niedziela, 7 lipca 2013

Rozdział 1, czyli środek historii, która dopiero sie zaczęła


  -Luza! Obudź się! - krzyknął mi do ucha Natay.
  -Wypad z pokoju! - wrzasnęłam zrywając się z łóżka i waląc chłopaka z pieści w policzek.. Po kilku sekundach Natay doszedł do siebie i zamierzył się na mnie kawałkiem pręta.
  -Uważaj mała! Nie bije się starszych! - pogroził mi palcem pusząc się.
  -Taa.. Szczególnie tych o  2 miesiące.. -prychnęłam wciskając się w jeansowe, bardzo krótkie spodenki. Natay skończył tydzień temu 16 lat. Mieszkamy razem odkąd przyjechałam tu 5 lat temu. Opiekował się mną póki się nie dostosowałam.Dziewczyno.. - jęknął chłopak. - Włożyłabyś coś pod koszulkę, co?
  -Nie.. - powiedziałam nachylając si do siedzącego aktualnie chłopaka. Natay poczerwieniał. próbował nie patrzeć w stronę mojego dekoltu, ale coś mu nie wychodziło. Nagle ktoś załomotał w drzwi. Wyciągnęłam pistolet spod poduszki i ruszyłam cicho ku wyjściu. Wyjrzałam przez niedużą dziurę w drzwiach. Naprzeciwko stała Can (mój skrót od Black Candy).
  -Dziewczyno! Nie strasz mnie tak, okej? - uśmiechnęłam się otwierając drzwi i wciskając pistolet za opaśnicę spodenek.
  -Hejka Lu.. - uśmiechnęła się szerzej.
  -Prosiłam, żebyś mnie tak nie nazywała.. - westchnęłam.
  -Znowu z nim spałaś? - spytała wskazując Nataya siedzącego na moim łóżku.
  -Nie. Tym razem to była bójka - powiedziałam uśmiechając się. - Co tam się wczoraj działo? - spytałam z poważną miną. Westchnęła ciężko.
  -Znów wypowiedzieli nam wojnę. Luza, ja wytrzymam, ale ty już za długo w tym siedzisz.. - powiedziała śmiertelnie poważnie Can.
  -Dam radę.. Cóż.. Czyli od wczoraj zostało nas tylko piętnastu? - spytałam smutno. Dziewczyna pokiwała głową coś mrucząc, ale zaraz się uśmiechnęła.
  -Nieźle namieszałaś. Pomyśleć, że jako niespełna trzynastoletnia dziewczynka miałaś już swój gang
- pokręciła głową wzdychając, jak matka.
  -To były czasy.. - wtrącił Natay obejmując mnie nagle od tyłu i opierając brodę na mojej głowie.
  -Taa - westchnęłam. Nagle na ulicy zawrzało. Usłyszałam strzały. Jakiś kamień rozbił szybę naszego mieszkania. - Zostańcie tu! - krzyknęłam do Can i Nataya, chwytając karabin stojący w kącie i wybiegłam na schody.. Natay złapał mnie za ramię.
  -Myślisz, że cię posłuchamy po tych wszystkich latach? - uśmiechnął się, a zza niego wychyliła się Can wymachując pistoletem... Moim... Spojrzałam w dół.
  -O ty suko! - zaśmiałam się. - Zabrałaś mi go!
  -Dobra - machnęła ręką. - Idziemy.
  Wybiegliśmy z bloku i schowaliśmy w sklepie obok. Na ulicy właśnie byli BH. Wychyliłam karabin przez wybite okno i strzeliłam. Przywódca padł od pocisku wycelowanego w skroń.
  -Brawo Luza - szepnął Natay. - Teraz możemy ich wybić.
  -Nie. Zauważyli nas - powiedziałam podnosząc się z ziemi. Pobiegłam w stronę schodów, a za mną podążyli Can i Natay. Wbiegliśmy na trzecie piętro. BH deptali nam po piętach. Odwróciłam się gwałtownie i posłałam w ich stronę serię z karabinu.
  -Biegnijcie na górę! - wrzasnęłam próbując przekrzyczeć odgłosy strzałów.
  -Przeżyj - szepnął mi do ucha Natay, tak jak za każdym razem szeptał. Kiwnęłam głową. Gdy zobaczyłam, że oboje są bezpieczni na górze, zaczęłam się wycofywać, by w połowie schodów odwrócić się na pięcie i wbiec na ostatnie piętro. Znaleźliśmy się na dachu.
  -I co teraz? - spytała Can. Spojrzałam w dół. Oceniłam odległość od ziemi.
  -To około 25 metrów.. - mruknęłam przebiegając do następnej krawędzi. Po tej stronie był ciąg bloków i porozwalanych metalowych części mostu. Obróciłam się do Can.
  -To są spodnie, tak? - upewniłam się wskazując na spodniopodobnie coś.
  -No tak, a co? - spytała. Skoczyłam na najbliższy dach.
  -Wasza kolej! - zawołałam. Natay skoczył.
  -Dawaj Can! - ponaglił dziewczynę. Sami już skakaliśmy na ulicę. Nawiasem mówiąc Can nieźle sobie radzi, a jest z nami dopiero rok.
  -Gdzie biegniesz? - wrzasnęła Can widząc, że skręcam w jakąś uliczkę.
  -Nie marnuj powietrza na wrzeszczenie! - krzyknął Natay. On sobie może, bo wie jak nie marnować przy tym energii, tak jak ja, ale Can jeszcze tego nie opanowała.
  Biegnąc szukałam odpowiednich drzwi. Nagle je zauważyłam. Okręciłam się o 90 stopni i wyważyłam drzwi jednym kopnięciem.
  -Takie tam wjeżdżanie z glana! - zawołałam ze śmiechem.
  -Luza! - uśmiechnął się Barney. - Co bierzesz dziś?
  -Dwa karabiny wyborowe i dwa Stechkiny, a dla mnie dwie Beretty M92 Custom. Do tego kilkanaście magazynków i w ogóle. Wiesz o co chodzi - zaśmiałam się. Kilkanaście sekund po mnie do sklepu wpadli Natay i Can. Rzuciłam im naładowane karabiny i pistolety, a sama wsadziłam moje spluwy do kabur.
  -Lepiej, żebym się o was nie martwiła, jasne? - patrząc na przyjaciół spode łba warknęłam cicho.
  -Nic nam nie będzie.Właśnie przełączyłem się na maszynkę do zabijania.. - źrenice Nataya niebezpiecznie się powiększyły.
  -Can! Spadamy! On sobie poradzi! - wrzasnęłam przerażona. Wybiegłam na ulicę bronią mierząc w obie strony.
    Nie chcę jeszcze raz tego oglądać.. Czemu on?!  myślałam strzelając do kolejnych członków gangu. Coraz więcej ich było, ale do naszych też doszły słuchy o strzelaninie.
  -Gdzie Natay? - zawołał ktoś z tłumu.
  -Tryb Z! - wrzasnęłam. Nagle tłum znieruchomiał. Zorientowałam się, że wszyscy patrzą na mnie. Było aż boleśnie cicho.
  -Zwiewamy! Chować się! Szybkooo! - wrzasnął ktoś z tłumu i nagle nikogo na ulicy nie było. Zostałam ja, Can i moja drużyna składająca się z około 10 osób. Po drugiej stronie ulicy stał...
  -Tata... - szepnęłam. Więc to nie przez Nataya wszyscy uciekli. To przez mojego ojca..
  -Luza Scarlet - powiedział sztywno lecz dobitnie. - Mam robotę dla ciebie i twojego... gangu.
  Ostatnie słowo praktycznie wypluł. Coś ukłuło mnie w sercu. Ten GANG, jak on to nazwał, to jest teraz moja rodzina. Po kilku minutach zorientowałam się, że mój ojciec patrzy na mnie z zaciekawieniem.
  -Czego się tak gapisz? - warknęłam podchodząc bliżej. Zaraz pomiędzy mną a nim wyrosło dwóch gorylopodobnych ludzi. Drgnął jakbym wyrwała go z zamyślenia.
  -Przypominasz mi kogoś... - mruknął zmieszany. Wstrzymałam oddech. Nie pamięta mnie. Wezbrał we mnie gniew. Zrobiło mi się gorąco, poczułam, że zaraz mnie coś rozerwie od środka.
  -Jaka to robota? - spytałam próbując opanować gniewne dranie głosu.
  -Macie chronić przewożony towar na statku - powiedział dyplomatycznym tonem. - Dostaniecie broń, kabiny i wyżywienie. Wynagrodzenie wynosi 20 000 dolarów na głowę.- na wzmiankę o pieniądzach rozbłysły mi oczy. - Oczywiście jeśli ktoś będzie chciał ukraść towar albo będzie wam zagrażał, to możecie z nim zrobić co chcecie. Posprzątamy związany z tym bałagan. Zabić też możecie. Z tym problemu chyba nie będziecie mieli - dodał szybko rozglądając się wokoło. Spojrzał na mnie przestraszony.
  -Wiem o czym szef myśli - uśmiechnęłam się łobuzersko ukazując zęby. - My nie zabijemy kogoś kto nas prosi o przysługę. Nie tkniemy pana nawet palcem.
  Świdrowałam go wzrokiem z nadzieją, że rozpozna. W końcu poddałam się i westchnęłam.
  -Kiedy zaczynamy? - spytała Can. Przerwałam jej gestem ręki.
  -Czekaj. Nataya nie ma. Musimy go znaleźć - spojrzałam na ojca. - Spotkamy się tu jutro, dobra? Nie mogę pracować bez niego.
  -Jasne, nie ma sprawy.. - wyciągnął rękę, a ja ją uścisnęłam. Chyba trochę za mocno, bo przez twarz mojego ojca przeszedł cień bólu. Nagle zza zakrętu wyjechał samochód, a z niego przez okno wychylał się mężczyzna i posyłał strzały w kierunku, z którego przyjechał.
  -Brig! Przestań w tej chwili! - wrzasnął mój ojciec, obracając się o 180 stopni. Aż się wzdrygnęłam słysząc ten głos. Tak dawno go nie słyszałam...
  -Szefie! On nie może przestać! Jakiś chłopak zabił jednego z naszych! To demon jakiś! Strzela na oślep i cały czas się szczerzy! - z tego opisu sytuacji wywnioskowałam, że powinnam powstrzymać Nataya, bo to właśnie o nim była mowa. Rzuciłam się w kierunku samochodu, po czym ręką nakazałam, żeby ochroniarze mojego ojca przestali strzelać.
  -Pojebało cię dziecko?! - wrzasnął jeden z goryli. - Ona nas wszystkich pozabija!
  Uśmiechnęłam się milutko i podeszłam do samochodu. Facet patrzył na mnie jak na idiotkę, ale to uczucie ustąpiło miejsca zdziwieniu, a potem przerażeniu. Celowałam swoim karabinem w jego czoło. Lufa praktycznie dotykała jego zimnej, błyszczącej się od potu skóry.
  -Poprosiłam, żebyście przestali strzelać.. - powiedziałam. za sobą usłyszałam jak mój ojciec zapowietrza się z przerażenia.
     Sorry ojczulku, taka jest właśnie rzeczywistość w Numerze I.
  Zaraz potem kilka par nóg ruszyło do przodu. Chwilę później moja drużyna miała na muszce wszystkich ochroniarzy. Nikt nie strzelał, nikt się nie ruszał. Praktycznie dało się wyczuć rosnące napięcie.
  -Grzeczni chłopcy - mruknęłam patrząc z wyższością na kierowcę, który zazgrzytał zębami. Powoli odwróciłam głowę i kiwnęłam na Can. - Przypilnuj tego tu - wskazałam dupka, który na mnie wrzeszczał. - Ja idę do Nataya.
  -Pójdę z tobą.. - zaoferowała dziewczyna.
  -Nie Can.. Nie możesz.. - przerwałam podając Can karabin i wyjmując swoje spluwy. - Proszę.. Nie chcę, żebyś widziała go w tym stanie..
  Nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć puściłam się biegiem w stronę, z której wyjechał wcześniej samochód. Nagle zauważyłam mozolnie poruszający się cień za rogiem. Przylgnęłam do ściany z pistoletami przed twarzą, targana wątpliwościami.
      Co się stanie? Ostatnim razem oboje oberwaliśmy.. A co jeśli się mylę? Co jeśli to nie o Natayu mówili ci kolesie? Jeśli tak, to gdzie jest Natay? Proszę.. Jeśli naprawdę ktoś tam nade mną czuwa, to niech to będzie Natay...
  Wciąż moje myśli gnały przez umysł. Tak jak to miałam w zwyczaju, dla uspokojenia się, pocałowałam obie lufy i wyskoczyłam na spotkanie z przeznaczeniem.

1 komentarz: