj drążyć? - uśmiechnęłam się szeroko, ale w środku walczyłam ze sobą, żeby się nie rozbeczeć. Usiadłam na łóżku. - Pospiesz się, bo musisz jechać. Can czeka..
  -Ja ci zaraz dam "Can czeka" - pogroził mi palcem. - Zostaję z tobą.
  -Co? Ale..
  -Żadnego "ale" młoda.. - poczochrał mnie po włosach. - Zostaję i kropka.
  -A rób co chcesz - westchnęłam, ale trzy dni później...
  -Jedziemy do Nr.1 - oświadczyłam  Natayowi siedząc na fotelu w salonie tatuażu. Koleś (chyba właściciel) właśnie kończył robić mi tatuaże w poprzek obu bicepsów.
  -Ale tobie nie wolno jeszcze! - zaprzeczył Natay kiedy szliśmy już do sali szpitalnej.
  -Mi wszystko wolno. Powiedzieli, że dadzą mi tylko kołnierz usztywniający na kark i zapas świeżych bandaży, a za miesiąc mam przyjść na zdjęcie szwów. - powiedziałam jednym tchem.
  -Kiedy? - spytał zdawkowo.
  -Jutro z jak tylko się obudzimy - mrugnęłam odwracając się do niego tyłem i zdejmując koszulkę.
  -Musisz? - jęknął. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Nałożyłam koszulkę, którą przeznaczyłam na piżamkę i położyłam się na łóżku.
  -Dobranoc - ziewnęłam kuląc się i rozciągając się na całą długość łóżka, na które własnie wgramolił się Natay. - Co ty robisz?
  -Chcę mieć pewność, że nie płaczesz - mruknął oplatając mnie rękami. Westchnęłam cicho i wcisnęłam się głębiej w jego ramiona.
  Obudził mnie przeraźliwy krzyk. Poderwałam się do góry i podbiegłam do okna, a za szybą...
  -Can.. Wszyscy.. - szepnęłam. Przyłożyłam rękę do szkła, które pękło pod moim naciskiem.
  -Luza! - usłyszałam krzyk, podczas gdy ja spadałam. Nagle znów byłam ośmioletnią dziewczynką. Tym razem nie miałam takiej możliwości, żeby upaść na coś w miarę miękkiego. Zapragnęłam, żeby  ktoś mnie złapał, uratował. Nagle poczułam twardość betonu. Ból z czaszki i karku promieniował do całego ciała. Otworzyłam oczy. Przede mną stała Stella i trzymała za włosy, klęczącego twarzą do mnie, Nataya.  Do jego skroni przykładała pistolet. Złapał ją za rękę i wstał. Jednak nie podszedł do mnie, tylko splótł swoje palce z jej i wyszczerzył się do mnie. Wyciągnął przed siebie rękę, w której spoczywał karabin. Usłyszałam wystrzał. Zdążyłam tylko zamknąć oczy i uronić ostatnią w życiu łzę.
  -Czemu? - szepnęłam. Nagle ktoś dotknął mojego policzka. Otworzyłam oczy. Znów byłam w sali szpitalnej, a przed swoją twarzą widziałam tą samą łagodną twarz Nataya. Patrzył na mnie smutnym wzrokiem, a jego dłoń błądziła po moich włosach.
  -Znowu płakałaś - szepnął. Nagle zapragnęłam być znowu w Nr.1, wyciągnąć spod poduszki pistolet, wparować do czyjegoś mieszkania, z daleka od mojego, i zabić każdego kto stanie mi na drodze. To byłoby bardzo odprężające. - Opowiedz mi co ci się śniło...
  Odetchnęłam przypominając sobie całą historię i opowiedziała ją ze szczegółami. Gdy skończyłam, chłopak siedział na łóżku pocierając dłońmi twarz.
  -Ja cię zabiłem.. i poszedłem z twoją matką.. tą Stellą? - szepnął. Kiwnęłam głową i poczułam, że po policzku spływa mi łza. Wstałam i szybko poszłam na balkonik. Otarłam koszulką nadal płynące łzy, jednak, gdy chciałam głębiej odetchnąć, z mojego gardła wydobył się zduszony szloch. Nogi rozjechały mi się na podłodze. Przytknęłam dłonie do ust, ale to i tak nie pomogło. Płakałam i płakałam, nawet jeśli przez to nie dałam rady oddychać. Natay ukląkł naprzeciwko mnie i oderwał moje ręce od twarzy. Wziął moją głowę w swoje duże, ciepłe dłonie i uniósł do góry.
  -Przestań płakać. To tylko sen - powiedział miękkim głosem.
  -Nie mogę.. Jak już zacznę to nie przestanę - odparłam ocierając oczy. Poczułam lekkie szarpnięcie. Nagle moje ciało odmówiło posłuszeństwa. Zagrzmiało i zaczął padać deszcz mieszając się z moimi łzami. Zimno podłogi nie było już tak odczuwalne, kiedy Natay trzymał mnie ciepłymi rękoma i przyciskał swoje usta do moich. Otworzyłam szerzej oczy ze zdziwienia. Odsunął się i spojrzał na mnie z uśmiechem.
  -Przestałaś płakać - powiedział opierając się czołem o moje czoło. Twarz chłopaka była zarumieniona mimo zimnego deszczu. Natay parsknął śmiechem. - Powinnaś pójść na konkurs na najlepszego buraka roku. Pierwsze miejsce murowane.
  -Mówisz o sobie, prawda? - burknęłam z uśmiechem, pociągając nosem. Chłopak zakrył twarz.
  -Zamknij się - mruknął odwracając wzrok. Uśmiechnęłam się promiennie.
  -Dziękuję - szepnęłam zanim znowu się pocałowaliśmy.
***
  Obudziłam się siedząc na podłodze wtulona w obejmującego mnie Nataya. Uśmiechnęłam się pod nosem. Wyśliznęłam się z objęć i podeszłam na paluszkach po swoje rzeczy. Rzuciłam je na łóżko i zdjęłam koszulkę służącą mi za piżamkę. Przechodząc ponownie obok łóżka walnęłam się z całej siły na łóżko, które zaklekotało głośno, budząc Nataya, który automatycznie poderwał się do góry. Podniosłam się na łokciach i rozciągnęłam usta w szerokim uśmiechu.
  -Ty to robisz specjalnie - poskarżył się chłopak, gdy  już byłam ubrana w swoje codzienne ciuchy. Przewróciłam oczami, wzdychając ciężko.
  -No co ty? Nie! Wcale! - powiedziałam ironicznie, po czym oboje wybuchliśmy opętańczym śmiechem. 
  Po kilkunastu minutach (czytaj : po zjedzeniu dużej ilości zapasów szpitalnych) wsiedliśmy do samochodu. Czas dłużył mi się niemiłosiernie. Kręciłam się na siedzeniu jak mały, niewyżyty bachor. Złapałam Nataya za rękę i zaczęłam się bawić jego bandażem. W końcu, kiedy zobaczyłam mury Numeru 1, zaczęłam podskakiwać na siedzeniu. Mało nie oszalałam widząc znajome budynki i te same parszywe mordy co przed trzema tygodniami. Wreszcie samochód się zatrzymał. Otworzyłam drzwi i skoczyłam Candy na szyję.
  -Can! - zawołałam tuląc się kurczowo do przyjaciółki. Pogłaskała mnie po pleckach i odsunęła patrząc na moje ciało od góry do dołu.
  -Jesteś pewna, że to ty? - spytała, a ja roześmiałam się w głos. Natay wziął mnie za rękę, a Can otworzyła szeroko oczy. - Chyba jest coś o czym powinnam wiedzieć..
  Natay przytulił mnie kiedy jakiś chłopak z naszego gangu chciał mnie uścisnąć w biegu. Wymienili się spojrzeniami. 
  -Jesteśmy parą - powiedział odwracając się w stronę Can i pocałował mnie wśród wiwatów i oklasków ze strony wszystkich zgromadzonych. 
  -Gratulacje! - krzyknęła Can chcąc przekrzyczeć tłum. Musiałam przysunąć się bliżej, żeby usłyszeć cokolwiek. Zirytowana wyciągnęłam pistolet i strzeliłam w niebo. 
  -Cisza! - ryknęłam nadal trzymając rękę w górze. Nagle wszyscy zamilkli. Nikt się nie ruszał. Opuściłam rękę i schowałam spluwę do kabury. - To nie jest jedyna nowinka tego dnia..
  Podeszłam do samochodu i wyciągnęłam z niego opierającego się ojca do środka grupy. Otrzepałam trochę jego garnitur z kurzu. 
  -To jest mój ojciec - powiedziałam i odsunęłam się, patrząc jak Can podchodzi do Aleksa. Dziewczyna zamachnęła się i... klepnęła mojego ojca przyjacielsko w plecy, chociaż on sam wzdrygnął się, gdy oddział go otoczył ciaśniejszym kręgiem. 
  -No to żeś se córeczkę sprawił.. Współczuję! - wrzasnął ktoś z tyłu. Krąg ludzi buchnął śmiechem. Nagle ktoś wystrzelił, a cała banda gangsterów wypadła na ulicę.
  -Can! Weź mojego ojca i schowaj go gdzieś! Nie wiem czy się zatrzymają! - wrzasnęłam przekrzykując tupot kilkunastu nóg. Wyciągnęłam broń. Ku mojemu zdziwieniu, ci "gangsterzy" pędzili prosto na mnie. Kiedy pierwszy z nich był blisko, wyciągnął ręce i ...
  - Luza! Matko, co ci się stało?! Martwiliśmy się! - zawołał Barney podnosząc mnie wysoko, a potem przytulając do siebie. Jedni stali naokoło mnie, a inny otaczali Nataya, poklepując go po ramionach. 
  -Tato! Możesz wyjść! - zawołałam po kilku minutach. Barney zastygł słysząc moje słowa.
  -Tato...? - szepnął, a ja pokiwałam głową.  - Biologiczny ojciec najsilniejszego więźnia Nr.1 wkracza na scenę! - zawołał z uśmiechem, który po chwili zgasł. Uniósł pięść, a ja nie zrobiłam nic. Złożyłam obietnicę. Nie mogę palcem tknąć Aleksa. Ja i moja drużyna nie możemy, ale Barney tak. Ojciec zachwiał się i padł jak długi na ziemię. - A to za to, że mimo swojej pozycji w rządzie, wysyłasz tu dzieci! Wysłałeś tu własną córkę! - wrzasnął, a ja poczułam ulgę. Nareszcie ktoś zrozumiał co chcę zrobić. 
  -Ej.. Barney.. bez przesady. Sam bym chciał go ukatrupić, ale możemy nie teraz? - westchnął Natay.
  -Lucy, kochanie - usłyszałam, kiedy ojciec wstał z ziemi. - Chcesz wrócić do domu? Do bezpiecznego miejsca? Nie będziesz musiała zabijać.. Nie chciałabyś wrócić do rodziny..?
  -Że co? - warknęłam wreszcie racząc na niego spojrzeć. - Może i jesteś moim biologicznym ojcem, ale straciłam do ciebie nie tyle szacunek, co miłość. To nie ty mnie wychowałeś, tylko Barney i jego gang. Do rodziny wrócić? - zaśmiałam się gorzko. - Chyba żartujesz. Teraz to jest moja rodzina. Bezpieczeństwo umiem zapewnić sobie sama, a zabijać to ja lubię. - zamyśliłam się przez chwilę patrząc w smutne oczy ojca. -Powinieneś to zauważyć, kiedy tu przyjechałeś. Nie znasz mnie. Gdybyś mnie wypuścił, to zabiłabym znowu. A nawet więcej. Tym zabitym mógłbyś być ty.
  Nikt nie zamarł. Wszyscy wiedzieli kim jestem i co lubię. Stali kiwając głowami, w pełni się ze mną zgadzając. Ojciec tylko patrzył na mnie bezradnie smutnymi oczami. 
  -Tak.. Przepraszam, że cię zmuszałem do normalnego zachowania. Naprawdę mi przykro. - powiedział. Otrzepał garnitur i rozłożył ręce. - Chodź i przytul mnie ten ostatni raz jak Lucy.
  Podeszłam sztywno i ścisnęłam szybko ojca. Odsunęłam się. Ojciec kiwnął na Jake'a.
  -Ja zostaję tutaj - powiedział chłopak przechodząc na moją stronę. Przybiliśmy piątkę. Aleks spojrzał na mnie zdziwiony.
  -Na mnie nie patrz. Wczoraj się dowiedziałam - powiedziałam dłubiąc małym palcem w uchu. - Teraz jest z nami. Chory chłopak, ale takich nam tu trzeba - uśmiechnęłam się. - Wyjeżdżając, podwieziesz nas do Kwatery Głównej?
  Aleks pokiwał głową. Wskazał kciukiem drugi czarny samochód. 
  -Jedziecie tamtym - powiedział patrząc w ziemię. Nic sobie nie robiąc ze smutku ojca, wsiadłam do samochodu razem z Jakem. Zostawiając swój gang pod opieką Can i Nataya pojechałam na granicę Nr.1, wymyślając kłamstwa o przeszłości chłopaka siedzącego obok i wszystko mu tłumacząc.
  -Masz szczęście, że jestem w tym dobra.. - westchnęłam kiedy wszystko było już ustalone. Spojrzałam za okno. -Ahh.. Te wspomnienia. - uśmiechnęłam się lekko. Znów GO spotkam. Eh. Żyć nie umierać.

***

Ohh ahh.. 
rozdział 4 zakończony. 
dupa mnie boli ;_;
za długo pisałam ;_;
eh. xD
dobra 
lecę 
do Hachi 
na
noc
papaszky ;3