piątek, 7 lutego 2014

Rozdział 5, czyli Bitwa : Mury Nr.1

  no. to teraz czas na trochę wspomnień ;3
Luzuś kochana będzie wspominać. ;3
rozdział 5 : trochę o polityce Nr.1 i trochę wspomnień
rozdział 6 : trochę erotycznie (trochę >.>)
rozdział 7 : WSPOMNIEŃ CZAS ;3
też was kocham ;3

***

 -Papa tatku! Odwiedź mnie niedługo! - zawołałam przesłodzonym głosem, machając mojemu ojcu, który własnie wyjeżdżał za mury Nr.1. Całe moje teraźniejsze zachowanie było grą. Pieprzonym teatrzykiem, mającym przypomnieć przyglądającym się nam podejrzliwie wartownikom, kim jestem. razem z Jake'em skierowałam się ku opancerzonym drzwiom. Zapukałam w nie nogą trzy razy.
  -Kto ty? - usłyszałam zmęczony głos sączący się z głośnika powieszonego nad drzwiami.
  -Dobry, panie Smith - wyszczerzyłam się do framugi drzwi.
  -Co ty robisz? - spytał Jake.
  -Jestem obeznana. Tu jest kamera, przez którą on widzi czy naprawdę jesteś tym za kogo się podajesz. Jego nie okłamiesz - wytłumaczyłam cicho, a potem znów zwróciłam się do framugi. - Luza Scarlet, lat 16 i Jake, lat.. Ile masz tak właściwie lat? - zwróciłam się do chłopaka.
  -Dwadzieścia - powiedział z wahaniem, jakby bał się, że pomyli się w tym jedynym słowie. Mało nie padłam ze śmiechu.
  -No.. I Jake, lat 20 - uśmiechnęłam się. Drzwi skrzypnęły i po chwili znaleźliśmy się w długim korytarzu o zgniłozielonym kolorze ścian. Skrzywiłam się.
  -Co się stało? - spytał Jake niespokojnie. Potrząsnęłam głową.
  -Jestem tu już chyba setny raz, ale zawsze przypomina mi się ten pierwszy - mruknęłam zdegustowana. (od autorki : tak samo mam u dentysty >.>) Poszliśmy w głąb korytarza. Znając położenie wszystkiego co tu się znajdowało, nie miałam problemów z odnalezieniem pokoju, w którym stacjonował pan Smith.
  -Dzień dobry! - zawołałam, otwierając zamaszyście drzwi. Facet nie poruszył się ani o milimetr, a ja westchnęłam zawiedziona. - Nie powita mnie pan tym razem serią z kałacha? - mruknęłam wydymając żartobliwie policzki. Na biurku pana Smitha stała tabliczka z napisem "Kierownik Zachodniego Skrzydła, Mr. Smith". Kiedy chciałam jej dotknąć, ujawnił swoją zdolność poruszania się jak ninja i złapał mnie za nadgarstek.
  -Ile razy mam ci mówić, żebyś tego nie ruszała? - spytała przeczesując siwiejące włosy wolną dłonią. Popatrzył na mnie przenikliwym wzrokiem. Uśmiechnęłam się pod nosem siadając na obdartym ze skóry krześle. Może kiedyś wyglądało luksusowo obite sztucznym tworzywem w kolorze kremowym, ale teraz było gorsze od najtańszego krzesła. - Co cię do mnie przywiało? - spytał sadowiąc się w swoim pluszowym fotelu. Kiwnęłam głową na Jake'a.
  -On chce zostać tutaj - powiedziałam wskazując kciukiem na chłopaka. Wzrok pana Smitha skierował się na pokazywanego Jake'a.
  -On? Chce zostać? Tutaj? W Nr.1? - spytał staruszek zdziwiony. Pokiwałam głową. - To udostępnij mu krzesełko, niech mi o sobie opowie.
  Wstałam i odeszłam na bok robiąc zachęcający ruch ręką jakbym wskazywała drogę jakiemuś ważnemu jegomościowi. Jake zajął moje miejsce rozglądając się niespokojnie.
  -Możesz sobie iść. Poszło won mi stąd - powiedział Smith. Kiedy otwierałam drzwi tłumaczył zasady panujące w Nr.1. Zatrzasnęłam drzwi z głuchym trzaskiem i oparłam się o ścianę.
  -Czemu mówi pan o niej bezosobowo? - spytał Jake. przysunęłam się do miejsca, w którym był głośnik. Uśmiechnęłam się pod nosem.
  -Mogę być z tobą szczery? - spytał pan Smith. jak mniemam Jake kiwnął głową, bo staruszek mówił dalej. - Ja jej nie uważam za dziewczyną. Ba! Ja jej nie uważam nawet za człowieka. W ogóle, dla mnie, ona nie jest czymś żyjącym.
  -To kim? - spytał Jake, kiedy staruszek się zawiesił. Usłyszałam ciche westchnięcie. Wyobraziłam sobie Smitha, jak masuje skronie robiąc gwałtowne ruchy palcami i podnosi głowę.
  -Dla mnie ona jest potworem - powiedział wreszcie. Odsunęłam się od ściany i podąrzyłam przed siebie korytarzem, którym przybyłam tu pierwszy raz, przed kilkoma latami. Usłyszałam jeszcze jakby z daleka dochodzący głos kierownika. - Zabiła swojego brata. Nadal zabija z zimną krwią. Brzydzę się nią... - głos cichnął w miarę jak oddalałam się od głośnika. Skręciłam w prawo, potem w lewo i znów w lewo po pięciu metrach. Stanęłam przed pokojem przesłuchań, w którym sześć lat temu zapadł na mnie wyrok dożywocia. Spojrzałam w małe okienko i usiadłam pod drzwiami zadowolona. Kogoś przesłuchują, a ja będę jedynym światkiem jego społecznej śmierci. Usłyszałam kroki. Spojrzałam w lewo.
  -Cześć. Kogo przesłuchujecie? - spytałam wysokiego, postawnego mężczyznę w mundurze zapiętym na ostatni guzik. był młody, pierwszy raz go tu widziałam, więc nie zdziwiłam się kiedy zaczął się burzyć o to, co tu robię.
  -Spokojnie Frank. Ona często tu bywa, kiedy jej się nudzi - powiedział mój dobry, stary znajomy, Nervil. - Co ty tu robisz, młoda? Masz dość Nataya? Znowu się do ciebie dobierał? - spytał mężczyzna. To on zaprowadził mnie do drzwi tego dnia, sześć lat temu. Był światkiem mojego pierwszego morderstwa w Nr.1. Od tamtej pory jesteśmy dobrymi znajomymi.
  -Nie - pokręciłam głową. - Jakiś pieprznięty chłopak chce tu spędzić resztę swojego życia, a ja zostałam jego niańką. Co to? - spytałam wskazując na talerz trzymany przez młodszego oficera, Franka.
  -Ostatnie życzenie tego psychola - powiedział Nervil. Weszli do pokoju, a ja skupiłam się na monitorze wiszącym przy drzwiach. W nikłym, migoczącym świetle żarówki zobaczyłam jak stawiają talerz przed mężczyzną siedzącym tyłem do kamery.
  -Masz. Twoje ostatnie życzenie. kanapka z masłem orzechowym. Niech cię tam jak najszybciej zabiją - powiedział Nervil. Mężczyzna siedzący na krześle pochłonął momentalnie kanapkę i oblizał palce. Wyglądało to mnie więcej tak, jakby była kanapka i nagle PUF! znikła.
  -Nie sądzę, żeby mnie zabili - zaśmiał się po połknięciu ostatniego kawałka chleba.
  -Czemu? - spytał podejrzliwie Frank sięgając po broń. Z więźniem zaczęło coś dziwnego się dziać. Po chwili wyrzucił ramiona do góry i krzyknął:
  -Alergia na orzechy, dziwki! - a potem  opadł bezwładnie na stół. Frank spanikował i rzucił się ku drzwiom wołając, że idzie po lekarza, ale zagrodziłam mu drogę wbijając z buta do pokoju przesłuchań. Podeszłam do praktycznie martwego kolesia i wyciągnęłam nóż. Rozpłatałam facetowi gardło, z którego wytrysnęła krew.
  -Chciałeś ratować takiego skurwiela? - spytał Nervil z zimnym jak lód spojrzeniem. Znałam to spojrzenie. Patrzył tak na mnie, kiedy przyszłam do niego wyczyszczona z krwi w o wiele za dużym, pomarańczowym wdzianku małego, psychopatycznego, cichego sukinsyna.
  -A to wam się trafił żartowniś, co? Co zrobił? - spytałam dotykając wskazującym palcem wykrwawiającego się więźnia.
  -Zabił żonę, dwójkę przypadkowych dzieciaków i zadźgał kochankę.. A rodzinkę spalił żywcem - wyrecytował Frank, a chwilę potem zrozumiał, że nie jestem jego kolegą z pracy. Skosił mnie wzrokiem. Odpowiedziałam mu wyzywającym spojrzeniem zakładając ręce na piersiach.
  -Spokojnie.. Ona jest tu z nami praktycznie na równi - zaśmiał się Nervil, klepiąc tamtego po ramieniu. - Przez ciebie znów będziemy musieli szorować podłogę - zwrócił się do mnie z wyrzutem.
  -Can przyszła po raporcik? - spytałam ignorując jego żal. Strzeliłam stawami palców.
  -Nie, ale był Barney. ON tym razem powiedział im kto zginął i wiesz.. Powiedział im wszystko.. - odparł szybko Nervil. - Dobra. Zmykaj stąd, bo znowu dostaniesz opieprz i w najlepszym wypadku będziesz musiała szorować podłogę z nami.
  Grzecznie wyszłam z pokoju. Poszłam pięć metrów prosto, skręciłam w prawo, potem znowu w prawo, a na koniec w lewo. Lekkim krokiem podeszłam do drzwi, za którymi Jake podpisał na siebie dożywocie. Stanęłam koło głośniczka i znów zaczęłam skupiać się na głosach obu facetów.
  -Malowaliście tu ostatnio? Pachnie farbą olejną - stwierdził Jake.
  -nie. To kanalizacja wybija - powiedział Smith. Usłyszałam szelest kartek i po chwili facet odezwał się znowu. - Dobra. Podpisz to, to i to - wyliczył. Dobiegł do mnie dźwięk ręki uderzającej o stół trzy razy. Zrozumiałam, że to pan Smith położył na blacie karty do podpisania przez Jake'a. Po kilku sekundach usłyszałam szuranie krzeseł, a zgłębi korytarza przymaszerowało dwóch umundurowanych facetów. Skineliśmy sobie głowami na powitanie. Po chwili wywlekli zdezorientowanego Jake'a z gabinetu, ale kiedy na mnie spojrzał, uspokoiłam go wzrokiem i pokazałam mu uniesiony kciuk. Kiedy zniknął z mojego pola widzenia, koło mnie stanął pan Smith z rękami założonymi na klatce piersiowej.
  -Nie wie w co się pakuje.. Biedny chłopak. Dołączył do twojego gangu. Masz go pilnować - powiedział starszy, ale je tylko cicho prychnęłam.
  -To było do przewidzenia.. I co z tego, że dołączył do mnie? - mruknęłam wsadzając ręce głęboko w kieszenie krótkich spodenek. Wewnętrzną częścią ramienia musnęłam kolbę swojej broni. Ulga wypełniła moje serce, a niewidzialne napięcie wokół mnie zniknęło.
       Jestem bezpieczna dopóki mam przy sobie to powiedziałam do siebie w myślach instynktownie głaszcząc kciukiem przypięte do spodni magazynki.
  -Może lepiej sobie stąd idź. To trochę potrwa. Musimy go trochę podszkolić, więc na Nr.1 wyjdzie dopiero jutro. Przyjdź po niego koło osiemnastej. Ewentualnie sobie godzinkę na niego poczekasz - stwierdził Smith wyjmując paczkę papierosów i zapalając jednego. Wyciągnął rękę ku mnie, a ja skorzystałam z niespotykanej hojności weterana wojennego i jednocześnie naczelnika Nr.1, pana Roberta Smitha. Zaciągnęłam się dymem i ruszyłam ku wyjściu.
  -Nie dość, że w każdej chwili mogą mnie zabić, to jeszcze sama siebie powoli zabijam - mruknęłam trzymając papierosa w ustach. Zamknęłam za sobą drzwi. Rozejrzałam się po panoramie Numeru Pierwszego. To miejsce, mimo, że cholernie niebezpieczne, miało swój urok. Promienie słońca odbijające się od wybitych szyb, obdarty tynk z bloków ukazywał czerwono-brązowe cegły, a z dachów dochodziły śmiech i okrzyki zadowolenia. Opuściłam głowię nieznacznie i spojrzałam w prawo, w lewo i na wprost. To tu zabiłam drugi raz w życiu, stojąc dokładnie w tym miejscu. Zabiłam z tego miejsca też trzeci i czwarty raz. Następnych już nawet nie liczyłam. Dokładnie z tego miejsca odebrałam życie kilku ludziom. Westchnęłam cicho.
  -Ah.. Wspomnienia - mruknęłam po czym wypuściłam z ust kłęby dumy i leniwym krokiem podążyłam ku swojemu mieszkaniu. Wsadziłam w uszy słuchawki i przy dobrych bitach kroczyłam pewnie ulicami miasta, które zastawione były pogruchotanymi i zardzewiałymi samochodami. Widać było też dziury po kulach, zarysowania po nożach i nadpalony lakier po koktajlach mołotowa wybuchających nieopodal. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Szkoda, że zabronili nam ich używania. Teraz mieliśmy tylko broń palną i broń białą.
  Wiedziałam, że mi się przygląda, a mimo to szłam spokojnie dalej. Powinnam czuć się jak zwierzyna namierzona przez drapieżnika, ale przyzwyczajenie wzięło górę. Wyłączyłam muzykę, a odtwarzacz schowałam do kieszeni spodenek zapinając ją na zamek. Ukradkiem spojrzałam w górę. Nadal tam był. Patrzył na mnie oblizując wargi. Sięgnęłam do kabury. Widząc to, schował się do środka. Potrząsnęłam głową z cichym śmiechem. Zaczesałam palcami włosy do tyłu. Podeszłam do drzwi klatki schodowej i ostatni raz tego dnia spojrzałam z zaczerwieniające się już niebo. Westchnęłam ciężko i weszłam do bloku. Stąpałam po schodach najgłośniej jak umiałam. Nacisnęłam klamkę i pchnęłam drzwi do swojego mieszkania. Kiedy je zamknęłam i przeszłam koło sypialni, wyskoczył z kuchni i złapał mnie od tyło. Zaklęłam siarczyście w umyśle. Czemu wcześniej o tym nie pomyślałam? On tu jest. Widziałam go i dałam się podejść. Teraz wszystko jest już przesądzone. Miałam przechlapane.

***

dobra. wszystko jest już w porządku.
skończony 5 rozdział.
czekajcie zboczeńce na 6 rozdział ;3
będą seksy ;3
ojejku ;3
dobra. ja już spadam. kręgosłup mnie napieprza ;3
spadam.
do następnej notki, psycholowe zboczeńce ;3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz