No to tak..
Miał być rozdział na ferie.
Miały być 3 rozdziały.
Nie wyszło niestety.
Przepraszam. D:
Naprawię to w najbliższym czasie. D:
***
Przeddzień ucieczki. To dziś. Jutro ruszamy. A mnie aż nosi. Jak dotąd trójka ludzi się wycofała, piątka uciekła bez żadnego słowa, dwójka jest niezdecydowana, a reszta siedzi na cicho, żeby przypadkiem nie oberwać.
-Jak to 'nie wiesz gdzie jest'?! - wrzasnęłam uderzając dłońmi o stół. Dziewczyna stojąca po drugiej stronie drgnęła, wbijając wzrok w ziemię. - Jak mogłaś nie zauważyć, że twój facet zniknął?! - ryknęłam, załamując ręce. Czasami miałam już dość tych ludzi. Zabawnie było ich szukać, kiedy było to zamierzone, ale nie teraz, nie w tak ważnym momencie. Odetchnęłam głęboko, padając na kanapę. - Idź już - powiedziałam łaskawie.
- Przepraszam, naprawdę. Znajdę go do jutra. Obiecuję - szeptała dziewczyna. Spojrzałam na nią z byka.
-Wypierdalaj stąd, proszę - wycedziłam. Dziewczyna drgnęła, a po chwili wybiegła z pomieszczenia. Westchnęłam ciężko. Czemu połowa ludzi z mojego gangu była taka... rozlazła i niezdecydowana? To przestępcy czy nie? No niech ich cholera jasna, no.
-Luza. Co teraz? - szepnęła Can.
- Nic. Robimy tak, jak ustaliliśmy. Nie będę nic zmieniać przez kilku tchórzliwych pajaców. Im mniej ludzi, tym lepiej. Prościej będzie uciec - mruknęłam. Natay zaczął masować moje spięte barki, co przyjęłam z pomrukiem wdzięczności. Całe napięcie powoli ze mnie uszło razem z palącą wściekłością. Candy położyła się na kanapie, układając głowę na moich kolanach. Przeczesując palcami jej włosy, przymknęłam oczy, próbując zasnąć. Po kilku minutach chuj strzelił cały mój dobry nastrój. ktoś zapukał do drzwi. Warknęłam cicho, sypiąc wiązanką przekleństw.
- Czego? - zawołałam. Drzwi skrzypnęły i do pomieszczenia zajrzała Liv.
- ktoś do ciebie przyszedł, prze pani - powiedziała ostrożnie, widząc mój wyraz twarzy. Ktoś się ośmielił przerwać moją próbę drzemania. No tylko torturować i do zupy. jakby czytając w moich myślach, Liv zniknęła. Usłyszałam jakąś przepychankę słowną, podniesione głosy i po chwili kobieta znów pojawiła się w polu widzenia. - Mówi, że to ważne. Jakiś Sil. Brązowe włosy, wysoki..
- Nie ma sprawy. Wiem o kogo chodzi - przerwałam jej dobrotliwie. Co jak co, ale próbowała zatrzymać natręta. Dobre z niej dziecko. Spojrzała na mnie wyczekująco, a ja kiwnęłam głową. - wpuść go. Jeśli usłyszycie krzyki, to je zignorujcie.
Nie przestając głaskać śpiącej Can, otworzyłam szeroko oczy, mrugając nimi kilkakrotnie.
-Siemka - powiedział Sil wchodząc do pokoju zaraz za 'zaginionymi' ludźmi z mojego gangu. - Przyprowadziłem uciekinierów. Zabalowali wczoraj z nami i zasnęli u nas. - wyjaśnił bez żadnych emocji. Kiwnęłam głową, zastanawiając się czy on w ogóle odczuwa jakiekolwiek emocje, ale po kilku sekundach zapomniałam o moich przemyśleniach. Uśmiechnęłam się pod nosem, lustrując twarze balowiczów.
-Baczność - warknęłam. Sześciu mężczyzn wyprostowało się jak struny. - Sześć kółek wyznaczonym torem i dwa zestawy ćwiczeń z wczoraj. Potem wracacie tutaj i macie zakaz wychodzenia poza bar do rozpoczęcia akcji.
- Ale.. - jęknął któryś. Uśmiechnęłam się chłodno.
- Co? Coś nie tak? Kac dokucza? Macie to, na co zasłużyliście - zaśmiałam się radośnie. Jęcząc cicho, wywlekli swoje tyłki z pokoju, a ja zwróciłam się do Sila. - Dzięki. Bardzo pomogłeś.
-Mam jedno pytanie - przerwał mi. Natay za mocno ścisnął moje barki. bardzo nie lubił, kiedy ktoś mi przerywał. Uspokoiłam go gestem dłoni. - Mogę uciec z wami?
Spojrzałam na Sila zdezorientowana.
-Sorry not sorry, ale nie bierzemy więcej ludzi. Mamy komplet. Gdyby, wzięła niewtajemniczonych i nie przeszkolonych w tym kierunku ludzi, cały plan by się poszedł jebać - mruknęłam przeciągając się na tyle, na ile pozwalała mi głowa Can leżąca na moich udach. Sil pokręcił głową.
-Nie oni. Tylko ja - powiedział beznamiętnie.
- Hmmm... Zdrada swoich dla zdobycia wolności? - mruknęłam, patrząc na mężczyznę spod półprzymkniętych powiek.
- No, mniej więcej - powiedział, rozkładając ręce bezradnie. Wybuchłam gromkim śmiechem, budząc przy tym Candy, która opierając się łokciami o moje kolana, podniosła głowę do góry. Natay nadal stał za kanapą trzymając dłonie na moich barkach. Niecierpliwił się. Czekał na mój wyrok. Luza Scarlett, sędzia najwyższy. No chyba się poryczę ze śmiechu. - To jak będzie? - spytał Sil bez emocji.
-Możesz, ale jest jeden warunek. - Can zeszła ze mnie, a ja wstałam i obeszłam stół, stając twarzą w twarz z mężczyzną. - Nie możesz się od nas odłączyć, do momentu, w którym nie zakończę oficjalnie wszystkiego, co mam zrobić. Wszyscy są mi potrzebni do jednej rzeczy, którą powinnam zrobić już dawno. Musisz przysiąc, że zostaniesz do końca.
- A co jeśli złamię obietnicę? - spytał. Przyłożyłam dwa palce do skroni imitując broń palną.
- Znajdziemy cię i PUF! - otworzyłam szerzej oczy i wywaliłam język na wierzch, by po chwili po prostu się uśmiechnąć. - Licz się z tym, że zginiesz za niewykonanie rozkazu. jestem dość mściwym człowiekiem.
-Mogę chociaż wiedzieć jaka to rzecz, którą tak bardzo chcesz zrobić? - westchnął zakładając ręce na klatce piersiowej. Pokręciłam głową przecząco.
-Wszyscy dowiedzą się o co chodzi dopiero jutro o 4.00, trzy godziny przed zmianą wartowników - wyszczerzyłam zęby w szerokim uśmiechu. Ręką wskazałam krzesło przy stole. Sil zajął je odrobinę nieufnie. Gestem nakazałam Candy i Natay'owi opuszczenie pomieszczenia, po czym padłam na kanapę, kładąc ręce na oparciu. - Chcesz już zostać z nami czy może jeszcze wrócisz do swoich?
- Wrócę na dziś jeszcze - wzruszył ramionami. Wyciągnęłam papierosa i zapaliłam go, głęboko się zaciągając. - Powiedz mi, jak zrobiłaś, że się ciebie wszyscy tak słuchają? Bo wiesz...
-Tak, wiem. Jestem dziewczyną, do tego młodą. I co z tego? To znaczy, że mam latać z gołymi cyckami po klubach? Dziękuję, postoję - prychnęłam. - Trafiłeś tu naprawdę niedawno. Ja radzę sobie od ponad pięciu lat i nadal żyję. Zdradzić ci czemu? - uśmiechnęłam się tajemniczo. - Nigdy nie daję ludziom drugiej szansy i mam ograniczone zaufanie do innych.
- Jak to ma się do przeżycia? - żachnął się Sil. Przyszpiliłam go wzrokiem.
-Kiedy widzisz, że ktoś czai się, żeby ci wklepać, zabij go. Nie zastanawiaj się nad tym kim jest. Widziałam miliony takich akcji. - Skrzywiłam się i trzepocząc rzęsami, wysyczałam : - 'To mój przyjaciel, nigdy by mi tego nie zrobił!' - warknęłam zniesmaczona. - Dwa dni później koleś leży sobie na środku drogi z przebitym sercem, a jego 'przyjaciel' dyma jego laskę. - Wzruszyłam ramionami. - W tym gównianym świecie nikomu nie można ufać. Tylko przestrzegając tej jednej, pieprzonej zasady przeżyłam tu i przeżyję wszędzie. - Zgasiłam papierosa, rozcierając go o stół.
-Dobra. Zrozumiałem. Jeśli ktoś zawiedzie cię raz, to nie ma dla niego ratunku, tak? - podsumował Sil. Potwierdziłam ruchem głowy, wyciągając z kieszeni nóż i rzucając nim w ścianę, w miejsce, w którym widniał namalowany znak sojuszu Nacji, czyli tego całego szajsu, który wymyślił cały projekt 'Numer'. Na twarzy Sila pierwszy raz zobaczyłam chociaż cień emocji. - jesteś pojebana. Bardziej niż jakikolwiek człowiek, którego kiedykolwiek spotkałem.
- I co? Wycofasz się teraz? Boisz się? - zarechotałam. - Masz czas do 4.00 i ani minuty dłużej. - Wstałam, a Sil zrobił to samo. Poprowadziłam go przez cały bar, aż do drzwi. Kiedy już chciał wychodzić, zagrodziłam mu drogę, opierając się ręką o odrapaną futrynę. - Dobrze się zastanów. Przemyśl dokładnie to, co zamierzamy zrobić, bo potem nie będzie już odwrotu. Albo będziesz z nami, albo martwy.
-Trochę tragiczny wybór.. Jak w 'Antygonie' - powiedział, a ja spojrzałam na niego zdezorientowana. - Lektura ze szkoły średniej. Skończyłem do tego dobry uniwerek, ale coś poszło nie tak i znalazłem się tu..
-Oszczędź mi waść historii swojego życia. Ja nawet nie mogłam iść do normalnej szkoły - warknęłam, wypychając go za drzwi. - Czwarta. Tutaj. Nie spóźnij się. To tyle - powiedziałam na odchodnym.
-Do zobaczenia - pomachał mi, kiedy zatrzaskiwałam drzwi. Wsadziłam ręce do kieszeni spodenek i wolnym krokiem przeszłam przez salę. Zabrałam bluzę ze swojego prowizorycznego biura i wyszłam z baru. Natay i Can ruszyli za mną, ale zatrzymałam ich ruchem ręki. Chciałam ten ostatni raz przejść się po miejscu, w którym spędziłam praktycznie połowę swojego dotychczasowego życia. Narzuciłam na ramiona bluzę i pomaszerowałam w stronę bloków. Wspięłam się na jeden z nich, rozmyślając nad tym, co my właściwie robimy. Po co to? Dla zemsty? W takim razie po co jest zemsta? usiadłam na gzymsie, wyciągając paczkę fajek. Już dawno zapadł zmrok. Spojrzałam na przestarzały zegarek podwędzony trzy dni wcześniej z kieszeni jakiegoś samobójcy. Mimo nikłego światła księżyca, udało mi się odczytać godzinę. 23.47 Zapaliłam papierosa, zaciągając się głęboko dymem. Zostało niespełna pięć godzin, a ja te pieprzone pięć godzin siedziałam na zmianę klnąc i rozmyślając nad sensem tej całej akcji. Praktycznie rzecz biorąc mieliśmy umrzeć tutaj, więc po co uciekamy? To takie fajne żyć za murami, ale nadal w ukryciu? Przez chwilę nawet myślałam o odwołaniu tego wszystkiego, co zaplanowałam, rzucić wszystko w cholerę i dalej żyć sobie spokojnie, mogąc umrzeć w każdej chwili. Myśl ta rozwiała się wraz z zimnym podmuchem wiatru. Spojrzałam na zegarek. 3.49 Czas ruszyć dupsko do reszty. O 3.54 szłam już uliczką w stronę baru. O 3.56 usłyszałam śmiech i gwar. o 3.59 zobaczyłam światło buchające z okien mojej bazy. O 4.00 wykopałam drzwi z zawiasów, a wszystkie oczy zwróciły się na mnie.
-To jak?! Gotowi?! - zawołałam, a w odpowiedzi ponad czterdziestu ludzi zaryczało dziko, unosząc szklanki z alkoholem w górę. - W takim razie bez pytań, bez bójek i przepychanek, wszyscy za mną! - wrzasnęłam wybiegając w ciemność. Za sobą, an przewidzianą rzeź, pociągnęłam stado dzikusów - moją rodzinę. Zatrzymaliśmy się między blokami podzieleni na grupy. Liv ze swoimi ludźmi pobiegła w prawo, grupa Hader - w lewo, a Drow i jego banda mieli biec okrężną drogą. Za mną został Sil, Rich i jeszcze jedenastu ludzi. Natay i Can przyłączyli się do losowych grup, więc musiałam polegać na tym co zostało. nasza czternastka spokojnym krokiem szła środkiem Nr.1, główną ulicą, kiedyś prawdopodobnie najbardziej ruchliwą. Minęliśmy niezaznaczone granice Wschodniego Skrzydła i stanęliśmy na samym centrum naszego więzienia, gdzie odbywały się wojny o terytorium. Na miejscu czekała na nas Kocia.
-Cześć kochanie - uśmiechnęła się. Kiwnęłam głową na powitanie i kazałam ludziom zatrzymać się. - Wszystko gotowe. Jak u was?
-Skończone. Zachodnie Skrzydło będzie miało niezłą niespodziankę - zaśmiałam się, grając na czas. - A co u Barney'a? Żyje jeszcze?
-Tak i ma się nadzwyczaj dobrze. Pilnuje swojej pociechy u tej dwudziestopięciolatki, którą ostatnio widziałaś. - Przeciągnęła dłonią po udzie. - Lepiej idźcie obstawić jej mieszkanie. Nigdy nie wiadomo co strzeli Jake'owi do głowy. Czwarty blok od strony muru, drugie piętro, mieszkanie po lewej.
-Jasne. Zaraz tam pójdziemy - mruknęłam. Kocia mrugnęła do mnie, szepcząc 'powodzenia', a ja z szerokim uśmiechem odwróciłam się i odeszłam. Za mną pomaszerowało trzynastu ludzi. Minęliśmy dwudziesty dziewiąty budynek na wschód od centrum, skręciliśmy w lewo i weszliśmy do czwartych drzwi z rzędu. Trzecie piętro. Mieszkanie po lewej zostało pozbawione drzwi, a my spokojnie weszliśmy do środka. Barney poderwał się do góry, ale widząc mnie opadł z powrotem na fotel.
-Piąta ulica trzeciego wymiaru, trzynaste okno wzwyż. Powodzenia i do zobaczenia, córeczko - uśmiechnął się. Pomachałam mu i wybiegłam z mieszkania. Po kilkunastu minutach Sil i Rich zatrzymali się.
-Co jest? - warknęłam.
-Mogłabyś wytłumaczyć nam co tu się dzieje? - spytał Sil wyraźnie zdenerwowany. Westchnęłam głęboko. - Ni cholery nie rozumiem o co chodziło tej kobiecie i twojemu ojcu.
-Dwudziestopięcioletnia kobieta. Wiek przekłada się na liczbę budynków. Dodać do tego te cztery, które Kocia powiedziała. "Od muru" oznacza "na wschód". 29 bloków na wschód. Jeśli chodzi o piętra, to zawsze podajemy liczbę o jeden mniejszą od rzeczywistej - wytłumaczyłam, ruszając dalej. - Mojemu ojcu chodziło o numer drzwi. Piąta ulica, trzeci wymiar, trzynaste okno wzwyż. "Wymiar".. Tu chodzi o mnożenie. Pięć razy trzy. Wzwyż oznacza ukośnik. Szukamy drzwi o numerze 15/13.
-Lecę szukać! - zawołał Rich i puścił się pędem przed siebie. Po kilku minutach dotarliśmy do mężczyzny, który czekał na nas z założonymi rękoma. - Takich to ty masz informatorów - powiedział z przekąsem. - Jest tu dom 15/12 i tyle. Dalej nic nie ma.
Podeszłam do Rich'a i pchnęłam drzwi, które wskazał. Przeszłam w głąb budynku, przestępując nad martwymi ludźmi. Skrzywiłam się lekko, czując znajomy odór. Za dwie godziny przyjedzie tu ktoś po te ciała, więc trzeba się trochę pospieszyć. Zaraz potem moją twarz rozświetlił uśmiech tryumfu. Wskazałam drzwi prowadzące do piwnicy oznaczone jaskrawym napisem, który głosił, że dobrze trafiliśmy. Otworzyłam je ostrożnie i weszłam do środka, prowadząc resztę. W pomieszczeniu leżały ogromne, czarne torby. Kazałam wszystkim ustawić się w kolejce i po kolei, każdemu wręczałam jedną. Wyszliśmy całą grupą przed dom. Zerknęłam na zegarek. Była 5.13. Za 47 minut zmieniano warty na murze. Trzeba działać szybko. Biegiem podążyliśmy do bramy w Południowym Skrzydle. Z bloków wybiegły trzy pozostałe grupy. Zaraz potem pojawiła się przy mnie Liv wraz z Hadesem i Drowem.
_jak tam kamizelki? Dostaliście? - spytałam, patrząc na zegarek. 10 minut. Drow kiwnął głową, wskazując za siebie. Zerknęłam ponad jego ramieniem. Jego drużyna właśnie je rozdawała. - Dobra. Prowiant? - spojrzałam na Hadesa, a ten wskazał ludzi z plecakami wydętymi jak balony. - Co z transportem?
-Udało nam się zdobyć kluczyki do trzynastu vanów - zasalutowała Liv, prostując się jak struna.
-Myślałam, że będzie gorzej - mruknęłam zadowolona. Kiedy ja skończyłam ogarnianie sytuacji, wszyscy powoli wyposażali się w kamizelki kuloodporne, broń palną, którą przyniosła moja grupa i inne potrzebne im rzeczy. Drużyny specjalna i I dodatkowo niosły ze sobą karabiny, II granaty, a III dorwała się do czterech wyrzutni rakiet. Zastanawiało mnie tylko skąd Kocia i Barney to wszystko wzięli. - Wszyscy do mnie - zażądałam 5 minut przed 6.00. - Dzielimy się na dwie grupy. Can, bierzesz swoich i zabieracie vany. Reszta leci ze mną. Drużyna Can zachowuje się cicho i jak najszybciej ma się dostać do pojazdów. My robimy hałas. Działamy szybko i głośno. Niestety myślałam, że zdobycie tego wszystkiego zajmie nam trochę mniej czasu, więc historię swojego życia opowiem wam zaraz po tym, jak stąd uciekniemy i będziemy pędzić drogami ku wolności.
-Ale jak masz zamiar nam...
-japa, Rudy. Od czego jest SB radio? - żachnęłam się. - Jak już mówiłam, robimy hałas i zamieszanie. Oni się w tym nie odnajdą, bo są przyzwyczajeni do zwartych szeregów i zaplanowanych akcji.
-Skąd to wiesz? - głos znowu zabrał Rudy.
-Byłam przez nich szkolona - spojrzałam na zegarek. Wybiła 6.00. - JAZDA! - wrzasnęłam donośnym głosem. Przez dwoje drzwi po obu stronach Bramy wpadły dwie grupy, po lewej II i III, a specjalna i I po prawej. Rekruci właśnie zmieniali wartę. Senni, głodni i podirytowani nie mieli dobrego refleksu i pewnie nawet nie zauważyli, że umierają postrzeleni w brzuch, serce, głowę.. Ewentualnie inną część ciała. A my pędziliśmy naprzód. Wrzeszczeliśmy, strzelaliśmy, śmialiśmy się.. Oby jak najgłośniej. Oby odciągnąć strażników od reszty. Odciągnąć i zabić. Zagłębialiśmy się dalej w labirynt korytarzy, który znałam na pamięć. Ostatni zakręt. Zdążyłam tylko sprawdzić godzinę i znów musiałam strzelać. Stanowczo za długo to trwało. Wychyliłam się za róg, nakazując ciszę. Nikogo nie było, a na końcu korytarza czekały na nas upragnione drzwi do wolności.
- Ostatnia prosta, moje dzieci! - wrzasnęłam wyrywając naprzód, a za mną na spotkanie z przeznaczeniem podążyło ponad 20 osób. Wyważyłam drzwi. Przede mną stało 13 odpalonych i gotowych do drogi, czarnych vanów.
-Wsiadajcie! - wrzasnęła Can zza kierownicy jednego z nich. Jak na zawołanie zaczęliśmy się przepychać ku pierwszym wolnym samochodom. Rzucaliśmy zabezpieczony sprzęt do środka, wskakiwaliśmy zaraz za nim i zatrzaskiwaliśmy drzwi. - No to jazda! - zawołała Candy Black wrzucając trójkę i ruszając z piskiem.
-To jeszcze nie koniec! - poinformowałam, kiedy pierwszy pocisk odbił się od dachy opancerzonego vana. - Co za debile! To ich wozy i powinni wiedzieć, że nie tak łatwo je zniszczyć! - zaśmiałam się. Razem ze mną i Can w samochodzie byli jeszcze Natay i Jake. Zapowiadała się ciekawa podróż. - Podajcie mi to - zażądałam. Wzięłam do ręki szczekaczkę i nacisnęłam przycisk z boku urządzenia. - Słuchać, ferajna! - zawołałam. - Jedźcie cały czas za vanem z czerwonymi paskami. Jadę w nim ja, Natay, Candy Black i Jake..
-Tu Rudy. Żaden van nie ma czerwonych pasków - usłyszałam. Palnęłam się otwartą dłonią w czoło.
-Popatrz przed siebie - poprosiłam kulturalnie, zupełnie jak nie ja. Przytrzymałam nogą plecaki i otworzyłam jedno skrzydło tylnych drzwi auta. postukałam w dwa paski czerwonej taśmy izolacyjnej i schowałam się z powrotem do środka. - Coś jeszcze? - spytałam, rozpierając się na swoim miejscu. Przez chwilę było zupełnie cicho, ale w końcu usłyszałam ciche kliknięcie.
-Miało być opowiadanie - powiedział ktoś, chyba Drow. Westchnęłam ciężko.
-No dobra.. Kto chce ten słucha. Reszta też musi - usiadłam wygodnie, rozpierając się na dwa fotele. - Przez trzy lata byłam gwałcona. Pierwszy raz przeżyłam w wieku 8 lat. Robił to mój przyrodni brat. Obleśny, gruby, śmierdzący.. Typowy koleś bez życia. Mieszkałam z nim. Poniżał mnie, bił, molestował.. Przejebane miałam, no ale do rzeczy. W końcu nie wytrzymałam. Coś we mnie wybuchło i rozerwało moją normalność na strzępy. Pamiętam jakby to było wczoraj. Naostrzyłam nóż kuchenny. Był ogromny i zimny. Najpierw ścięłam swoje włosy, które Mat lubił. Potem poszłam do jego pokoju. Torturowałam go. Nacinałam mu skórę, wbijałam nóż w brzuch i chyba coś jeszcze, ale nie pamiętam. Tego samego dnia zgarnęły mnie służby specjalne i trafiłam na rok szkolenia razem z małymi rekrutami do Akademii Strażniczej. Niestety, nie wykorzystałam tej szansy. Zabiłam dwójkę dzieciaków, więc trafiłam do Nr.1. Potem było już z górki. Zostałam za psychicznie niestabilną, poznałam Barney'a i jego ekipę, Nata, Can i was wszystkich. I wreszcie poczułam, że mam rodzinę. Niedawno, jak wiecie, wbił do nas mój biologiczny ojciec z prośbą o ochronę statku przewozowego. To było ukartowane przez moją macochę. Za to co zrobiłam jej synalkowi, chciała mnie zabić, ale nie mogła zrobić tego otwarcie. Wiedziała, że ojciec by ją za to znienawidził. Chciała upozorować napad na statek i wtedy by się mnie pozbyła. Teraz właśnie jedziemy odszukać Stellę, moją macochę, jej podwładnych i wszystkich zabić. Wszystkich. Co do jednego - zakończyłam swoją przemowę splunięciem za okno. Zapaliłam papierosa i zaciągnęłam się głęboko. - Jakieś pytanka? - spytałam, trzymając papierosa w ustach. Przez chwilę trwała cisza, jednak przerwał ją jeden z chłopaków.
-Tu Ichi z drużyny I, jednostka 3.
-Czego chcesz pisarzu od siedmiu boleści? - westchnęłam.
-Dobrze robisz, chcąc zabić swoją macochę. Kiedy nam się już uda cały plan to wątpię, że kiedykolwiek zechcę od ciebie uciec. Jesteśmy teraz rodziną - powiedział poważnym tonem, a ja spotkałam zaskoczone spojrzenie Natay'a. Wzruszyłam ramionami.
-Tu Chin z drużyny I, jednostka 7. Mam pytanie. Widziałaś śmierć swojego brata czy sądzisz, że mogliby go jednak odratować? - spytał. Zamyśliłam się na chwilę.
-Nie widziałam, ale wątpię, żeby z takimi ranami jakie mu zadałam zdołałby przeżyć. Gdyby jednak fachowa pomoc przybyłaby w miarę szybko, to tak, byłoby to możliwe, jak najbardziej - wyrzuciłam niedopałek za okno.
-Tu Rudy z drużyny I, jednostka 8. Mówiłaś, że masz wtyki w wojsku. Możesz nam powiedzieć kto to? - zakończył zdanie siarczystym kichnięciem. Zamyśliłam się, rozważając czy wydać całą trójkę, czy na razie tylko staruszka. Raz kozie śmierć i tunel w świetle.
-Wtyki powiadasz.. - mruknęłam. - Niech wszyscy, którzy nie prowadzą, spojrzą do tyłu. Nie zauważyliście czegoś? - poczekałam chwilę, by w końcu odpowiedzieć samej sobie. - Dołączył do nas czternasty van z trójką podłych zdrajców na pokładzie. Spokojnie. Mają własny prowiant, własną broń i kamizelki.. Nie musicie się niczym dzielić. Wiozą ze sobą kilka potrzebnych mi rzeczy. Chemikalia i takie tam.. - zacięłam się na chwilę, kiedy wymieniony van zrównał się z moim. Uśmiechnęłam się szeroko. - Nervil, Trevor, Layla.. Witamy na pokładzie rodzinki popieprzeńców.
Małżeństwo byłych policjantów uśmiechnęło się do mnie, a ich syn, Trevor, skinął mi głową. Odpowiedziałam tym samym. Wstałam i otworzyłam szyberdach, wystawiając przez niego całą górną połowę swojego ciała. Mury Nr.1 były już daleko w tyle, ale nigdzie nie widziałam nawet jednego wozu pościgowego. Zrezygnowali? Odgarnęłam włosy z twarzy, uśmiechając się lekko. A może musieli po prostu opanować kilka rozwścieczonych gangów, które próbowały uciec za nami? Odwróciłam się o 180* i przeczytałam napis na transparencie głoszącym, że właśnie wjeżdżamy do Neveshill. Wyszczerzyłam się. Gdybyśmy mieli czas, zdemolowalibyśmy to wszystko. Zaraz jednak przejechaliśmy przez mieścinę i pokierowaliśmy się dalej na północ, do mojego rodzinnego miasta.
-No, Ternaive. Niebezpieczeństwo powraca - mruknęłam, biorąc do ręki szczekaczkę. - Dobra. Plan jest prosty. Znajdujemy Stellę, zabijamy wszystkich, co cenne, to nasze i spieprzamy jak najdalej. Chyba, że ktoś chce walczyć z całym oddziałem policji i wojska, to proszę bardzo, można zostawać - zarechotałam. - Tak jak mówiłam.. Po całej akcji macie wolny wybór. Zostajecie ze mną albo spieprzanie gdziekolwiek, żeby tylko ratować tyłek. Po wszystkim nie będzie mnie obchodziło co wybierzecie, bo to wasze życia. Na razie macie za mną podążać choćby nie wiem co.Akcja albo śmierć. Tyle ode mnie. Natay? - spojrzałam wyczekująco na chłopaka, który sięgnął po szczekaczkę.
-A teraz cieszcie się każdą chwilą spędzoną razem z radiem "Wypierdalać" i firmą przewozową "I tak umrzesz". Dziękujemy za wybranie naszych linii i życzymy miłej podróży - powiedział spokojnym i pojebanie poważnym tonem. Zarechotałam dziko, po czym opróżniłam paczkę z ostatniego papierosa jaki mi został. Zapaliłam ostatniego papierosa produkowanego tylko w Nr.1. Od teraz będę palić te lepsze. Oj tak. Wolność popłaca. Z tą myślą zasnęłam ukołysana wyciem wiatru za oknem pędzącego 130 km/h vana kierowanego przez Can, nie mającą prawa jazdy.
***
Skończyłam.
Nareszcie skończyłam.
Uwielbiam III klasę gimnazjum, serio.
Zero czasu wolnego przez zajęcia dodatkowe, prace dodatkowe, klasówki, kartkówki...
Następny rozdział będzie z "Dziewięciorga Nieśmiertelnych".
Leah zmaga się z koszmarami i Potworami nękającymi ją na każdym kroku.
Co okaże się jej wybawieniem?
*Koniec odcinka.* XD
Nie no, ale serio.
Leah ma przesrane. xD
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz