-Pytam ostatni raz! - wrzasnęłam kobiecie w twarz. - Kto i po co was tu przysłał?!
Nadal milczała. Za ścianą wrzeszczał Natay. Walnęłam pięścią w ścianę i wyszłam za drzwi w tej samej chwili co chłopak.
-Zamieńmy się - westchnęłam. - Nic nie chce mówić, do cholery.
-Ja też nie za wiele wyciągnąłem, ale wiem, że działają na zlecenie kobiety. Cały czas powtarzał "Nie wydam jej.." - Natay przewrócił oczami rozkładając ręce. Po chwili wszedł do pokoju, w którym przed chwilą byłam ja, zostawiając mnie bez słowa. Westchnęłam ponownie i poszłam wypytać faceta.
Podniósł wzrok. Próbował patrzeć obojętnie, ale widziałam w jego oczach strach.
-Czego się gapisz? - warknęłam opierając się o ścianę. Odrzuciłam głowę do tyłu.
-Nic ci o niej nie powiem.. - szepnął. - Nie wydam jej.. Nie wydam.. Nie mogę.. Zabije mnie... - szeptał jak mantrę. Nie powstrzymywałam wściekłości. Podeszłam i pięścią walnęłam w policzek faceta, aż zachybotał si na krześle.
-Mów do rzeczy, idioto! Dygasz się szesnastoletniej dziewczyny?! - wrzasnęłam. Po tym jakby wybudził się z trans. Poderwał się do góry, a ja w tej chwili żałowałam, że nie zabrałam mu broni. Z wyciągniętą spluwą kazał mi podejść do siebie. Podniosłam ręce i żwawym krokiem poszłam na wyznaczone miejsce.
-Nie jestem idiotą. Jestem Dark - warknął nieprzyjaźnie.
-No to, Dark - powiedziałam rozbawionym głosem. - Po cholerę bierzesz mnie na zakładnika?
Spojrzał na mnie jak na głupią debilkę.
-Żeby ten twój chłopak...
- Natay - wtrąciłam ze słodkim uśmiechem.
-Żeby Natay wypuścił Lilith. Wygląda na to, że wiele dla niego znaczysz - powiedział związując mi ręce na plecach.
-Mieszkamy razem. Robimy TO, wiec to jasne, że jestem dla niego ważna skoro żadna inna dziewczyna nie jest w tym tak dobra jak ja - uśmiechnęłam się do zarumienionego już mężczyzny.
-Nie odzywaj się, rozumiesz? - burknął czerwieniąc się jeszcze bardziej. Pociągnął mnie do drzwi, które zaraz potem zostały wyważone. Ja miałam przy sobie klucz, ale Dark nie pozwolił mi się przecież odzywać.
Facet zastukał do drzwi, za którymi był Natay.
-Dark. Opuść broń.. I tak ci nie ucieknę. Skocze tylko do kibla i wrócę, ok? - powiedziałam wystarczająco głośno, by mógł mnie usłyszeć Natay. Doszedł do nas odgłos szurania krzesła i kilka sekund później chłopak stał w drzwiach z kobietą, która okazała się być Lilith. Tak jak ja miała związane ręce.
-Wymieńmy się. Ja nic nie zrobię Lilith, a ty oddasz mi dziewczynę - powiedział Natay nie dopuszczając do głosu Darka, na co ten kiwnął głową. Puścił moje ramie i popchnął w stronę Nataya.
Ten facet musi się jeszcze wiele nauczyć...
Chłopak uwolnił moje ręce. Ani myślał wypuszczać Lilith. Przyłożyłam lufę do skroni kobiety, a Dark zastygł bez ruchu.
-Chcemy tylko wiedzieć czemu i od kogo dostaliście polecenie zabicia nas - powiedziałam. Mężczyzna westchnął zrezygnowany.
-To od żony tego polityka... Jak mu tam było? Tebal? Jakoś tak... - rozłożył ręce. - Nic więcej nie wiem.
Chwile stałam nieruchomo po czym poczułam wzbierający we mnie gniew. Nacisnęłam spust i kobieta padła bez życia. Dark zaniemówił kiedy padł drugi strzał.
-Co jeszcze wiesz? - spytałam ozięble.
-Albo go tak boli, że nie może mówić, albo właśnie przestrzeliłaś mu gardło - powiedział sarkastycznie Natay. - Uspokój się i chodź do szefa.
-Ta.. - warknęłam, ale nie ruszyłam się ani o milimetr. Dopiero gdy chłopak trzasnął drzwiami, otrząsnęłam się. Splunęłam na ciała, wbiłam ręce w kieszenie i poszłam ciężkim krokiem za Natay'em.
-Szefie! Wiemy kto na nas poluje! - zawołałam grobowym głosem od progu. - Ale najpierw ważniejsze sprawy.
-Co się stało? - spytał przerażony szef. - Usiądźcie i mówcie co się dzieje.
-Pamięta pan Lucy Tebal? - kiwnął głową zaskoczony. - Ja ją znałam. Na nieszczęście dla ciebie, a na szczęście dla mnie, ona się zmieniła. Umarła jej dawna osobowość. Nawet ciebie ledwo poznała, ale czekała cały czas...
-Gdzie ona jest? - przerwał mi ze łzami w oczach. - Jak się teraz nazywa? Nic jej nie jest?
-Czuje się dobrze. Jest na misji i ma na imię Luza. Luza Scarlet, tato - powiedziałam. Zapadła głucha cisza, wiec kontynuowałam dalej. - Tych zabójców nasłała moja matka, a twoja żona, Stella...
-Przestań! - przerwał mi. - Nie wiem skąd tyle wiesz o mnie i mojej rodzinie, ale wiem jedno. Lucy nie mogłaby być tobą! Ona muchy by nie skrzywdziła! Poszła do wiezienia tylko przez pomyłkę! To był błąd! Mój cholerny błąd! Gdybym nie traktował jej wtedy jak każdego innego dziecka, nie spotkało by jej to co się stało!
-Jak widać ludzie się zmieniają - westchnęłam. - Skoro twoim zdaniem nie jestem Lucy, to skąd miałabym wiedzieć, czemu to zrobiła? A teraz powiem ci coś, Alex. To nie był wypadek. Zabiłam Mata, bo tego właśnie chciałam. I co z tego, że był moim bratem? Był też pedofilem. Dla mnie był nikim... Może tego nie zauważyłeś, bo byłeś zajęty robotą, ale on mnie zgwałcił. Kilka razy.. Wiesz jaki to ból i szok dla dziewczynki, która ma osiem - dziesięć lat?! - wrzasnęłam zaciskając oczy, by powstrzymać łzy. Zapadła cisza gorsza od najgłośniejszego krzyku. Natay podszedł do mnie sztywnym krokiem i otarł mi policzki. Dopiero doszło do mnie, że płacze. Łzy lały się po moich policzkach strumieniami i nie mogłam ich zatrzymać.
-Skoro to czas szczerości to ci coś powiem, Natay - zwróciłam się do chłopaka. - Myślisz, że jestem twarda i nic mnie nie rusza, ale kiedy ty zasypiasz w swoim pokoju, ja cicho zamykam drzwi i ryczę w poduszkę. Nie dlatego, że boje się zabijać. Całe to zabijanie mam głęboko gdzieś. Płacze dlatego, że ciągle mam wrażenie, że Mat nagle wparuje do mojego pokoju. Dlatego, że jutro mogę stracić cały oddział. Dlatego, że za godzinę Can przy mnie nie będzie. Dlatego, że za minute ty możesz ode mnie odejść. Nie, że umrzeć, tylko, że odsuniesz się ode mnie, bo jestem zbyt chłopięca i strasznie silna. Boje się, że możesz być przeciwko mnie - uśmiechnęłam się, gdy nagle poczułam jakbym latała. Nogi się pode mną ugięły i poleciałam na ziemie. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Docierały do mnie tylko nieliczne słowa, które wypływały z moich ust.
-Tato... Idź sprawdź kogo tak naprawdę zatrudniłeś. Jeśli mi nie wierzysz, nadal będę tylko zabójcą.. Mordercą z Numeru 1, Luzą Scarlet... - wycharczałam ostatkiem sił.
* * *
Usłyszałam pikanie szpitalnej aparatury. Niczym nie mogłam ruszyć, czułam się jak mumia. Znów zanurzyłam się w ciemność, jednak wszystko słysząc.
-Tracimy ją! - dobiegł mnie krzyk. Poczułam puls elektroniczny przepływający przez moją klatkę piersiową. Wynurzyłam się nad powierzchnie mgły i otworzyłam oczy.
-Nie ruszaj się - ostrzegł mnie głos. Gwałtownie zamknęłam oczka. Grzecznie spełniłam polecenie. Poczułam ukłucie w rękę. Pikanie ustabilizowało się, a ja dostałam pozwolenie na otworzenie oczu.
-Ciekawe kiedy wyjdę ze szpitala...? - mruknęłam. Nagle zobaczyłam szybki ruch w kącie sali. Natay podbiegł do łóżka i wziął mnie za rękę. Na jego twarzy malował się niepokój.
-Luza.. - szepnął z ulgą widząc jak się uśmiecham. W kącikach jego oczu zaważyłam łzy.
-Nie płacz idioto - uśmiechnęłam się lekko. - Nawet nie wiadomo co mi było...
- Wiadomo - przerwał mi lekarz, który wchodząc do pokoju zakładał gumowe rękawiczki. - Przez cały ten czas nikt nie zauważył nic dziwnego. Kiedy byłaś młodsza miałaś uraz głowy, prawda?
Kiwnęłam głową i moje ciało przeszył promieniujący ból. Wygięłam się pod dziwnym kątem, ale gdy mi to nie pomogło, położyłam się z powrotem próbując nie oszaleć od bólu.
-Nie ruszaj się - powtórzył głos. - Ty nie czułaś tego, prawda? W wieku 14 lat dostałaś prętem w potylicę. A wcześniej miałaś uraz kręgosłupa.. Zgadza się?
Nic już nie słyszałam. Moje zmysły przyćmiły wspomnienia, które tak dobrze do tej pory maskowałam.
Miałam 8 lat. Kuliłam się pod kołdrą i udawałam, że śpię. Drzwi otworzyły się z trzaskiem.
-Kochanie! Zbieraj się! - krzyknęła mama przekrzykując odgłosy walki dochodzące z zewnątrz. Poderwałam się z łóżka i zobaczyłam przerażone twarze rodziców.
-Na jakiś czas pojedziesz do Mata. Ja i mama musimy coś zrobić... - powiedział tata pakując moje rzeczy do walizki. Cofnęłam się czując, że jest mi słabo. Oparłam się o parapet i otworzyłam okno stając do niego tyłem. W tym momencie pożałowałam tego, co zrobiłam. Czyjaś gruba, tłusta łapa złapała mnie za rękę i pociągnęła na zewnątrz. Spadaliśmy. Przyczepiłam się do ramienia grubasa i z całych sił próbowałam przesunąć się nad niego. W końcu przywarłam do niego. Zrobiłam to sekundę przed upadkiem. Coś gruchnęło pode mną. Z ust tamtego leciała krew. Z powodu odrzutu mój kark odchylił się za bardzo w tył. Tym razem nie mogłam się ruszyć. Potem obudziłam się już w pokoju Mata.
Podczas, gdy ja wracałam myślami do dnia kiedy zaczął się mój koniec, Natay trzymał mnie za rękę. Nagle drzwi się otworzyły i wszedł Alex. Niepewnie postawił kilka kroków w stronę łóżka. Patrzyłam na niego hardo w ogóle nie przypominając dziewczyny ze sceny w gabinecie. W reku trzymał żółtą teczkę do przechowywania informacji o więźniach. Wyglądał jak facet z filmów, które kiedyś z nim oglądałam. Otworzył teczkę i spojrzał na to co było w środku, po czym podszedł do łóżka i pewnym ruchem ujął mnie za nadgarstek. Popatrzył na wnętrze dłoni gdzie na środku widniała duża, nieregularnie wystrzępiona blizna.
Ojciec pokiwał głową jakby sam siebie próbował przekonać.
-A więc ty.. jesteś... nią? - spytał Natay wskazując na zdjęcie w teczce. Potwierdziłam niemym "tak". Wyciągnęłam rękę żądając dokumentu. Patrzyłam teraz na Lucy. Dobrą, małą, niewinną, brązowowłosą Lucy z niebieskimi oczkami i delikatnym, małym ciałkiem. Zdjęcie zostało zrobione kiedy miałam 9 lat, zaraz po morderstwie Mata. Po tamtym niewinnym dziecku pozostały tylko wspomnienia.
-Nie dostaniesz tej roboty - powiedział ojciec. Mrugnęłam zdezorientowana. - Teraz to wszystko ma sens. Dlatego Stella tak namawiała mnie do wzięcia kogoś z Nr.1. Wiedziała, że wybiorę najsilniejszych. A kiedy bylibyście na statku...
-Zabiliby mnie i moją bandę - wtrąciłam nagle wszystko pojmując. - Ona mnie nienawidzi, bo zabiłam jej synalka. Teraz chce wyeliminować mnie...
***
No więc.. Następny rozdział ukarze się.... Nie wiem kiedy, bo mi się nie chce pisać. Jestem chora i głowa boli.. Kupiłam sobie czapkę z uszami, bo mi mózg zamarzał. A teraz się roztapia, bo siedzę w czapce w domu ;-; dobra. do następnej notki na innym blogu.. papa :D
poniedziałek, 14 października 2013
sobota, 20 lipca 2013
Rozdział drugi, czyli bitwa : jestem chora
-Następny robak, którego trzeba zmiażdżyć.. - powiedział Natay z szerokim uśmiechem, kiedy to ja mierzyłam do niego dwoma Berettami M92 Custom.
-Natay.. To ja, Luza.. Ocknij się.. Już starczy ci zabijania.. Chodź, mamy robotę - zaczęłam cicho go przekonywać nie opuszczają broni. Zaśmiał się histerycznie. Teraz oboje mierzyliśmy do siebie z broni.
-Jaka Luza? Jaka śmierć? Jaka robota? - zaczął dopytywać się Natay zbliżając się do mnie krok za krokiem. Odsuwałam się od niego w jego tempie. Gdy wyszliśmy na ulicę stanęłam jak wryta. Przecież tam stoi mój oddział, moja przyjaciółka.. Tam stoi mój ojciec, który nawet mnie nie pamięta.
Nacisnęłam spust. Za późno. Przez chwilę nie czułam nic, ale nagle w prawym ramieniu zaczął rwać tępy ból. Mimo to nie opuściłam ręki. Prawe przedramię krwawiło po otarciu się o nie kuli. Znowu usłyszałam syk powietrza wciąganego przez mojego strachliwego ojca.
-Kurwa - syknęłam po czym odskoczyłam naciskając oba spusty jednocześnie. Natay uśmiechnął się jeszcze szerzej, o ile to w ogóle możliwe.
-Can! - wrzasnęłam ile sił w płucach, żeby przekrzyczeć strzały. - Rzuć mi nóż!
-Robi się! - usłyszałam w odpowiedzi. Tak okrążyłam Nataya, że stał tyłem do samochodów. W pewnej chwili dostrzegłam błysk stali lecącej w moją stronę. Schowałam jeden pistolet do kabury, drugim wciąż strzelając i wybiłam się jak najwyżej.
-Auć.. - syknęłam. Złapałam nóż, to oczywiste, ale nie tą stroną co trzeba. Narzędzie rozcięło mi wnętrze dłoni. Powoli zbliżałam się do Nataya. gdy byłam wystarczająco blisko, rzuciłam się mu na szyję mocno go ściskając.
-Przepraszam.. - szepnęłam mu na ucho, po czym rozciętą dłonią wybiłam z jego rąk broń i pociągnęłam ostrzem po ramieniu chłopaka. Jego oczy wróciły do normalnego stanu, ale chłopak zaczął się chwiać. Podtrzymując go, zbliżyłam się do samochodu. Dwóch ochroniarzy mojego ojca wysiadło z samochodu i podbiegło do mnie. Chcieli zabrać mi Nataya, ale im nie pozwoliłam.
-Nie trzeba. Mieszkamy niedaleko. Dam radę sama go zanieść.. - powiedziałam ochryple. - Już nie raz musiałam targać tego mięczaka do domu. Przez 5 lat można się przyzwyczaić.
Wzrok mój i ojca się spotkały. Uśmiechnęłam się promiennie, ale zaraz uśmiech mi zrzedł. Nogi się pode mną ugięły i poleciałam na ziemię. Podparłam się rękami, a z moich ust prysnęła krew zmieszana z czymś co przypominało przeżutą, wczorajszą kolację.
-Ej, ej, ej! Luza! Wszystko ok? - zawołała Can. Walnęłam pięścią o czysty asfalt. Poczułam, że ktoś delikatnie zdejmuje Nataya z moich pleców.
-Bez przesady.. Już jest dobrze.. - wycharczałam wstając. Nieco się przeliczyłam, bo gdy tylko oderwałam ręce od podłoża, zatoczyłam się do tyłu. Walnęłam głową o asfalt. - Fuck, fuck, fuck! - krzyczałam krztusząc się kolejną porcją krwawych wymiocin.
-Nie ruszaj się - nakazał mi niski, kojący głos. Nie wiedzieć czemu posłuchałam. Właściciel głosu ułożył mnie we względnie bezpiecznej pozycji. - A teraz zamknij oczy. Zawieziemy ciebie i twojego chłopaka do szpitala.
-On nie jest moim.. - przerwał mi potok śliny. Mięśnie brzucha kurczyły mi się wywołując spazmy bólu. Próbowałam głębiej odetchnąć, ale tylko się skrzywiłam. No tak.. Wiedziałam już co mi jest. Na swojej pierwszej wielkiej strzelaninie tu, w Numerze 1, wylądowałam na ostrym dyżurze z rozciętym brzuchem. Stęknęłam kiedy ktoś wziął mnie na ręce.
-Nie trzeba, naprawdę.. Dam radę sama dotrzeć do tego punktu. Poza tym odbierze mnie mój oddział.. Przecież nie jestem mięczakiem.. Dam radę.. Can zawiezie mnie motorem.. - mruczałam.
-Zawieziemy was do szpitala poza murami Numeru 1.. - powiedział mi ojciec kiedy ktoś inny usadzał mnie na fotelu w samochodzie. Po chwili poczułam ciężar na kolanach. Uniosłam powieki. Za oknem stała cała moja grupa. Na znak Can zasalutowali mi. Przyłożyłam dwa palce do czoła uśmiechając się, choć wymagało to ode mnie dużo wysiłku. W końcu spojrzałam na swoje kolana. Na moich nogach leżała głowa Nataya. Pogłaskałam go po włosach. Nagle zrobiłam się bardzo senna. Dzielnie walczyłam, ale w końcu uległam. Pozwoliłam swojej głowie opaść bezwładnie. Moja amatorsko zabandażowana dłoń wciąż leżała na głowie Nataya.
* * *
Obudziłam się, ale nie mogłam niczym ruszyć. Czułam się wypompowana z energii. Uniosłam nieznacznie powieki.
-Obudziła się.. Idź po szefa - szepnął ktoś obok łóżka. Usłyszałam jęk otwieranych i zamykanych drzwi.
-Czemu tu jest tak jasno? - spytałam i zamarłam przerażona swoim głosem. To chyba nawet nie był ludzki głos. Brzmiał tak jakby w moim gardle ktoś jeździł zardzewiałym nożem po talerzu. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Metodą nóż-talerz zawsze budziłam Nataya.
-Gdzie jest Natay?! - przeraziłam się, podrywając swoje ciało do góry. Skrzywiłam się. Dotknęłam brzucha. Pod palcami wyczułam bandaże. Ktoś delikatnie lecz stanowczo znów położył mnie na poduszkach.
-Spokojnie.. Leży tam.. - koleś wskazał na płachtę za sobą. - Wybudzili go wcześniej. Czekał aż się obudzisz. To było ze 12 godzin, ale zasnął.
Nieznajomy uśmiechnął się, a ja odzyskałam zdrowy rozsądek.
-Kim ty jesteś? - spytałam odsuwając się odrobinę, by móc się mu lepiej przyjrzeć. Blond włosy, zielone oczy i ubrany w skórzaną kurtkę, glany i podarte dżinsy oraz biały podkoszulek. Wyglądał na minimum 18 lat.
-Jake.. - podał mi rękę. Uścisnęłam ją bez namysłu, znów za mocno, ale po chłopaku nie było widać czy go zabolało.
-Jake.. A jakie nazwisko?
-Po prostu Jake.. Nie mam takiego szczęścia jak ty.. - uśmiech znikł z jego twarzy.
-No tak.. Bardzo jestem szczęśliwa żyjąc sobie w mieście-więzieniu z żywymi praktycznie-trupami. Podoba mi się zabijanie ich. Och.. Ten zapach krwi.. - zrobiłam rozmarzoną minę, ale dostrzegłam przerażone spojrzenie Jake'a. - Tak w ogóle to jestem Luza Scarlet. - popatrzyłam na przerażonego chłopaka. Gapił się na mnie jakbym była co najmniej kosmitą. - Spoko, przecież nie gryzę.. - zaśmiałam się. Napięcie znikło z jego twarzy. - Ja tylko zabijam...
Chłopak cofnął się razem z krzesłem. W tym momencie do pokoju wszedł mój ojciec.
-Witaj, Luzo.. - przywitał się.
-Bry, szefie - uśmiechnęłam się promiennie, jak wtedy, na ulicy. Tak jak wcześniej, ojciec osłupiał.
-Jak się czujesz? - spytał po chwili niezręcznej ciszy.
-W miarę - odpowiedziałam zdawkowo. - Co z Natay'em? Podobno się obudził.. Przynajmniej tak powiedział Jake.
Na dźwięk swojego imienia chłopak podniósł głowę. Ojciec zgromił go wzrokiem.
-Tak, to prawda. Nie śpię.. - ziewnął Natay stając przy moim łóżku. Zawiesiłam się. Z debilnym uśmieszkiem i szeroko otwartymi oczami przyglądałam się ranom, które mu zadałam. - Dwie kule w prawy bok, a rozcięcie w poprzek prawego bicepsa.. - powiedział Natay. Poczułam, że moje oczy zrobiły się wilgotne.
-Przepraszam, przepraszam, przepraszam.. - mamrotałam wycierając sobie oczy wierzchem dłoni. Wszyscy jakby nie zrozumieli, że nie chcę ich tu teraz, znieruchomieli.
-Lu - Luza.. Ty.. Ty płaczesz? - szepnął nie dowierzając Natay.
-Nie.. - burknęłam chowając twarz za poduszką.
-Możemy pogadać? - spytał chłopak. Nie widziałam niczego, ale usłyszałam oddalające się kroki. - Chcemy być sami..
Ktoś, pewnie Jack, podniósł się z krzesła i pogłaskał mnie po głowie. Kiedy i on wyszedł, nadal siedziałam ukryta za poduszką.
-Ej.. Co się stało? - spytał Natay. - Niepierwszy raz mnie poraniłaś.. - zaśmiał się.
-No bo.. Ty wtedy chciałeś mnie.. Atakowałeś mnie.. Musiałam się bronić.. Przepraszam.. - tłumaczyłam. Poduszka tłumiła drżenie mojego głosu. Natay westchnął.
-To ja powinienem przeprosić. Nie wiem czemu wyłączyłem świadomość w takiej chwili.. - mruknął. Wściekła oderwałam poduszkę od twarzy i rzuciłam ją w kąt. Wstałam, ignorując ból rwący moje wnętrzności. - Ej.. Spokojnie. Nie wstawaj! Tobie nie wolno! - Natay stanął w drzwiach z szeroko rozłożonymi ramionami. Odepchnęłam go i wyszłam pewnym krokiem na korytarz. Zacisnęłam pięści i weszłam do windy. Wcisnęłam guzik i z założonymi rękami patrzyłam jak z sali wybiega Natay. Stałam niewzruszona patrząc jak potyka się o własne nogi i pada na twarz tuż przed prawie zamkniętymi drzwiami. Pokazałam mu język tuż przed zamknięciem się drzwi. Poczułam szarpnięcie w górę. Chwilę potem drzwi się otworzyły. Wyszłam na korytarz gdzie dogonił mnie Natay.
-Co się stało, mała? - spytał. Wściekła podniosłam wzrok.
-Nic.. Muszę się przewietrzyć.. - burknęłam, wychodząc przed szpital. Mimowolnie zachłysnęłam się powietrzem z zaskoczenia. - Ale się pozmieniało..
-Ta.. Może jest ładniej, ale i niebezpieczniej - odparł Natay. Jakiś dziadek podniósł na nas wzrok.
-A wy jacyś nie przytomni, że dopiero zauważyliście? - spytał ostro dziadyga. Zaszczyciłam go kpiarskim spojrzeniem.
-Proszę pana. Jak się mieszka 5 lat za murami walcząc każdego dnia o życie to tu jest bezpiecznie jak na placu zabaw w 2000 roku. Ogarniasz pan? - staruszek wytrzeszczył oczy.
-To wy.. - szepnął odsuwając się. - To wy jesteście ci z Numeru 1?
-Oho.. Staliśmy się sławni.. - mruknęłam. Dziadzio się opanował.
-Nie.. To nie możecie być wy.. Jesteście 100 lat za młodzi, żeby tam być. Tam siedzą tylko najgorsi przestępcy.. - zaczął tłumaczyć sobie z pozoru spokojnie starszy pan.
-Jak chce się pan przekonać, że mówimy prawdę, to zapraszam do nas do domu.. Oczywiście jak wyjdziemy ze szpitala.. O ile wyjdziemy.. - powiedziałam widząc, że przed schody zajechał mini bus z przyciemnionymi szybami. - Natay.. Czy to to o czym myślę?
-Tak. - mruknął ciągnąc mnie przez drzwi do środka. - Trzeba odzyskać naszą broń.
Nadal ignorując ból pod klatką piersiową pognałam na pełnym gazie schodami na górę. Natay wskazał mi drzwi. Otworzyłam je gwałtownie.
-Szefie.. Potrzebujemy naszej broni.. - powiedziałam łapiąc się za bolący brzuch.
-Naładowanej.. - dorzucił Natay. - Znając życie zaraz może się tu zrobić gorąco.
Przerażony ojciec podał nam nasze pistolety i magazynki oraz nóż Can. Skinęłam głową w podziękowaniu i wybiegłam na korytarz. Wpadłam do pierwszej lepszej sali i wrzasnęłam:
-Ma ktoś gumkę do włosów?
Wszyscy drgnęli na dźwięk mojego donośnego głosu. Jakaś pani zaczęła piszczeć na widok moich Berett, ale to zignorowałam. Dziewczynka, na oko dwunastolatka, podbiegła do mnie i wyciągnęłam rękę.
-Masz.. Potrzymaj - powiedziałam wymieniając się z dzieckiem rzeczami. -Ale tylko chwilę.
Dziewczynce rozbłysły oczy. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Zrobiłam kucyka i odebrałam jej moje zabaweczki. Małej zrzedła mina.
-Może kiedyś cię nauczę strzelać, ale na razie patrz przez tamto okno - powiedziałam wybiegając z sali. Kątem oka zobaczyłam ludzi rzucających się do szyb. -Mogliby teraz puścić "This is war", nie sądzisz? - zaśmiałam się pędząc ku drzwiom z Natay'em u boku, ale ten tylko się roześmiał. Zatrzymaliśmy się na parterze, przy wyjściu i przywarliśmy do ściany. Nakazałam pielęgniarkom siedzieć cicho pod blatem, ale i tak słychać było ich spazmatyczne oddechy i ciche łkanie najsłabszej psychicznie.
-No to teraz nie trzeba będzie nigdzie zabierać tego dziadygi - mruknął Natay. Tym razem to ja się zaśmiałam. Wyjrzałam zza rogu. Nasz znajomy dziadzio był wypytywany przez dwie osoby, mężczyznę i kobietę.
-Tak. Jest tu taka jedna smarkula, która twierdzi, że stamtąd przyjechała.. - usłyszałam zrzędzenie. Zachichotałam i schowałam broń za opaśnicę piżamy szpitalnej i zakryłam ją obszerną koszulą.
-Co ty najlepszego wyprawiasz? - syknął zirytowany Natay, ale zrobił dokładnie to samo co ja.
-Chcę się zabawić.. - mruknęłam wychodząc przez szklane drzwi. Podeszłam do dziadka od tyłu i spytałam słodkim głosikiem: - Ma pan może pożyczyć zapalniczkę? - wyciągnęłam papierosa z wcześniej uprowadzonej paczki.
-Tak, masz.. - podał nawet się nie oglądając. Koleś z blizną w poprzek twarzy otworzył szeroko oczy no co ja wyszczerzyłam zęby i zapaliłam trzymanego w ustach papierosa.
-Dał pan zapalić nieletniej, wie pan? - odezwała się kobieta z bliznami na nadgarstkach. Staruszek gwałtownie odwrócił się w naszą stronę, a ja włożyłam zapalniczkę w kieszeń jego koszuli.
- Niezłe wyczucie czasu - uśmiechnęłam się szerzej wydmuchując dym i podając papierosa Natay'owi. Starszy pan zaczął wrzeszczeć.
-To oni! To oni twierdzili, że są z Numeru 1! Małe bachory chcą być.. Jak to się teraz mówi? Chcą być macho..
Uśmiechnęłam się z politowaniem.
-Bo to my...
-Niemożliwe.. - szepnęła kobieta. Mężczyzna wyjął z kieszeni trzy zdjęcia i wytrzeszczył oczy. Podał dwa z nich kobiecie, której reakcja była taka sama.
-A jednak.. - zaśmiałam się przyjmując papierosa z powrotem. - Już ci go nie oddam.. - szepnęłam. Natay domyślił się o co mi chodzi. Pokiwał głową na znak, że wie co chcę zrobić. Kobieta sięgnęła do kabury, ale jej partner był szybszy. Odepchnęłam Nataya, a sama wywaliłam się na ziemię. Dziadek patrzył na mnie z wyższością.
-Wiedziałem, że to nie wy.. - zaczął, ale przerwałam mu.
-Stul pysk staruchu! - wrzasnęłam wyciągając zza opaśnicy moje kochane M92-jki. Natay właśnie pomagał mi wstać. Jedną ręką uczepiłam się jego w miarę zdrowego ramienia, a drugą posyłałam strzały. Kobieta dostała w ramię i zawyła z bólu.
-Mięczak! - wrzasnęłam z uśmiechem. Najwyraźniej kobieta nie umiała strzelać lewą ręką, bo zatoczyła się za busa, gdzie była względnie bezpieczna.
-Natay. Unieruchom go jakoś.. - szepnęłam chłopakowi na ucho kiedy wreszcie stanęłam na nogach. Rzucił się do przodu wyciągając nóż w biegu i nadciął nadgarstek faceta z blizną na twarzy. Facet wypuścił broń i przycisnął rękę do rany sycząc z bólu.
-U niego jest wyższy próg odczuwania bólu - powiedziałam z uznaniem. - Idź po tą babę.. - powiedziałam do Nataya mierząc w środek czoła mężczyzny. Chwilę potem wprowadziliśmy naszych wrogów do środka. Przechyliłam się nad blatem recepcji tak, żeby widzieć przerażone pielęgniarki.
-Mamy dwóch rannych.. Czy mogłybyście się nimi zająć? - spytałam grzecznie, na co one odpowiedziały histerycznymi kiwnięciami głów. Jedna z trzech pobiegła po lekarza, bo "tą panią to trzeba operować".
-Dobra.. Musi nam wystarczyć facet.. - westchnął Natay kiedy kobieta wjechała na salę operacyjną. Ja w tym czasie wisiałam nad pielęgniarką, która opatrywała faceta dźgniętego przez Nataya. Podziwiałam z jaką precyzją wykonuje wszystkie ruchy mimo przerażenia trzęsącego jej rękami.
-Przypilnuj go.. Ja idę się przebrać - powiedziałam do Nataya wychodząc z sali. Na korytarzu stał mój kumpel, pan starszy, zażywający środki na uspokojenie.
-Yo.. - powiedziałam do niego z groźnym spojrzeniem. Na dźwięk mojego głosu ręce zatrzęsły mu się jeszcze bardziej. Zaśmiałam się i poklepałam dziadka po łysinie. - Ja nic panu nie zrobię. Chyba, że wkurwi mnie pan swoją paplaniną.
Wparowałam do pokoju gdzie wcześniej zastałam ojca. Tak jak podejrzewałam, siedział skulony na krześle.
-Prze szefa... - powiedziałam pukając w otwarte drzwi. Szybko wstał i idealnie zamaskował strach. - Gdzie są moje ciuchy?
Otworzył szufladę, wyjął z niej ubrania i położył je bez słowa na stole. Nagle poczułam, że szpitalne wdzianko jest bardzo niewygodne, więc wzięłam swoje rzeczy i pobiegłam do kibla się przebrać.
-Natay.. To ja, Luza.. Ocknij się.. Już starczy ci zabijania.. Chodź, mamy robotę - zaczęłam cicho go przekonywać nie opuszczają broni. Zaśmiał się histerycznie. Teraz oboje mierzyliśmy do siebie z broni.
-Jaka Luza? Jaka śmierć? Jaka robota? - zaczął dopytywać się Natay zbliżając się do mnie krok za krokiem. Odsuwałam się od niego w jego tempie. Gdy wyszliśmy na ulicę stanęłam jak wryta. Przecież tam stoi mój oddział, moja przyjaciółka.. Tam stoi mój ojciec, który nawet mnie nie pamięta.
Nacisnęłam spust. Za późno. Przez chwilę nie czułam nic, ale nagle w prawym ramieniu zaczął rwać tępy ból. Mimo to nie opuściłam ręki. Prawe przedramię krwawiło po otarciu się o nie kuli. Znowu usłyszałam syk powietrza wciąganego przez mojego strachliwego ojca.
-Kurwa - syknęłam po czym odskoczyłam naciskając oba spusty jednocześnie. Natay uśmiechnął się jeszcze szerzej, o ile to w ogóle możliwe.
-Can! - wrzasnęłam ile sił w płucach, żeby przekrzyczeć strzały. - Rzuć mi nóż!
-Robi się! - usłyszałam w odpowiedzi. Tak okrążyłam Nataya, że stał tyłem do samochodów. W pewnej chwili dostrzegłam błysk stali lecącej w moją stronę. Schowałam jeden pistolet do kabury, drugim wciąż strzelając i wybiłam się jak najwyżej.
-Auć.. - syknęłam. Złapałam nóż, to oczywiste, ale nie tą stroną co trzeba. Narzędzie rozcięło mi wnętrze dłoni. Powoli zbliżałam się do Nataya. gdy byłam wystarczająco blisko, rzuciłam się mu na szyję mocno go ściskając.
-Przepraszam.. - szepnęłam mu na ucho, po czym rozciętą dłonią wybiłam z jego rąk broń i pociągnęłam ostrzem po ramieniu chłopaka. Jego oczy wróciły do normalnego stanu, ale chłopak zaczął się chwiać. Podtrzymując go, zbliżyłam się do samochodu. Dwóch ochroniarzy mojego ojca wysiadło z samochodu i podbiegło do mnie. Chcieli zabrać mi Nataya, ale im nie pozwoliłam.
-Nie trzeba. Mieszkamy niedaleko. Dam radę sama go zanieść.. - powiedziałam ochryple. - Już nie raz musiałam targać tego mięczaka do domu. Przez 5 lat można się przyzwyczaić.
Wzrok mój i ojca się spotkały. Uśmiechnęłam się promiennie, ale zaraz uśmiech mi zrzedł. Nogi się pode mną ugięły i poleciałam na ziemię. Podparłam się rękami, a z moich ust prysnęła krew zmieszana z czymś co przypominało przeżutą, wczorajszą kolację.
-Ej, ej, ej! Luza! Wszystko ok? - zawołała Can. Walnęłam pięścią o czysty asfalt. Poczułam, że ktoś delikatnie zdejmuje Nataya z moich pleców.
-Bez przesady.. Już jest dobrze.. - wycharczałam wstając. Nieco się przeliczyłam, bo gdy tylko oderwałam ręce od podłoża, zatoczyłam się do tyłu. Walnęłam głową o asfalt. - Fuck, fuck, fuck! - krzyczałam krztusząc się kolejną porcją krwawych wymiocin.
-Nie ruszaj się - nakazał mi niski, kojący głos. Nie wiedzieć czemu posłuchałam. Właściciel głosu ułożył mnie we względnie bezpiecznej pozycji. - A teraz zamknij oczy. Zawieziemy ciebie i twojego chłopaka do szpitala.
-On nie jest moim.. - przerwał mi potok śliny. Mięśnie brzucha kurczyły mi się wywołując spazmy bólu. Próbowałam głębiej odetchnąć, ale tylko się skrzywiłam. No tak.. Wiedziałam już co mi jest. Na swojej pierwszej wielkiej strzelaninie tu, w Numerze 1, wylądowałam na ostrym dyżurze z rozciętym brzuchem. Stęknęłam kiedy ktoś wziął mnie na ręce.
-Nie trzeba, naprawdę.. Dam radę sama dotrzeć do tego punktu. Poza tym odbierze mnie mój oddział.. Przecież nie jestem mięczakiem.. Dam radę.. Can zawiezie mnie motorem.. - mruczałam.
-Zawieziemy was do szpitala poza murami Numeru 1.. - powiedział mi ojciec kiedy ktoś inny usadzał mnie na fotelu w samochodzie. Po chwili poczułam ciężar na kolanach. Uniosłam powieki. Za oknem stała cała moja grupa. Na znak Can zasalutowali mi. Przyłożyłam dwa palce do czoła uśmiechając się, choć wymagało to ode mnie dużo wysiłku. W końcu spojrzałam na swoje kolana. Na moich nogach leżała głowa Nataya. Pogłaskałam go po włosach. Nagle zrobiłam się bardzo senna. Dzielnie walczyłam, ale w końcu uległam. Pozwoliłam swojej głowie opaść bezwładnie. Moja amatorsko zabandażowana dłoń wciąż leżała na głowie Nataya.
* * *
Obudziłam się, ale nie mogłam niczym ruszyć. Czułam się wypompowana z energii. Uniosłam nieznacznie powieki.
-Obudziła się.. Idź po szefa - szepnął ktoś obok łóżka. Usłyszałam jęk otwieranych i zamykanych drzwi.
-Czemu tu jest tak jasno? - spytałam i zamarłam przerażona swoim głosem. To chyba nawet nie był ludzki głos. Brzmiał tak jakby w moim gardle ktoś jeździł zardzewiałym nożem po talerzu. Mimowolnie się uśmiechnęłam. Metodą nóż-talerz zawsze budziłam Nataya.
-Gdzie jest Natay?! - przeraziłam się, podrywając swoje ciało do góry. Skrzywiłam się. Dotknęłam brzucha. Pod palcami wyczułam bandaże. Ktoś delikatnie lecz stanowczo znów położył mnie na poduszkach.
-Spokojnie.. Leży tam.. - koleś wskazał na płachtę za sobą. - Wybudzili go wcześniej. Czekał aż się obudzisz. To było ze 12 godzin, ale zasnął.
Nieznajomy uśmiechnął się, a ja odzyskałam zdrowy rozsądek.
-Kim ty jesteś? - spytałam odsuwając się odrobinę, by móc się mu lepiej przyjrzeć. Blond włosy, zielone oczy i ubrany w skórzaną kurtkę, glany i podarte dżinsy oraz biały podkoszulek. Wyglądał na minimum 18 lat.
-Jake.. - podał mi rękę. Uścisnęłam ją bez namysłu, znów za mocno, ale po chłopaku nie było widać czy go zabolało.
-Jake.. A jakie nazwisko?
-Po prostu Jake.. Nie mam takiego szczęścia jak ty.. - uśmiech znikł z jego twarzy.
-No tak.. Bardzo jestem szczęśliwa żyjąc sobie w mieście-więzieniu z żywymi praktycznie-trupami. Podoba mi się zabijanie ich. Och.. Ten zapach krwi.. - zrobiłam rozmarzoną minę, ale dostrzegłam przerażone spojrzenie Jake'a. - Tak w ogóle to jestem Luza Scarlet. - popatrzyłam na przerażonego chłopaka. Gapił się na mnie jakbym była co najmniej kosmitą. - Spoko, przecież nie gryzę.. - zaśmiałam się. Napięcie znikło z jego twarzy. - Ja tylko zabijam...
Chłopak cofnął się razem z krzesłem. W tym momencie do pokoju wszedł mój ojciec.
-Witaj, Luzo.. - przywitał się.
-Bry, szefie - uśmiechnęłam się promiennie, jak wtedy, na ulicy. Tak jak wcześniej, ojciec osłupiał.
-Jak się czujesz? - spytał po chwili niezręcznej ciszy.
-W miarę - odpowiedziałam zdawkowo. - Co z Natay'em? Podobno się obudził.. Przynajmniej tak powiedział Jake.
Na dźwięk swojego imienia chłopak podniósł głowę. Ojciec zgromił go wzrokiem.
-Tak, to prawda. Nie śpię.. - ziewnął Natay stając przy moim łóżku. Zawiesiłam się. Z debilnym uśmieszkiem i szeroko otwartymi oczami przyglądałam się ranom, które mu zadałam. - Dwie kule w prawy bok, a rozcięcie w poprzek prawego bicepsa.. - powiedział Natay. Poczułam, że moje oczy zrobiły się wilgotne.
-Przepraszam, przepraszam, przepraszam.. - mamrotałam wycierając sobie oczy wierzchem dłoni. Wszyscy jakby nie zrozumieli, że nie chcę ich tu teraz, znieruchomieli.
-Lu - Luza.. Ty.. Ty płaczesz? - szepnął nie dowierzając Natay.
-Nie.. - burknęłam chowając twarz za poduszką.
-Możemy pogadać? - spytał chłopak. Nie widziałam niczego, ale usłyszałam oddalające się kroki. - Chcemy być sami..
Ktoś, pewnie Jack, podniósł się z krzesła i pogłaskał mnie po głowie. Kiedy i on wyszedł, nadal siedziałam ukryta za poduszką.
-Ej.. Co się stało? - spytał Natay. - Niepierwszy raz mnie poraniłaś.. - zaśmiał się.
-No bo.. Ty wtedy chciałeś mnie.. Atakowałeś mnie.. Musiałam się bronić.. Przepraszam.. - tłumaczyłam. Poduszka tłumiła drżenie mojego głosu. Natay westchnął.
-To ja powinienem przeprosić. Nie wiem czemu wyłączyłem świadomość w takiej chwili.. - mruknął. Wściekła oderwałam poduszkę od twarzy i rzuciłam ją w kąt. Wstałam, ignorując ból rwący moje wnętrzności. - Ej.. Spokojnie. Nie wstawaj! Tobie nie wolno! - Natay stanął w drzwiach z szeroko rozłożonymi ramionami. Odepchnęłam go i wyszłam pewnym krokiem na korytarz. Zacisnęłam pięści i weszłam do windy. Wcisnęłam guzik i z założonymi rękami patrzyłam jak z sali wybiega Natay. Stałam niewzruszona patrząc jak potyka się o własne nogi i pada na twarz tuż przed prawie zamkniętymi drzwiami. Pokazałam mu język tuż przed zamknięciem się drzwi. Poczułam szarpnięcie w górę. Chwilę potem drzwi się otworzyły. Wyszłam na korytarz gdzie dogonił mnie Natay.
-Co się stało, mała? - spytał. Wściekła podniosłam wzrok.
-Nic.. Muszę się przewietrzyć.. - burknęłam, wychodząc przed szpital. Mimowolnie zachłysnęłam się powietrzem z zaskoczenia. - Ale się pozmieniało..
-Ta.. Może jest ładniej, ale i niebezpieczniej - odparł Natay. Jakiś dziadek podniósł na nas wzrok.
-A wy jacyś nie przytomni, że dopiero zauważyliście? - spytał ostro dziadyga. Zaszczyciłam go kpiarskim spojrzeniem.
-Proszę pana. Jak się mieszka 5 lat za murami walcząc każdego dnia o życie to tu jest bezpiecznie jak na placu zabaw w 2000 roku. Ogarniasz pan? - staruszek wytrzeszczył oczy.
-To wy.. - szepnął odsuwając się. - To wy jesteście ci z Numeru 1?
-Oho.. Staliśmy się sławni.. - mruknęłam. Dziadzio się opanował.
-Nie.. To nie możecie być wy.. Jesteście 100 lat za młodzi, żeby tam być. Tam siedzą tylko najgorsi przestępcy.. - zaczął tłumaczyć sobie z pozoru spokojnie starszy pan.
-Jak chce się pan przekonać, że mówimy prawdę, to zapraszam do nas do domu.. Oczywiście jak wyjdziemy ze szpitala.. O ile wyjdziemy.. - powiedziałam widząc, że przed schody zajechał mini bus z przyciemnionymi szybami. - Natay.. Czy to to o czym myślę?
-Tak. - mruknął ciągnąc mnie przez drzwi do środka. - Trzeba odzyskać naszą broń.
Nadal ignorując ból pod klatką piersiową pognałam na pełnym gazie schodami na górę. Natay wskazał mi drzwi. Otworzyłam je gwałtownie.
-Szefie.. Potrzebujemy naszej broni.. - powiedziałam łapiąc się za bolący brzuch.
-Naładowanej.. - dorzucił Natay. - Znając życie zaraz może się tu zrobić gorąco.
Przerażony ojciec podał nam nasze pistolety i magazynki oraz nóż Can. Skinęłam głową w podziękowaniu i wybiegłam na korytarz. Wpadłam do pierwszej lepszej sali i wrzasnęłam:
-Ma ktoś gumkę do włosów?
Wszyscy drgnęli na dźwięk mojego donośnego głosu. Jakaś pani zaczęła piszczeć na widok moich Berett, ale to zignorowałam. Dziewczynka, na oko dwunastolatka, podbiegła do mnie i wyciągnęłam rękę.
-Masz.. Potrzymaj - powiedziałam wymieniając się z dzieckiem rzeczami. -Ale tylko chwilę.
Dziewczynce rozbłysły oczy. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Zrobiłam kucyka i odebrałam jej moje zabaweczki. Małej zrzedła mina.
-Może kiedyś cię nauczę strzelać, ale na razie patrz przez tamto okno - powiedziałam wybiegając z sali. Kątem oka zobaczyłam ludzi rzucających się do szyb. -Mogliby teraz puścić "This is war", nie sądzisz? - zaśmiałam się pędząc ku drzwiom z Natay'em u boku, ale ten tylko się roześmiał. Zatrzymaliśmy się na parterze, przy wyjściu i przywarliśmy do ściany. Nakazałam pielęgniarkom siedzieć cicho pod blatem, ale i tak słychać było ich spazmatyczne oddechy i ciche łkanie najsłabszej psychicznie.
-No to teraz nie trzeba będzie nigdzie zabierać tego dziadygi - mruknął Natay. Tym razem to ja się zaśmiałam. Wyjrzałam zza rogu. Nasz znajomy dziadzio był wypytywany przez dwie osoby, mężczyznę i kobietę.
-Tak. Jest tu taka jedna smarkula, która twierdzi, że stamtąd przyjechała.. - usłyszałam zrzędzenie. Zachichotałam i schowałam broń za opaśnicę piżamy szpitalnej i zakryłam ją obszerną koszulą.
-Co ty najlepszego wyprawiasz? - syknął zirytowany Natay, ale zrobił dokładnie to samo co ja.
-Chcę się zabawić.. - mruknęłam wychodząc przez szklane drzwi. Podeszłam do dziadka od tyłu i spytałam słodkim głosikiem: - Ma pan może pożyczyć zapalniczkę? - wyciągnęłam papierosa z wcześniej uprowadzonej paczki.
-Tak, masz.. - podał nawet się nie oglądając. Koleś z blizną w poprzek twarzy otworzył szeroko oczy no co ja wyszczerzyłam zęby i zapaliłam trzymanego w ustach papierosa.
-Dał pan zapalić nieletniej, wie pan? - odezwała się kobieta z bliznami na nadgarstkach. Staruszek gwałtownie odwrócił się w naszą stronę, a ja włożyłam zapalniczkę w kieszeń jego koszuli.
- Niezłe wyczucie czasu - uśmiechnęłam się szerzej wydmuchując dym i podając papierosa Natay'owi. Starszy pan zaczął wrzeszczeć.
-To oni! To oni twierdzili, że są z Numeru 1! Małe bachory chcą być.. Jak to się teraz mówi? Chcą być macho..
Uśmiechnęłam się z politowaniem.
-Bo to my...
-Niemożliwe.. - szepnęła kobieta. Mężczyzna wyjął z kieszeni trzy zdjęcia i wytrzeszczył oczy. Podał dwa z nich kobiecie, której reakcja była taka sama.
-A jednak.. - zaśmiałam się przyjmując papierosa z powrotem. - Już ci go nie oddam.. - szepnęłam. Natay domyślił się o co mi chodzi. Pokiwał głową na znak, że wie co chcę zrobić. Kobieta sięgnęła do kabury, ale jej partner był szybszy. Odepchnęłam Nataya, a sama wywaliłam się na ziemię. Dziadek patrzył na mnie z wyższością.
-Wiedziałem, że to nie wy.. - zaczął, ale przerwałam mu.
-Stul pysk staruchu! - wrzasnęłam wyciągając zza opaśnicy moje kochane M92-jki. Natay właśnie pomagał mi wstać. Jedną ręką uczepiłam się jego w miarę zdrowego ramienia, a drugą posyłałam strzały. Kobieta dostała w ramię i zawyła z bólu.
-Mięczak! - wrzasnęłam z uśmiechem. Najwyraźniej kobieta nie umiała strzelać lewą ręką, bo zatoczyła się za busa, gdzie była względnie bezpieczna.
-Natay. Unieruchom go jakoś.. - szepnęłam chłopakowi na ucho kiedy wreszcie stanęłam na nogach. Rzucił się do przodu wyciągając nóż w biegu i nadciął nadgarstek faceta z blizną na twarzy. Facet wypuścił broń i przycisnął rękę do rany sycząc z bólu.
-U niego jest wyższy próg odczuwania bólu - powiedziałam z uznaniem. - Idź po tą babę.. - powiedziałam do Nataya mierząc w środek czoła mężczyzny. Chwilę potem wprowadziliśmy naszych wrogów do środka. Przechyliłam się nad blatem recepcji tak, żeby widzieć przerażone pielęgniarki.
-Mamy dwóch rannych.. Czy mogłybyście się nimi zająć? - spytałam grzecznie, na co one odpowiedziały histerycznymi kiwnięciami głów. Jedna z trzech pobiegła po lekarza, bo "tą panią to trzeba operować".
-Dobra.. Musi nam wystarczyć facet.. - westchnął Natay kiedy kobieta wjechała na salę operacyjną. Ja w tym czasie wisiałam nad pielęgniarką, która opatrywała faceta dźgniętego przez Nataya. Podziwiałam z jaką precyzją wykonuje wszystkie ruchy mimo przerażenia trzęsącego jej rękami.
-Przypilnuj go.. Ja idę się przebrać - powiedziałam do Nataya wychodząc z sali. Na korytarzu stał mój kumpel, pan starszy, zażywający środki na uspokojenie.
-Yo.. - powiedziałam do niego z groźnym spojrzeniem. Na dźwięk mojego głosu ręce zatrzęsły mu się jeszcze bardziej. Zaśmiałam się i poklepałam dziadka po łysinie. - Ja nic panu nie zrobię. Chyba, że wkurwi mnie pan swoją paplaniną.
Wparowałam do pokoju gdzie wcześniej zastałam ojca. Tak jak podejrzewałam, siedział skulony na krześle.
-Prze szefa... - powiedziałam pukając w otwarte drzwi. Szybko wstał i idealnie zamaskował strach. - Gdzie są moje ciuchy?
Otworzył szufladę, wyjął z niej ubrania i położył je bez słowa na stole. Nagle poczułam, że szpitalne wdzianko jest bardzo niewygodne, więc wzięłam swoje rzeczy i pobiegłam do kibla się przebrać.
niedziela, 7 lipca 2013
Rozdział 1, czyli środek historii, która dopiero sie zaczęła
-Luza! Obudź się! - krzyknął mi do ucha Natay.
-Wypad z pokoju! - wrzasnęłam zrywając się z łóżka i waląc chłopaka z pieści w policzek.. Po kilku sekundach Natay doszedł do siebie i zamierzył się na mnie kawałkiem pręta.
-Uważaj mała! Nie bije się starszych! - pogroził mi palcem pusząc się.
-Taa.. Szczególnie tych o 2 miesiące.. -prychnęłam wciskając się w jeansowe, bardzo krótkie spodenki. Natay skończył tydzień temu 16 lat. Mieszkamy razem odkąd przyjechałam tu 5 lat temu. Opiekował się mną póki się nie dostosowałam.Dziewczyno.. - jęknął chłopak. - Włożyłabyś coś pod koszulkę, co?
-Nie.. - powiedziałam nachylając si do siedzącego aktualnie chłopaka. Natay poczerwieniał. próbował nie patrzeć w stronę mojego dekoltu, ale coś mu nie wychodziło. Nagle ktoś załomotał w drzwi. Wyciągnęłam pistolet spod poduszki i ruszyłam cicho ku wyjściu. Wyjrzałam przez niedużą dziurę w drzwiach. Naprzeciwko stała Can (mój skrót od Black Candy).
-Dziewczyno! Nie strasz mnie tak, okej? - uśmiechnęłam się otwierając drzwi i wciskając pistolet za opaśnicę spodenek.
-Hejka Lu.. - uśmiechnęła się szerzej.
-Prosiłam, żebyś mnie tak nie nazywała.. - westchnęłam.
-Znowu z nim spałaś? - spytała wskazując Nataya siedzącego na moim łóżku.
-Nie. Tym razem to była bójka - powiedziałam uśmiechając się. - Co tam się wczoraj działo? - spytałam z poważną miną. Westchnęła ciężko.
-Znów wypowiedzieli nam wojnę. Luza, ja wytrzymam, ale ty już za długo w tym siedzisz.. - powiedziała śmiertelnie poważnie Can.
-Dam radę.. Cóż.. Czyli od wczoraj zostało nas tylko piętnastu? - spytałam smutno. Dziewczyna pokiwała głową coś mrucząc, ale zaraz się uśmiechnęła.
-Nieźle namieszałaś. Pomyśleć, że jako niespełna trzynastoletnia dziewczynka miałaś już swój gang
- pokręciła głową wzdychając, jak matka.
-To były czasy.. - wtrącił Natay obejmując mnie nagle od tyłu i opierając brodę na mojej głowie.
-Taa - westchnęłam. Nagle na ulicy zawrzało. Usłyszałam strzały. Jakiś kamień rozbił szybę naszego mieszkania. - Zostańcie tu! - krzyknęłam do Can i Nataya, chwytając karabin stojący w kącie i wybiegłam na schody.. Natay złapał mnie za ramię.
-Myślisz, że cię posłuchamy po tych wszystkich latach? - uśmiechnął się, a zza niego wychyliła się Can wymachując pistoletem... Moim... Spojrzałam w dół.
-O ty suko! - zaśmiałam się. - Zabrałaś mi go!
-Dobra - machnęła ręką. - Idziemy.
Wybiegliśmy z bloku i schowaliśmy w sklepie obok. Na ulicy właśnie byli BH. Wychyliłam karabin przez wybite okno i strzeliłam. Przywódca padł od pocisku wycelowanego w skroń.
-Brawo Luza - szepnął Natay. - Teraz możemy ich wybić.
-Nie. Zauważyli nas - powiedziałam podnosząc się z ziemi. Pobiegłam w stronę schodów, a za mną podążyli Can i Natay. Wbiegliśmy na trzecie piętro. BH deptali nam po piętach. Odwróciłam się gwałtownie i posłałam w ich stronę serię z karabinu.
-Biegnijcie na górę! - wrzasnęłam próbując przekrzyczeć odgłosy strzałów.
-Przeżyj - szepnął mi do ucha Natay, tak jak za każdym razem szeptał. Kiwnęłam głową. Gdy zobaczyłam, że oboje są bezpieczni na górze, zaczęłam się wycofywać, by w połowie schodów odwrócić się na pięcie i wbiec na ostatnie piętro. Znaleźliśmy się na dachu.
-I co teraz? - spytała Can. Spojrzałam w dół. Oceniłam odległość od ziemi.
-To około 25 metrów.. - mruknęłam przebiegając do następnej krawędzi. Po tej stronie był ciąg bloków i porozwalanych metalowych części mostu. Obróciłam się do Can.
-To są spodnie, tak? - upewniłam się wskazując na spodniopodobnie coś.
-No tak, a co? - spytała. Skoczyłam na najbliższy dach.
-Wasza kolej! - zawołałam. Natay skoczył.
-Dawaj Can! - ponaglił dziewczynę. Sami już skakaliśmy na ulicę. Nawiasem mówiąc Can nieźle sobie radzi, a jest z nami dopiero rok.
-Gdzie biegniesz? - wrzasnęła Can widząc, że skręcam w jakąś uliczkę.
-Nie marnuj powietrza na wrzeszczenie! - krzyknął Natay. On sobie może, bo wie jak nie marnować przy tym energii, tak jak ja, ale Can jeszcze tego nie opanowała.
Biegnąc szukałam odpowiednich drzwi. Nagle je zauważyłam. Okręciłam się o 90 stopni i wyważyłam drzwi jednym kopnięciem.
-Takie tam wjeżdżanie z glana! - zawołałam ze śmiechem.
-Luza! - uśmiechnął się Barney. - Co bierzesz dziś?
-Dwa karabiny wyborowe i dwa Stechkiny, a dla mnie dwie Beretty M92 Custom. Do tego kilkanaście magazynków i w ogóle. Wiesz o co chodzi - zaśmiałam się. Kilkanaście sekund po mnie do sklepu wpadli Natay i Can. Rzuciłam im naładowane karabiny i pistolety, a sama wsadziłam moje spluwy do kabur.
-Lepiej, żebym się o was nie martwiła, jasne? - patrząc na przyjaciół spode łba warknęłam cicho.
-Nic nam nie będzie.Właśnie przełączyłem się na maszynkę do zabijania.. - źrenice Nataya niebezpiecznie się powiększyły.
-Can! Spadamy! On sobie poradzi! - wrzasnęłam przerażona. Wybiegłam na ulicę bronią mierząc w obie strony.
Nie chcę jeszcze raz tego oglądać.. Czemu on?! myślałam strzelając do kolejnych członków gangu. Coraz więcej ich było, ale do naszych też doszły słuchy o strzelaninie.
-Gdzie Natay? - zawołał ktoś z tłumu.
-Tryb Z! - wrzasnęłam. Nagle tłum znieruchomiał. Zorientowałam się, że wszyscy patrzą na mnie. Było aż boleśnie cicho.
-Zwiewamy! Chować się! Szybkooo! - wrzasnął ktoś z tłumu i nagle nikogo na ulicy nie było. Zostałam ja, Can i moja drużyna składająca się z około 10 osób. Po drugiej stronie ulicy stał...
-Tata... - szepnęłam. Więc to nie przez Nataya wszyscy uciekli. To przez mojego ojca..
-Luza Scarlet - powiedział sztywno lecz dobitnie. - Mam robotę dla ciebie i twojego... gangu.
Ostatnie słowo praktycznie wypluł. Coś ukłuło mnie w sercu. Ten GANG, jak on to nazwał, to jest teraz moja rodzina. Po kilku minutach zorientowałam się, że mój ojciec patrzy na mnie z zaciekawieniem.
-Czego się tak gapisz? - warknęłam podchodząc bliżej. Zaraz pomiędzy mną a nim wyrosło dwóch gorylopodobnych ludzi. Drgnął jakbym wyrwała go z zamyślenia.
-Przypominasz mi kogoś... - mruknął zmieszany. Wstrzymałam oddech. Nie pamięta mnie. Wezbrał we mnie gniew. Zrobiło mi się gorąco, poczułam, że zaraz mnie coś rozerwie od środka.
-Jaka to robota? - spytałam próbując opanować gniewne dranie głosu.
-Macie chronić przewożony towar na statku - powiedział dyplomatycznym tonem. - Dostaniecie broń, kabiny i wyżywienie. Wynagrodzenie wynosi 20 000 dolarów na głowę.- na wzmiankę o pieniądzach rozbłysły mi oczy. - Oczywiście jeśli ktoś będzie chciał ukraść towar albo będzie wam zagrażał, to możecie z nim zrobić co chcecie. Posprzątamy związany z tym bałagan. Zabić też możecie. Z tym problemu chyba nie będziecie mieli - dodał szybko rozglądając się wokoło. Spojrzał na mnie przestraszony.
-Wiem o czym szef myśli - uśmiechnęłam się łobuzersko ukazując zęby. - My nie zabijemy kogoś kto nas prosi o przysługę. Nie tkniemy pana nawet palcem.
Świdrowałam go wzrokiem z nadzieją, że rozpozna. W końcu poddałam się i westchnęłam.
-Kiedy zaczynamy? - spytała Can. Przerwałam jej gestem ręki.
-Czekaj. Nataya nie ma. Musimy go znaleźć - spojrzałam na ojca. - Spotkamy się tu jutro, dobra? Nie mogę pracować bez niego.
-Jasne, nie ma sprawy.. - wyciągnął rękę, a ja ją uścisnęłam. Chyba trochę za mocno, bo przez twarz mojego ojca przeszedł cień bólu. Nagle zza zakrętu wyjechał samochód, a z niego przez okno wychylał się mężczyzna i posyłał strzały w kierunku, z którego przyjechał.
-Brig! Przestań w tej chwili! - wrzasnął mój ojciec, obracając się o 180 stopni. Aż się wzdrygnęłam słysząc ten głos. Tak dawno go nie słyszałam...
-Szefie! On nie może przestać! Jakiś chłopak zabił jednego z naszych! To demon jakiś! Strzela na oślep i cały czas się szczerzy! - z tego opisu sytuacji wywnioskowałam, że powinnam powstrzymać Nataya, bo to właśnie o nim była mowa. Rzuciłam się w kierunku samochodu, po czym ręką nakazałam, żeby ochroniarze mojego ojca przestali strzelać.
-Pojebało cię dziecko?! - wrzasnął jeden z goryli. - Ona nas wszystkich pozabija!
Uśmiechnęłam się milutko i podeszłam do samochodu. Facet patrzył na mnie jak na idiotkę, ale to uczucie ustąpiło miejsca zdziwieniu, a potem przerażeniu. Celowałam swoim karabinem w jego czoło. Lufa praktycznie dotykała jego zimnej, błyszczącej się od potu skóry.
-Poprosiłam, żebyście przestali strzelać.. - powiedziałam. za sobą usłyszałam jak mój ojciec zapowietrza się z przerażenia.
Sorry ojczulku, taka jest właśnie rzeczywistość w Numerze I.
Zaraz potem kilka par nóg ruszyło do przodu. Chwilę później moja drużyna miała na muszce wszystkich ochroniarzy. Nikt nie strzelał, nikt się nie ruszał. Praktycznie dało się wyczuć rosnące napięcie.
-Grzeczni chłopcy - mruknęłam patrząc z wyższością na kierowcę, który zazgrzytał zębami. Powoli odwróciłam głowę i kiwnęłam na Can. - Przypilnuj tego tu - wskazałam dupka, który na mnie wrzeszczał. - Ja idę do Nataya.
-Pójdę z tobą.. - zaoferowała dziewczyna.
-Nie Can.. Nie możesz.. - przerwałam podając Can karabin i wyjmując swoje spluwy. - Proszę.. Nie chcę, żebyś widziała go w tym stanie..
Nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć puściłam się biegiem w stronę, z której wyjechał wcześniej samochód. Nagle zauważyłam mozolnie poruszający się cień za rogiem. Przylgnęłam do ściany z pistoletami przed twarzą, targana wątpliwościami.
Co się stanie? Ostatnim razem oboje oberwaliśmy.. A co jeśli się mylę? Co jeśli to nie o Natayu mówili ci kolesie? Jeśli tak, to gdzie jest Natay? Proszę.. Jeśli naprawdę ktoś tam nade mną czuwa, to niech to będzie Natay...
Wciąż moje myśli gnały przez umysł. Tak jak to miałam w zwyczaju, dla uspokojenia się, pocałowałam obie lufy i wyskoczyłam na spotkanie z przeznaczeniem.
piątek, 5 lipca 2013
Prolog czyli... Kim jestem?
Zastanawialiście się kiedyś co by było, gdyby zabrali was do miasta otoczonego murami, które zamiast nazwy ma numer? Ja zastanawiałam się się nieraz... Dzięki temu teraz mogę przeżyć..
Pochodzę z bogatej rodziny.. Mój ojciec jest kimś ważnym w rządzie, ale bez zastrzeżeń wysłał mnie do tego miasta, gdzie morderstwa są codziennością. Dla mnie stało się jasne, że dam radę tu przetrwać.. Nie na darmo przeszłam trening trwający pół roku.. Odbyłam go w wieku 11 lat. Formę trzymam do dziś. Kiedyś nazywałam się Lucy. Potem byłam Scarlet.. Moje przezwisko wzięło się od wściekle czerwonych włosów. Przezwisko, które stało się nazwiskiem.. Nadałam sobie też nowe imię.. Luza.. Nazywam się Luza Scarlet.. Przetrwałam w tym mieście już 5 lat.. Znalazłam się tu, bo...
***
Prolog "Kill them all", książki o krwi, krwi, przemocy, krwi, mordobiciu, krwi, miłości, krwi, tajemnicy, krwi, zdradzie... Oh! O krwi bym zapomniała! xD No dobra.. Przesadzam.. Ale książkę pozostawiam waszej ocenie ;D
Pochodzę z bogatej rodziny.. Mój ojciec jest kimś ważnym w rządzie, ale bez zastrzeżeń wysłał mnie do tego miasta, gdzie morderstwa są codziennością. Dla mnie stało się jasne, że dam radę tu przetrwać.. Nie na darmo przeszłam trening trwający pół roku.. Odbyłam go w wieku 11 lat. Formę trzymam do dziś. Kiedyś nazywałam się Lucy. Potem byłam Scarlet.. Moje przezwisko wzięło się od wściekle czerwonych włosów. Przezwisko, które stało się nazwiskiem.. Nadałam sobie też nowe imię.. Luza.. Nazywam się Luza Scarlet.. Przetrwałam w tym mieście już 5 lat.. Znalazłam się tu, bo...
***
Prolog "Kill them all", książki o krwi, krwi, przemocy, krwi, mordobiciu, krwi, miłości, krwi, tajemnicy, krwi, zdradzie... Oh! O krwi bym zapomniała! xD No dobra.. Przesadzam.. Ale książkę pozostawiam waszej ocenie ;D
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)