-Następny robak, którego trzeba zmiażdżyć.. - powiedział Natay z szerokim uśmiechem, kiedy to ja mierzyłam do niego dwoma Berettami M92 Custom.
-Natay.. To ja, Luza.. Ocknij się.. Już starczy ci zabijania.. Chodź, mamy robotę - zaczęłam cicho go przekonywać nie opuszczają broni. Zaśmiał się histerycznie. Teraz oboje mierzyliśmy do siebie z broni.
-Jaka Luza? Jaka śmierć? Jaka robota? - zaczął dopytywać się Natay zbliżając się do mnie krok za krokiem. Odsuwałam się od niego w jego tempie. Gdy wyszliśmy na ulicę stanęłam jak wryta. Przecież tam stoi mój oddział, moja przyjaciółka.. Tam stoi mój ojciec, który nawet mnie nie pamięta.
Nacisnęłam spust. Za późno. Przez chwilę nie czułam nic, ale nagle w prawym ramieniu zaczął rwać tępy ból. Mimo to nie opuściłam ręki. Prawe przedramię krwawiło po otarciu się o nie kuli. Znowu usłyszałam syk powietrza wciąganego przez mojego strachliwego ojca.
-Kurwa - syknęłam po czym odskoczyłam naciskając oba spusty jednocześnie. Natay uśmiechnął się jeszcze szerzej, o ile to w ogóle możliwe.
-Can! - wrzasnęłam ile sił w płucach, żeby przekrzyczeć strzały. - Rzuć mi nóż!
-Robi się! - usłyszałam w odpowiedzi. Tak okrążyłam Nataya, że stał tyłem do samochodów. W pewnej chwili dostrzegłam błysk stali lecącej w moją stronę. Schowałam jeden pistolet do kabury, drugim wciąż strzelając i wybiłam się jak najwyżej.
-Auć.. - syknęłam. Złapałam nóż, to oczywiste, ale nie tą stroną co trzeba. Narzędzie rozcięło mi wnętrze dłoni. Powoli zbliżałam się do Nataya. gdy byłam wystarczająco blisko, rzuciłam się mu na szyję mocno go ściskając.
-Przepraszam.. - szepnęłam mu na ucho, po czym rozciętą dłonią wybiłam z jego rąk broń i pociągnęłam ostrzem po ramieniu chłopaka. Jego oczy wróciły do normalnego stanu, ale chłopak zaczął się chwiać. Podtrzymując go, zbliżyłam się do samochodu. Dwóch ochroniarzy mojego ojca wysiadło z samochodu i podbiegło do mnie. Chcieli zabrać mi Nataya, ale im nie pozwoliłam.
-Nie trzeba. Mieszkamy niedaleko. Dam radę sama go zanieść.. - powiedziałam ochryple. - Już nie raz musiałam targać tego mięczaka do domu. Przez 5 lat można się przyzwyczaić.
Wzrok mój i ojca się spotkały. Uśmiechnęłam się promiennie, ale zaraz uśmiech mi zrzedł. Nogi się pode mną ugięły i poleciałam na ziemię. Podparłam się rękami, a z moich ust prysnęła krew zmieszana z czymś co przypominało przeżutą, wczorajszą kolację.
-Ej, ej, ej! Luza! Wszystko ok? - zawołała Can. Walnęłam pięścią o czysty asfalt. Poczułam, że ktoś delikatnie zdejmuje Nataya z moich pleców.
-Bez przesady.. Już jest dobrze.. - wycharczałam wstając. Nieco się przeliczyłam, bo gdy tylko oderwałam ręce od podłoża, zatoczyłam się do tyłu. Walnęłam głową o asfalt. - Fuck, fuck, fuck! - krzyczałam krztusząc się kolejną porcją krwawych wymiocin.
-Nie ruszaj się - nakazał mi niski, kojący głos. Nie wiedzieć czemu posłuchałam. Właściciel głosu ułożył mnie we względnie bezpiecznej pozycji. - A teraz zamknij oczy. Zawieziemy ciebie i twojego chłopaka do szpitala.
-On nie jest moim.. - przerwał mi potok śliny. Mięśnie brzucha kurczyły mi się wywołując spazmy bólu. Próbowałam głębiej odetchnąć, ale tylko się skrzywiłam. No tak.. Wiedziałam już co mi jest. Na swojej pierwszej wielkiej strzelaninie tu, w Numerze 1, wylądowałam na ostrym dyżurze z rozciętym brzuchem. Stęknęłam kiedy ktoś wziął mnie na ręce.
-Nie trzeba, naprawdę.. Dam radę sama dotrzeć do tego punktu. Poza tym odbierze mnie mój oddział.. Przecież nie jestem mięczakiem.. Dam radę.. Can zawiezie mnie motorem.. - mruczałam.
-Zawieziemy was do szpitala poza murami Numeru 1.. - powiedział mi ojciec kiedy ktoś inny usadzał mnie na fotelu w samochodzie. Po chwili poczułam ciężar na kolanach. Uniosłam powieki. Za oknem stała cała moja grupa. Na znak Can zasalutowali mi. Przyłożyłam dwa palce do czoła uśmiechając się, choć wymagało to ode mnie dużo wysiłku. W końcu spojrzałam na swoje kolana. Na moich nogach leżała głowa Nataya. Pogłaskałam go po włosach. Nagle zrobiłam się bardzo senna. Dzielnie walczyłam, ale w końcu uległam. Pozwoliłam swojej głowie opaść bezwładnie. Moja amatorsko zabandażowana dłoń wciąż leżała na głowie Nataya.
* * *
Obudziłam się, ale nie mogłam niczym ruszyć. Czułam się wypompowana z energii. Uniosłam nieznacznie powieki.
-Obudziła się.. Idź po szefa - szepnął ktoś obok łóżka. Usłyszałam jęk otwieranych i zamykanych drzwi.
-Czemu tu jest tak jasno? - spytałam i zamarłam przerażona swoim głosem. To chyba nawet nie był ludzki głos. Brzmiał tak jakby w moim gardle ktoś jeździł zardzewiałym nożem po talerzu. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Metodą nóż-talerz zawsze budziłam Nataya.
-Gdzie jest Natay?! - przeraziłam się, podrywając swoje ciało do góry. Skrzywiłam się. Dotknęłam brzucha. Pod palcami wyczułam bandaże. Ktoś delikatnie lecz stanowczo znów położył mnie na poduszkach.
-Spokojnie.. Leży tam.. - koleś wskazał na płachtę za sobą. - Wybudzili go wcześniej. Czekał aż się obudzisz. To było ze 12 godzin, ale zasnął.
Nieznajomy uśmiechnął się, a ja odzyskałam zdrowy rozsądek.
-Kim ty jesteś? - spytałam odsuwając się odrobinę, by móc się mu lepiej przyjrzeć. Blond włosy, zielone oczy i ubrany w skórzaną kurtkę, glany i podarte dżinsy oraz biały podkoszulek. Wyglądał na minimum 18 lat.
-Jake.. - podał mi rękę. Uścisnęłam ją bez namysłu, znów za mocno, ale po chłopaku nie było widać czy go zabolało.
-Jake.. A jakie nazwisko?
-Po prostu Jake.. Nie mam takiego szczęścia jak ty.. - uśmiech znikł z jego twarzy.
-No tak.. Bardzo jestem szczęśliwa żyjąc sobie w mieście-więzieniu z żywymi praktycznie-trupami. Podoba mi się zabijanie ich. Och.. Ten zapach krwi.. - zrobiłam rozmarzoną minę, ale dostrzegłam przerażone spojrzenie Jake'a. - Tak w ogóle to jestem Luza Scarlet. - popatrzyłam na przerażonego chłopaka. Gapił się na mnie jakbym była co najmniej kosmitą. - Spoko, przecież nie gryzę.. - zaśmiałam się. Napięcie znikło z jego twarzy. - Ja tylko zabijam...
Chłopak cofnął się razem z krzesłem. W tym momencie do pokoju wszedł mój ojciec.
-Witaj, Luzo.. - przywitał się.
-Bry, szefie - uśmiechnęłam się promiennie, jak wtedy, na ulicy. Tak jak wcześniej, ojciec osłupiał.
-Jak się czujesz? - spytał po chwili niezręcznej ciszy.
-W miarę - odpowiedziałam zdawkowo. - Co z Natay'em? Podobno się obudził.. Przynajmniej tak powiedział Jake.
Na dźwięk swojego imienia chłopak podniósł głowę. Ojciec zgromił go wzrokiem.
-Tak, to prawda. Nie śpię.. - ziewnął Natay stając przy moim łóżku. Zawiesiłam się. Z debilnym uśmieszkiem i szeroko otwartymi oczami przyglądałam się ranom, które mu zadałam. - Dwie kule w prawy bok, a rozcięcie w poprzek prawego bicepsa.. - powiedział Natay. Poczułam, że moje oczy zrobiły się wilgotne.
-Przepraszam, przepraszam, przepraszam.. - mamrotałam wycierając sobie oczy wierzchem dłoni. Wszyscy jakby nie zrozumieli, że nie chcę ich tu teraz, znieruchomieli.
-Lu - Luza.. Ty.. Ty płaczesz? - szepnął nie dowierzając Natay.
-Nie.. - burknęłam chowając twarz za poduszką.
-Możemy pogadać? - spytał chłopak. Nie widziałam niczego, ale usłyszałam oddalające się kroki. - Chcemy być sami..
Ktoś, pewnie Jack, podniósł się z krzesła i pogłaskał mnie po głowie. Kiedy i on wyszedł, nadal siedziałam ukryta za poduszką.
-Ej.. Co się stało? - spytał Natay. - Niepierwszy raz mnie poraniłaś.. - zaśmiał się.
-No bo.. Ty wtedy chciałeś mnie.. Atakowałeś mnie.. Musiałam się bronić.. Przepraszam.. - tłumaczyłam. Poduszka tłumiła drżenie mojego głosu. Natay westchnął.
-To ja powinienem przeprosić. Nie wiem czemu wyłączyłem świadomość w takiej chwili.. - mruknął. Wściekła oderwałam poduszkę od twarzy i rzuciłam ją w kąt. Wstałam, ignorując ból rwący moje wnętrzności. - Ej.. Spokojnie. Nie wstawaj! Tobie nie wolno! - Natay stanął w drzwiach z szeroko rozłożonymi ramionami. Odepchnęłam go i wyszłam pewnym krokiem na korytarz. Zacisnęłam pięści i weszłam do windy. Wcisnęłam guzik i z założonymi rękami patrzyłam jak z sali wybiega Natay. Stałam niewzruszona patrząc jak potyka się o własne nogi i pada na twarz tuż przed prawie zamkniętymi drzwiami. Pokazałam mu język tuż przed zamknięciem się drzwi. Poczułam szarpnięcie w górę. Chwilę potem drzwi się otworzyły. Wyszłam na korytarz gdzie dogonił mnie Natay.
-Co się stało, mała? - spytał. Wściekła podniosłam wzrok.
-Nic.. Muszę się przewietrzyć.. - burknęłam, wychodząc przed szpital. Mimowolnie zachłysnęłam się powietrzem z zaskoczenia. - Ale się pozmieniało..
-Ta.. Może jest ładniej, ale i niebezpieczniej - odparł Natay. Jakiś dziadek podniósł na nas wzrok.
-A wy jacyś nie przytomni, że dopiero zauważyliście? - spytał ostro dziadyga. Zaszczyciłam go kpiarskim spojrzeniem.
-Proszę pana. Jak się mieszka 5 lat za murami walcząc każdego dnia o życie to tu jest bezpiecznie jak na placu zabaw w 2000 roku. Ogarniasz pan? - staruszek wytrzeszczył oczy.
-To wy.. - szepnął odsuwając się. - To wy jesteście ci z Numeru 1?
-Oho.. Staliśmy się sławni.. - mruknęłam. Dziadzio się opanował.
-Nie.. To nie możecie być wy.. Jesteście 100 lat za młodzi, żeby tam być. Tam siedzą tylko najgorsi przestępcy.. - zaczął tłumaczyć sobie z pozoru spokojnie starszy pan.
-Jak chce się pan przekonać, że mówimy prawdę, to zapraszam do nas do domu.. Oczywiście jak wyjdziemy ze szpitala.. O ile wyjdziemy.. - powiedziałam widząc, że przed schody zajechał mini bus z przyciemnionymi szybami. - Natay.. Czy to to o czym myślę?
-Tak. - mruknął ciągnąc mnie przez drzwi do środka. - Trzeba odzyskać naszą broń.
Nadal ignorując ból pod klatką piersiową pognałam na pełnym gazie schodami na górę. Natay wskazał mi drzwi. Otworzyłam je gwałtownie.
-Szefie.. Potrzebujemy naszej broni.. - powiedziałam łapiąc się za bolący brzuch.
-Naładowanej.. - dorzucił Natay. - Znając życie zaraz może się tu zrobić gorąco.
Przerażony ojciec podał nam nasze pistolety i magazynki oraz nóż Can. Skinęłam głową w podziękowaniu i wybiegłam na korytarz. Wpadłam do pierwszej lepszej sali i wrzasnęłam:
-Ma ktoś gumkę do włosów?
Wszyscy drgnęli na dźwięk mojego donośnego głosu. Jakaś pani zaczęła piszczeć na widok moich Berett, ale to zignorowałam. Dziewczynka, na oko dwunastolatka, podbiegła do mnie i wyciągnęłam rękę.
-Masz.. Potrzymaj - powiedziałam wymieniając się z dzieckiem rzeczami. -Ale tylko chwilę.
Dziewczynce rozbłysły oczy. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Zrobiłam kucyka i odebrałam jej moje zabaweczki. Małej zrzedła mina.
-Może kiedyś cię nauczę strzelać, ale na razie patrz przez tamto okno - powiedziałam wybiegając z sali. Kątem oka zobaczyłam ludzi rzucających się do szyb. -Mogliby teraz puścić "This is war", nie sądzisz? - zaśmiałam się pędząc ku drzwiom z Natay'em u boku, ale ten tylko się roześmiał. Zatrzymaliśmy się na parterze, przy wyjściu i przywarliśmy do ściany. Nakazałam pielęgniarkom siedzieć cicho pod blatem, ale i tak słychać było ich spazmatyczne oddechy i ciche łkanie najsłabszej psychicznie.
-No to teraz nie trzeba będzie nigdzie zabierać tego dziadygi - mruknął Natay. Tym razem to ja się zaśmiałam. Wyjrzałam zza rogu. Nasz znajomy dziadzio był wypytywany przez dwie osoby, mężczyznę i kobietę.
-Tak. Jest tu taka jedna smarkula, która twierdzi, że stamtąd przyjechała.. - usłyszałam zrzędzenie. Zachichotałam i schowałam broń za opaśnicę piżamy szpitalnej i zakryłam ją obszerną koszulą.
-Co ty najlepszego wyprawiasz? - syknął zirytowany Natay, ale zrobił dokładnie to samo co ja.
-Chcę się zabawić.. - mruknęłam wychodząc przez szklane drzwi. Podeszłam do dziadka od tyłu i spytałam słodkim głosikiem: - Ma pan może pożyczyć zapalniczkę? - wyciągnęłam papierosa z wcześniej uprowadzonej paczki.
-Tak, masz.. - podał nawet się nie oglądając. Koleś z blizną w poprzek twarzy otworzył szeroko oczy no co ja wyszczerzyłam zęby i zapaliłam trzymanego w ustach papierosa.
-Dał pan zapalić nieletniej, wie pan? - odezwała się kobieta z bliznami na nadgarstkach. Staruszek gwałtownie odwrócił się w naszą stronę, a ja włożyłam zapalniczkę w kieszeń jego koszuli.
- Niezłe wyczucie czasu - uśmiechnęłam się szerzej wydmuchując dym i podając papierosa Natay'owi. Starszy pan zaczął wrzeszczeć.
-To oni! To oni twierdzili, że są z Numeru 1! Małe bachory chcą być.. Jak to się teraz mówi? Chcą być macho..
Uśmiechnęłam się z politowaniem.
-Bo to my...
-Niemożliwe.. - szepnęła kobieta. Mężczyzna wyjął z kieszeni trzy zdjęcia i wytrzeszczył oczy. Podał dwa z nich kobiecie, której reakcja była taka sama.
-A jednak.. - zaśmiałam się przyjmując papierosa z powrotem. - Już ci go nie oddam.. - szepnęłam. Natay domyślił się o co mi chodzi. Pokiwał głową na znak, że wie co chcę zrobić. Kobieta sięgnęła do kabury, ale jej partner był szybszy. Odepchnęłam Nataya, a sama wywaliłam się na ziemię. Dziadek patrzył na mnie z wyższością.
-Wiedziałem, że to nie wy.. - zaczął, ale przerwałam mu.
-Stul pysk staruchu! - wrzasnęłam wyciągając zza opaśnicy moje kochane M92-jki. Natay właśnie pomagał mi wstać. Jedną ręką uczepiłam się jego w miarę zdrowego ramienia, a drugą posyłałam strzały. Kobieta dostała w ramię i zawyła z bólu.
-Mięczak! - wrzasnęłam z uśmiechem. Najwyraźniej kobieta nie umiała strzelać lewą ręką, bo zatoczyła się za busa, gdzie była względnie bezpieczna.
-Natay. Unieruchom go jakoś.. - szepnęłam chłopakowi na ucho kiedy wreszcie stanęłam na nogach. Rzucił się do przodu wyciągając nóż w biegu i nadciął nadgarstek faceta z blizną na twarzy. Facet wypuścił broń i przycisnął rękę do rany sycząc z bólu.
-U niego jest wyższy próg odczuwania bólu - powiedziałam z uznaniem. - Idź po tą babę.. - powiedziałam do Nataya mierząc w środek czoła mężczyzny. Chwilę potem wprowadziliśmy naszych wrogów do środka. Przechyliłam się nad blatem recepcji tak, żeby widzieć przerażone pielęgniarki.
-Mamy dwóch rannych.. Czy mogłybyście się nimi zająć? - spytałam grzecznie, na co one odpowiedziały histerycznymi kiwnięciami głów. Jedna z trzech pobiegła po lekarza, bo "tą panią to trzeba operować".
-Dobra.. Musi nam wystarczyć facet.. - westchnął Natay kiedy kobieta wjechała na salę operacyjną. Ja w tym czasie wisiałam nad pielęgniarką, która opatrywała faceta dźgniętego przez Nataya. Podziwiałam z jaką precyzją wykonuje wszystkie ruchy mimo przerażenia trzęsącego jej rękami.
-Przypilnuj go.. Ja idę się przebrać - powiedziałam do Nataya wychodząc z sali. Na korytarzu stał mój kumpel, pan starszy, zażywający środki na uspokojenie.
-Yo.. - powiedziałam do niego z groźnym spojrzeniem. Na dźwięk mojego głosu ręce zatrzęsły mu się jeszcze bardziej. Zaśmiałam się i poklepałam dziadka po łysinie. - Ja nic panu nie zrobię. Chyba, że wkurwi mnie pan swoją paplaniną.
Wparowałam do pokoju gdzie wcześniej zastałam ojca. Tak jak podejrzewałam, siedział skulony na krześle.
-Prze szefa... - powiedziałam pukając w otwarte drzwi. Szybko wstał i idealnie zamaskował strach. - Gdzie są moje ciuchy?
Otworzył szufladę, wyjął z niej ubrania i położył je bez słowa na stole. Nagle poczułam, że szpitalne wdzianko jest bardzo niewygodne, więc wzięłam swoje rzeczy i pobiegłam do kibla się przebrać.
Świetne, pisz dalej :)
OdpowiedzUsuńZapraszam także na mojego bloga:
http://t-m-naruto.blogspot.com/
Weny, kochana ;3