czwartek, 24 kwietnia 2014

Rozdział 7 : Jak to wszystko się zaczęło

mam nadzieję, że ostatni rozdział się podobał.
czas na trochę tłumaczeń.
czytamy! \(*w*)/

***

  Otworzyłam gwałtownie oczy, słysząc głośny trzask. Podniosłam się powoli i wpatrzona w drzwi, pomacałam przestrzeń obok siebie. Nataya nie było obok. Zsunęłam nogi z łóżka i bezszelestnie przeszłam przez pokój. Przylgnęłam do ściany, uchylając drzwi. Zobaczyłam cień przesuwający się po gołej ścianie. Ktoś właśnie myszkował po mojej kuchni. Sięgnęłam odruchowo do ramienia, ale w porę przypomniałam sobie, że moja bron leży na stoliku, gdzie wczoraj zostawił ją Natay. Syknęłam cicho i otworzyłam drzwi na tyle, żebym mogła wyjść na korytarz. Oddychałam bezgłośnie, robiąc jeden krok za drugim. Wparowałam do kuchni z zamiarem pobicia, a nawet zajebania tego, kto odważył się wejść do mojej twierdzy, ale zatrzymałam się w pół kroku.Przy lodówce stał Natay. Pacnęłam się w czoło. Mogłam się domyślić, że to on. Ja jestem jakaś ułomna, czy co?
  -Zawsze gotowa do akcji, co? - zapytał ze śmiechem. Pokiwałam głową wzdychając. - Nawet w samej koszulce i majtkach? Przecież rozpuszczone włosy to dla ciebie jak grzech - zaśmiał się ponownie. Wbiłam mu wyprostowane palce tuż pod mostkiem. Zgiął się w pół, wypuszczając gwałtownie powietrze. Spojrzałam na zegarek i zamarłam zdziwiona. Jestem pewna, że poszłam spać koło dziewiątej lub dziesiątej wieczorem. Jakim cudem była już trzynasta?
  -Magia, kuźwa - mruknęłam do siebie i wyjęłam z lodówki ostatnią marchewkę. Obrałam ją i z warzywkiem w zębach poszłam do swojego pokoju. Przebrałam się i wróciłam do kuchni. - Idę się przejść - powiedziałam zapinając skórzane pasy. Poklepałam zawieszoną przy moich piersiach broń. Natay pokiwał głową wpieprzając chyba cały zapas mięsa. Podeszłam do niego, wyrwałam mu jeden kawałek i pochłonęłam go w zawrotnym tempie.
  -Ej! - zawołał za mną Natay z wyrzutem. Wybiegłam z mieszkania, śmiejąc się głośno. Zeskoczyłam z prawie wszystkich schodów i wypadłam na ulicę. Uśmiechnęłam się szyderczo widząc wykrwawiającego się kolesia leżącego naprzeciwko mojego bloku. Usiadłam na ziemi opierając się plecami o ścianę. Z piersi mężczyzny wystawały trzy noże, które na oko miały już swoje lata. Krew tryskała nie tylko z ran, ale i z ust poszkodowanego. Klejąca, brunatno-czerwona maź skapywała na gorący asfalt. Śmierdziało jakby zatęchłą rybą. Na szyi faceta zauważyłam kilka otarć, jakby po linie. Mój wzrok powędrował na jego twarz. Miał rozbity nos, rozcięte usta i podbite oczy, które patrzyły na mnie z niemą prośbą o pomoc. Prychnęłam cicho i patrzyłam dalej. Kilka minut potem nikłe światło w jego oczach zgasło. Nieczuła ze mnie szmata, co? Hehe. Kiedy upewniłam się, że facet zdechł, poszłam dalej. Uchyliłam się przed lecącą z piątego piętra butelką. Usłyszałam wkurzone krzyki. Hmm.. Więc Kocia znów oszukała klienta. Czemu nie? Prychnęłam na samo wspomnienie tego, jak mnie tu przywitała. Jak źle musi iść interes, żeby musiała zapraszać niespełna dwunastoletnią dziewczynkę do pracy w burdelu? Odpowiedź brzmi : trzeba mieć tak przesrane jak ja. Podążyłam dalej. Skierowałam się ku najwyższemu budynkowi w Nr.1 i wspięłam się na niego bez wysiłku. Tu nikt nie urządza popijaw, bo łatwo byłoby stąd kogoś zepchnąć. Zazwyczaj przychodzili tu samobójcy... i ja. Położyłam się na dachu i spojrzałam prosto w rażące słońce. Automatycznie zamknęłam oczy. Ległam na brzuchu i schowałam twarz między ramionami. Zachciało mi się spać, co było z deka dziwne, zważając na to, że dopiero wstałam. Pomyślałam jednak, że warto byłoby odespać kolejne nieprzespane noce, które dopiero miały nadejść. Znów zamknęłam oczy i dałam się pochłonąć swoim marzeniom... Bo to chyba były marzenia, skoro śnił mi się świat za murami. Tak myślałam, póki nie zobaczyłam dokładnie gdzie jestem. Te same beżowe ściany, w których byłam więziona przez trzy lata, pojawiły się przed moimi oczami. Podniosłam się do pozycji siedzącej i spojrzałam na drzwi. Spod nich sączyło się nikłe światło. Zeskoczyłam z łóżka i wyszłam po cichu na korytarz. Przeszłam do kuchni i wzięłam czystą szklankę z blatu. Stanęłam na palcach by dosięgnąć kranu i nalałam sobie trochę wody.
  -Co tu robisz? - usłyszałam oślizły głos zza swoich pleców. Odwróciłam się przestraszona. Szklanka drżała mi w dłoni. Mój spasiony brat podszedł do mnie i wyrwał mi ją z rąk. Odkręcił kran i nalał więcej wody. Wypił ją duszkiem i wtedy trzepnął mnie po twarzy na odlew. Upadłam na ziemię i z ledwością powstrzymałam łzy. -Powiedziałem ci, że ty pijesz prosto z kranu w łazience, jasne szczylu? - warknął, a ja szybko pokiwałam głową. Wstałam i bez jakiejkolwiek najcichszej skargi pobiegłam do łazienki. Odkręciłam kran i wypiłam kilka łyków ciepławej, stęchłej wody. Powstrzymałam odruch wymiotny, ale łzy pociekły po mojej twarzy. Wytarłam je delikatnie, żeby nie było śladów. To nakręciłoby Matthiasa jeszcze bardziej. Wróciłam szybko do swojego pokoju i wdrapałam się na łóżko. Nakryłam się kołdrą za głowę i wyciągnęłam spod poduszki zeszyt i długopis. Otworzyłam brulion na pierwszej niezapisanej stronie. Dla pewności, że Mat już nie przyjdzie, odsłoniłam głowę i wsłuchałam się w ciszę. Po chwili usłyszałam jęki i stęki jakiejś kobiety z telewizji i ciche sapanie mojego brata. Znów okryłam się kołdrą i wymacałam w kieszeni małą podręczną latareczkę. Włączyłam ją i włożyłam sobie do ust. Jedną ręką trzymałam brulion tak, żeby się nie złożył, a drugą - zaczęłam pisać koślawymi literkami.
Drogi pamiętniku.
Jest prawie ranek, a ja już raz dostałam po twarzy.
Mój brat wczoraj dotykał mnie w czułe miejsca cztery razy.
Raz rano, raz w południe i dwa razy wieczorem.
Ja nie chcę tu być. Mam dość brata i jego głupiego uśmiechu.
Kiedy mnie dotyka, to tak dziwnie się na mnie patrzy i sapie.
On mnie dotyka, bije, a potem zamyka się w swoim pokoju i ogląda jęczące panie.
To jest głupie. Nienawidzę swojego brata. 
Czasem mam ochotę wziąć nóż i zabić Mata.
Boję się tego głosu, który każe mi to zrobić. 
Nikt inny go nie słyszy, tylko ja.
A ja się boję tego głosu.
Niech ktoś mnie zabierze od brata.
Boję się go.
  Zamknęłam zeszyt, włożyłam go razem z długopisem pod poduszkę, a latarkę zgasiłam i wsadziłam do kieszeni piżamy. Położyłam się i zasnęłam wyczerpana. 
  -Obudź się - usłyszałam głos i poczułam ból promieniujący z pleców. Otworzyłam oczy i szybko usiadłam na łóżku. Nade mną stał Matthias z grubą encyklopedią w ręku. Prawdopodobnie dopiero co dostałam nią w plecy. - Wstawaj. Jedzenie na stole.
  Posłusznie wstałam i podreptałam za bratem, trzęsąc się z przerażenia. Nie musiałam dziś sobie zdobywać jedzenia sama. To zły znak, jednak usłuchałam poleceń brata i zjadłam wszystko co mi posunął pod nos. Nie wiedziałam kiedy następnym razem dostanę tak duży posiłek, więc wolałam się najeść. Kiedy skończyłam, wstałam i odstawiłam naczynia do zlewu. Poczułam rękę Mata na swoim brzuchu. Zagryzłam wargę, żeby nie odtrącić tej dłoni, która zjeżdżała coraz niżej. Brat wpakował swoją grubą rękę w moje spodnie od piżamy i znów zaczął mnie dotykać. Usłyszałam sapanie przy swoim uchu. Stałam nieruchomo, czekając aż to się skończy... Ale się nie skończyło. Matthias liznął mnie po policzku i odwrócił w swoją stronę. Pchnął mnie na blat, na który upadłam plecami. Zerwał ze mnie spodnie i zaczął lizać moje czułe miejsce. Znów próbowałam wykonywać jak najmniej zbędnych ruchów. Matthiasowi znudziła się ta czynność, więc staną prosto. Myśląc, że to koniec na teraz, podniosłam się lekko, ale Mat przygwoździł mnie z powrotem do blatu. Jego tłusta łapa ściskała moją szyję bardzo mocno. Łapczywie próbowałam złapać choć trochę powietrza i wtłoczyć je do płuc. 
  -Kto powiedział, że z tobą skończyłem? - szepnął puszczając moją szyję. Odetchnęłam z ulgą, ale zaraz znów zastygłam. Matthias odpiął powoli pasek  i zsunął spodnie do kolan. Spojrzałam na jego grube, owłosione nogi. Łzy zawirowały w moich oczach, kiedy zdjął bokserki. Zacisnęłam mocno powieki. Byłam przerażona. Kiedy poczułam pierwsze pchnięcie, jedna z łez pociekła mi po policzku. Boli. Zacisnęłam zęby, kiedy kolejny raz Mat poruszył się niezdarnie. Cichutki szloch wyrwał mi się z piersi. Poczułam mocne uderzenie w policzek. głowa przeskoczyła mi w bok. - Nie rycz - wystękał brat. Zacisnęłam zęby na wardze. Po chwili poczułam ciepły metaliczny posmak na języku. Przegryzłam sobie skórę wargi. Matthias skończył już się ruszać i kazał mi klęknąć przed nim. Kazał mi otworzyć buzię i wystawić język, a kiedy to zrobiłam - wsadził mi swojego ... w usta. Chciałam się wyrwać, robiłam co mogłam, ale Mat trzymał mnie mocno. Po moich policzkach popłynęły łzy, kiedy poczułam gorzką ciecz, która rozlała mi się w buzi. Oderwałam się gwałtownie od Matthiasa i zaczęłam kaszleć. Mój brat naciągnął bokserki i spodnie na tyłek i wyszedł z kuchni. W tym momencie zwymiotowałam wszystkim co miałam w żołądku. Wyszłam z kuchni chwiejnie i zamknęłam za sobą drzwi. Poszłam do łazienki i umyłam się dokładnie. Potem wypłukałam usta i umyłam zęby. Przyciągnęłam stołek i sięgnęłam na szafkę. Wymacałam tam nożyczki. Przeszłam do lustra i wzięłam w garść wszystkie swoje potargane włosy. Jedno ciachnięcie i było po wszystkim. Teraz sięgały mi tylko do ramion. Wzięłam do ręki swoją grzywkę. Odkąd wyjechałam od rodziców, nikt je nie ścinał, więc teraz zza włosów nie było widać moich oczu. Znów jedno ciachnięcie na skos i po grzywce. Spojrzałam w lustro i uśmiechnęłam się szeroko. Moje odbicie patrzyło na mnie obojętnym wzrokiem lalki. Przeszłam do swojego pokoju i wyciągnęłam spod łóżka jedyne czyste ubranie jakie miałam - białą sukienkę na ramiączka. Nałożyłam ją i poszłam do kuchni. Potem przeszłam pod pokój brata i załomotałam w drzwi. Po chwili grubas otworzył.
  -Czego chcesz? Czemu ścięłaś włosy, mała szmato?! - wrzasnął widząc moje krótkie włosy. Ręce miałam splecione za plecami. Podniosłam głowę do góry i uśmiechnęłam się szeroko. - Cz-czego chcesz, bachorze?
  Poruszyłam się nagle. Popchnęłam Matthiasa barkiem z całej siły. Grubas zatoczył się do tyłu i padł na podłogę. Weszłam do pokoju i jednym silnym kopem zatrzasnęłam drzwi. - Pytałem się o coś! Głucha jesteś? - wrzasnął próbując się podnieść. Skoczyłam w przód i przycisnęłam kolanami klatkę piersiową brata, zmuszając go do gwałtownego wypuszczenia powietrza. - Co.. chcesz... zrobić? - wydyszał. Uśmiechnęłam się szeroko. 
  -Zabić... cię - powiedziałam odzyskując wreszcie głos, który straciłam dwa lata wcześniej. Nożem zabranym z kuchni, rozcięłam koszulkę brata i skrzywiłam się widząc włosy i spoconą skórę. - Nie ruszaj... się - powiedziałam powoli przypominając sobie jak się mówi. Wstałam i stojąc nad brzuchem brata wodziłam nożem po jego torsie. Wczoraj własnoręcznie go ostrzyłam, więc zostawiał cienkie, różowe linie, z których wypływały kropelki bordowej krwi. Uśmiechnęłam się lekko i przycisnęłam nóż mocniej. Z piersi Matthiasa wyrwał się dziki krzyk. Spojrzałam na niego zdziwiona. - Co się... stało? Przecież mi... nieraz.. robiłeś coś.. takiego - mówiłam powoli, przeciągając sylaby. Przyłożyłam ostrze do brody brata i przeciągnęłam nim przez cały policzek, czoło i skończyłam przeciąwszy drugi policzek. 
  -Nie - załkał Matthias. - Proszę. Miej litość. Więcej ci nic już nie zrobię, więc oszczędź mnie - zaszlochał. Z jego oczu i nosa pociekła żółtawa ciecz. Zaśmiałam się histerycznie odrzucając głowę do tyłu. Jak mnie to niesamowicie rozśmieszyło! Kiedy w końcu się opanowałam, dźgnęłam brata prosto w brzuch. Wyjęłam zakrwawiony nóż i pocięłam szybko ramiona Mata, kiedy on wrzeszczał próbując się wyrwać, ale wiedział, że kiedy to zrobi - zabiję go. Nagle usłyszałam walenie w drzwi i krzyk, żeby Mat zamknął wreszcie mordę. Tylko ja to usłyszałam. Nacięłam skórę brata trochę za mocno, a wtedy on wrzasnął jeszcze mocniej. Krzyki przy drzwiach się wzmogły, więc kazałam Matthiasowi nie ruszać się z pokoju choć wiedziałam, że nawet nie dałby rady. Z nożem w ręku podeszłam do drzwi i otworzyłam je powoli. Sąsiedzi zamarli. Uśmiechnęłam się niewinnie.
  -Pomóc.. w czymś? - spytałam zachrypniętym głosem. Pokręcili głowami z wahaniem i odeszli szybkim krokiem. Zatrzasnęłam drzwi i wróciłam do Matthiasa. Nie ruszał się. Prychnęłam, kopiąc go w głowę. Jeszcze raz wbiłam nóż w jego brzuch. Wyszłam z pokoju zamykając wszystkie możliwe drogi ucieczki. Usiadłam na korytarzu i patrzyłam na krwawe ślady po moich dłoniach na ścianach, klamkach i szybach. Widok był hipnotyzujący. Otrząsnęłam się dopiero kiedy usłyszałam dźwięk policyjnych syren. Uśmiechnęłam się lekko. Nareszcie ktoś przyjechał mnie stąd zabrać.
  Wyważyli drzwi. Do mieszkania wpadło kilkunastu policjantów. Poznałam w nich specjalnie wyszkolonych komandosów, którzy bywali u ojca. Nie odważyli się przekroczyć rogu. Krzyczeli, że mamy wyjść z podniesionymi rękami. Zarechotałam dziko. Podniosłam się, nie wypuszczając noża z dłoni. Żwawym krokiem chciałam wyjść zza rogu, ale ktoś strzelił i kazał mi wyjść spokojnie. Westchnęłam i zwolniłam kroki. Stanęłam w rażącym świetle latarek. Po co oni je włączyli? Jest jasno.. A raczej powinno być. Niebo przysłoniły chmury i mimo wczesnej pory, było dość ciemno.
  -Wychodź, morderca! - krzyknął ktoś. Zwiesiłam bezradnie ramiona z poważną miną. Nóż wyśliznął mi się z dłoni. Czas jakby zwolnił. Wreszcie po kilku sekundach, które wydawały się godzinami, usłyszałam brzdęk upadającego na drewno metalu. Zrobiło się nienaturalnie cicho.
  -Hej.. Dziewczynko.. Jak masz na imię? - spytał jakiś niski głos.
  -Lu..cy - powiedziałam.
  -Lucy. Jesteś rana?
  -Nie.
  -Ktoś jest z tobą w domu? - spytał jakiś inny głos.
  -Mój.. braciszek.. jest w.. pokoju - wycharczałam. Wytarłam ręce w sukienkę. - Nie żyje - powiedziałam nie jąkając się już. Nie przeciągając sylab powiedziałam, że mój brak nie żyje.
  -Kto go zabił? - spytał znów niski głos. Obojętnie przesunęłam wzrokiem po przerażonych twarzach policjantów. Nie przeszkadzało mi rażące światło. Widziałam strach w ich oczach. Poczułam satysfakcję. Oni się boją.
  -Ja to zrobiłam - kiedy to powiedziałam ich oczy się rozszerzyły.
  -Podnieś ręce do góry! - krzyknął niski głos. Zrobiłam co mi kazał. Podeszłam powoli do pierwszego z funkcjonariuszy, który następnie mnie przeszukał. Potem poprosił kogoś o podanie mu chusteczek. Kiedy już je dostał, wyjął ich całą garść i wytarł mi dokładnie twarz i ręce.
  -Nervil? Co ty odpierdalasz? - spytał mężczyzna w średnim wieku.
  -Nie widzisz jaka jest brudna? Przestań tak spinać dupę, Smith - warknął młody chłopak. Ktoś podał mu kajdanki, a on zwrócił się z nimi do mnie. - Skuję cię tym teraz, dobrze? Nie wyrywaj mi się, idź spokojnie, to nie będzie cię bolało. Jeśli spróbujesz się wyrwać, to obetrze ci się skóra na nadgarstkach i będzie boleć - powiedział spokojnie, delikatnie unieruchamiając mi ręce kajdankami. - Rozumiesz? Nie możesz robić gwałtownych...
  -Wiem. Tata mi to tłumaczył. Miałam przejąć po nim stanowisko naczelnika w Nr.2 - zawarczałam. Wyprowadzili mnie z mieszkania. Przeprowadzili przez powiększającą się grupkę reporterów. Wsadzili na tył opancerzonego busa. Obok mnie usiadł policjant zwany Nervilem. Pogłaskał mnie po głowie.
  -Ktoś kazał ci to powiedzieć? - spytał, kiedy byliśmy już w pokoju przesłuchań. Pokręciłam głową. - Więc to naprawdę? Zrobiłaś to?
  -Tak - potwierdziłam. Zaprzeczyłam, kiedy zapytali czy ktoś kazał mi to zrobić.
  -Czemu to zrobiłaś? - spytał towarzysz Nervila.
  -Gwałcił. Bił. Torturował. Przeklinał. Przezywał. Maltretował. Ciął - wyliczyłam. Zaprowadzili mnie do jakiejś lekarki. Kazała mi się rozebrać. O mało nie puściła pawia widząc ranę przecinającą moją klatkę piersiową, która ciągnęła się przez cały mostek. Na opisanie moich ran przeznaczyła trzy strony swojego notesu. Potem zaprowadziła mnie do jej prywatnej łazienki. Pomogła mi się umyć i dała swoją za dużą koszulkę. Kiedy wyszłyśmy spod prysznica, w gabinecie czekał napakowany koleś z wytatuowanym słowem 'KILL' nad lewą brwią.
  -Idź już dziecko - lekarka popchnęła mnie do drzwi, ale w tym momencie zwymiotowałam na kafelki. Kobieta poprosił przestępcę o położenie mnie na kozetce, a sama zajęła się sprzątaniem moich wymiocin. Kiedy już chwilę poleżałam, poczułam się lepiej, więc podciągnęłam się do góry i oparłam o ścianę. Przyjrzałam się mężczyźnie z tatuażem. Był nawet ładny. - Dasz radę już iść? Zaraz kogoś tu po ciebie przyślą, a wtedy nie będzie już tak miło - zwróciła mi uwagę lekarka. Pokiwałam głową i zeskoczyłam z łóżka. Spojrzałam mężczyźnie w oczy i uśmiechnęłam się widząc go w swoich wyobrażeniach jako beznogiego trupa z rozpłatanym brzuchem, uduszonego jego własnymi flakami. Wyszłam z gabinetu i zanim odeszłam, usłyszałam tylko tyle, że mężczyzna dostał ciarek na plecach, i że się mnie boi.
  Dalej dostałam pomarańczowy kombinezon i wysłano mnie na obóz treningowy. Dołączono mnie do dzieci szkolonych na specjalnych komandosów. Spędziłam pół roku musząc dać sobie radę sama między dzieciakami uprzykrzającymi mi życie. Kiedy wróciłam, pierwszy przywitał mnie Nervil. Jako jedenastoletnia dziewczynka dostałam naszyjnik ze swoim statusem i nazwą swojego gangu, swój własny karabin i naboje do niego. Wytłumaczono mi, że w murach Nr.1 są umieszczone takie bazy jak ta, w której aktualnie jestem. Dano mi mapę z rozmieszczeniem sklepów z bronią, punktów sanitarnych i punktów zaopatrzeniowych, w których można dostać jedzenie, ubrania i inne rzeczy niezbędne do życia, jak meble czy narzędzia.
  Nervil odprowadził mnie aż pod same drzwi. On był ostatnim normalnym człowiekiem, którego zobaczyłam. Nikogo takiego przez następne pół roku.
  Kiedy otworzył przede mną drzwi, poraziło mnie światło. Ukryłam karabin za plecami i wyszłam na oświetlone popołudniowym słońcem, zniszczone miasto. Kiedy drzwi się zatrzasnęły z pomiędzy bloków wyszło czterech mężczyzn i podeszło do mnie. Zaoferowało mi, że w zamian za opiekę, będę musiała im usługiwać. Po tych słowach zarechotali patrząc na siebie wymownym wzrokiem. Spojrzałam na nich obojętnie, wyciągnęłam przed siebie karabin i rozwaliłam każdemu łeb, wpakowując w niego kulkę.
  -Kill them all - warknęłam i poszłam zgodnie z mapą, w kierunku głównej bazy mojego gangu.

***

następny rozdział.. nie wiem kiedy xD
miłego życia <3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz