sobota, 28 czerwca 2014

Rozdział 8 : Co było potem, zanim przyszło teraz

ostatni rozdział był fajny.
ten też będzie ;3

***

  -Przepraszam - szepnęłam miłym głosem. Pan, do którego się zwróciłam, odwrócił się gwałtownie w moją stronę, po czym zamarł w miejscu patrząc to na mnie, to na karabin, który niezdarnie trzymałam w ręku. -Przepraszam, że przeszkadzam, ale mógłby mnie pan zaprowadzić do tego miejsca? - spytałam miło, wskazując czerwony X na mapie, którą rozłożyłam na ziemi. Starszy pan kucnął obok mnie, po czym kazał mi iść za sobą. Poczekał aż schowam mapkę do kieszeni i po chwili ruszyliśmy. Idąc usłyszałam jak mężczyzna mówi do siebie, że zapewne dostałam się tu przez nieszczęśliwy wypadek. Prychnęłam rozbawiona, ale ukryłam to pod zmęczonym kaszlem. Starszy pan szedł przodem, ja - zaraz za nim. Poprawił plecak zwisający z jego ramienia, a wtedy w moim mózgu coś zaskoczyło.

Obliczyłam.
Wyliczyłam.
Wymierzyłam.
Wystrzeliłam.

  Odsunęłam od twarzy karabin. Staruszek opadł na ziemię, nie zdając sobie nawet sprawy ze swojej szybkiej śmierci. Kula przeszyła skórę, kość potyliczną, płat potyliczny, spoidło wielkie, płat czołowy, kość czołową, by na samym końcu wyrwać dziurę dokładnie na środku jego czoła. 
  Uklękłam koło górnej części ciała starszego pana i odłożyłam na bok karabin. Przyłożyłam delikatnie palce do szyi mężczyzny. Puls był już praktycznie niewyczuwalny, więc podniosłam jego ramię i zdjęłam z niego plecak. Otworzyłam go i wysypałam jego zawartość. Jedna strzykawka, kilka opakowań leków, notes i reklamówka z jedzeniem. Głodna jak wilk wgryzłam się w trochę przytwardą bułkę i zapiłam ją świeżym mlekiem. Przeżuwając powoli, spakowałam do plecaka zabezpieczony karabin, notes i leki. Strzykawkę rozwaliłam podeszwą buta i zarzuciłam plecak na plecy. Ruszyłam przed siebie, szukając kolejnego pana.
W końcu go zauważyłam. Wysoki, czarnowłosy, barczysty, w porwanych jeansach i szarej koszulce, w której było więcej dziur niż materiału. Zaśmiał się nagle, odrzucając do tyłu włosy sięgające mu do ramion. W dwóch palcach trzymał niedopalonego papierosa. Stanęłam zaraz za mężczyzną i zaczekałam na dobry moment na zaczepienie go. 
  -Ej, Barney. Jakiś dzieciak za tobą stoi - powiedział niski, gruby rozmówca mężczyzny, który zerknął za siebie. Uśmiechnęłam się, wyobrażając sobie jak wbijam mu nożyczki w jego ciemne oczy, które teraz rozszerzyły się ze zdziwienia. Powiedział swojemu koledze, żeby poszedł po 'naszych', po czym kucnął przede mną. 
  -Cześć, mała. Co tu robisz? - spytał miło.
  -Chciałam poprosić, żeby mi pan powiedział gdzie jest to miejsce - powiedziałam, rozprostowując mapkę na ziemi i wskazując zamazany na szybko X. Mężczyzna podrapał się po głowie, po czym wstał i wyciągnął do mnie rękę. Wepchnęłam kartkę do kieszeni i wytarłam niezdarnie dłonie o kombinezon. Lewą ręką złapałam jej większą i bardziej szorstką odpowiedniczkę. Ruszyliśmy powolnym krokiem przed siebie. Raz skręciliśmy w prawo, raz w lewo i przeszliśmy na koniec ślepego zaułka. Mężczyzna zwany Barney'em otworzył drzwi. Uderzył we mnie za głośny gwar, jakieś krzyki, trzask tłuczonego szkła i pojedynczy wystrzał. Barney wziął głęboki oddech.
  -CISZA! - wrzasnął głębokim głosem. Wszystko ucichło, zamarło i praktycznie zawisło pod zimnym wzrokiem Barney'a, którym otaksował wszystkich siedzących w środku. Poczułam jego rękę na swoich plecach. Już chciałam sięgnąć do swojego plecaka, ale mężczyzna tylko popchnął mnie lekko do przodu. - Gdzie szef? - spytał głośno. Ludzie rozstąpili się, robiąc przejście dla niskiego, grubego mężczyzny o kobiecych rysach. Łysa czaszka połyskiwała w słońcu. Łysek podszedł do nas i przyjrzał mi się dokładnie.
  -Kto to? - warknął , patrząc ukosem na Barney'a. Mężczyzna opowiedział swojemu szefowi to, co ja opowiedziałam jemu.
  -Tyle wiem, Kirk. Albo ta mała naprawdę to zrobiła, albo była świadkiem rzezi i ześwirowała - Barney niepewnie przyglądał się szefowi, który złapał mnie za brodę i obracał moją twarz w każdą stronę. Popatrzyłam na Barney'a, ale on stał spokojnie, więc się nie wyrwałam, choć mogłam zrobić to w każdej chwili. Kirk zamyślił się na moment.
  -Dobra - powiedział, biorąc się pod boki i uśmiechając się szeroko. - Wezmę ją. Kocia się ucieszy.
  Barney zamarł, a szybki rzut okiem na jego twarz utwierdził mnie w przekonaniu, że nienawidzi swojego szefa. Kirk objął mnie ramieniem i poprowadził przez pomieszczenie, z którego przeszliśmy do małego pokoju. Łysek zamknął drzwi na prowizoryczny zamek i zwrócił się do mnie z obleśnym uśmiechem.
  Rozbieraj się. Muszę ocenić czy się nadajesz - mruknął, a jego oczy zmieniły się drastycznie. W ciekawskich do tej pory tęczówkach, ujrzałam szaleństwo i podniecenie. Jeszcze chwila, a nogi zaczęłyby pode mną drżeć. Wspomnienia sprzed pół roku zaczęły leniwie ożywać, jednak w porę się opanowałam. Zsunęłam powoli plecak z ramion. Postawiłam go przed sobą i zaczęłam szybko myśleć. Oceniłam sytuację. Rozłożyłabym go gołymi rękoma, ale on ma za plecami cały gang mocno napakowanych kolesi, w tym tego, który mnie tu przyprowadził. Zaatakowaliby mnie, gdybym wyszła z krwią na ciuchach, a ze mną nie byłoby ich szefa. Pomyślałam jeszcze chwilę, po czym westchnęłam zrezygnowana. Czas zrobić swoje. Wsadziłam rękę do tylnej kieszeni kombinezonu i palcami wymacałam scyzoryk na sprężynkę, który ukradłam od pierwszego zabitego tu człowieka. Rozłożyłam nożyk za plecami i już miałam nim rzucić w szyję szefuńcia, gdy usłyszałam zduszone wołanie zza drzwi. Ktoś wołał Barney'a. Wzruszyłam ramionami, ale tym razem nie zdążyłam nawet ruszyć ręką. Drzwi wyleciały z zawiasów, a w ich miejscu pojawił się Barney.
  -Mówiłem ci, że się nią zaopiekuję, więc wypierdalaj stąd! - wrzasnął szef, a jego brzuch podskoczył wściekle. Czarnowłosy mężczyzna stanął między nami, a jego plecy całkowicie mnie zasłoniły. Miałam czyste pole. Pomyślałam przez kilka sekund i podjęłam natychmiastową decyzję.

  -Ja doskonale wiem, co ty jej chciałeś zrobić...
  Rozpięłam plecak.
  -Może i zostałem tu zamknięty za wielokrotne morderstwo...
Wyjęłam karabin.
  -Ale nigdy nie pozwolę, żebyś zrobił świństwo tak małemu dziecku!
Odbezpieczyłam go...
  -Już dawno chciałem cię sprzątnąć, ale nie miałem okazji!
i uniosłam do góry.
  -Jesteś tylko starym, obleśnym pedofilem, jebany grzybie!
Wymierzyłam prosto w głowę.
  -Tym razem nie pozwolę ci dalej żyć. Zginiesz za wszystkie twoje ofiary!
Położyłam palec na spuście...
  -Dziś zginiesz, rozumiesz?!
 i zdecydowanie go nacisnęłam.
  
  Kula przeleciała pod podniesionym ramieniem Barneya i utknęła w czaszce Kirka. Huk wystrzału sprowadził kilku ciekawskich ludzi. Co zobaczyli po wyjrzeniu zza rogu?
  Leżącego pod ścianą, martwego Kirka.
  Zamarłego w pół kroku Barneya z pięścią gotową do uderzenia.
  Małą dziewczynkę, klęczącą przed rozpiętym plecakiem.
  A w ręku trzyma karabin wycelowany w szefa.
  Uśmiecha się, nie mogąc dostrzec światła życia w oczach mężczyzny.

  Pierwszym komentarzem zgromadzonych było jedno, chóralne "ja jebie". Potem wszystko potoczyło się z górki. Barney został nowym szefem i przyjął mnie do gangu, obwieszczając, że od tej pory jestem jego córką. Kocia chciała mnie wziąć do siebie i 'wyszkolić' na swoją prawowitą następczynię, ale mój nowy ojciec jej na to nie pozwolił. Dopiero kilka dni później dowiedziałam się, że właśnie ta kobieta jest prostytutką i właścicielką tutejszych trzech burdeli.
  -Słuchaj mała - powiedział Barney pod koniec mojego czwartego tygodnia pobytu w Nr.1, po czym postawił przede mną moją kolację. - W naszym gangu jest chłopiec w mniej więcej twoim wieku. Jutro powinien tu być. Nie wie, że do nas dołączyłaś, więc bądź ostrożna.
  -Czemu? - spytałam z pełnymi ustami. Barney niespodziewanie dobrze gotował, za co dostał u mnie dodatkowe punkty jako ojciec. Westchnął głęboko.
  -On.. Jakby to powiedzieć.. Nie jest do końca normalny. On urodził się tutaj, w Nr.1, między murami tego miasta. Od małego jest wychowywany na zabójcę, więc jest trochę cholernie niebezpieczny, o to mi chodziło - zaśmiał się głośno. Po następnej godzinie spędzonej na rozmowie o tutejszym życiu, poszliśmy spać do oddzielnych pokoi.
  Coś wtargnęło do mieszkania Barney'a. Czułam to. Czułam, że ktoś albo coś wlazło do mojego pokoju przez okno i teraz patrzy na mnie, stojąc gdzieś w tym pomieszczeniu. Udawałam, że nadal śpię, jak to robiłam, kiedy Matthias przychodził do mnie w środku nocy. Oddychałam miarowo, nie warząc się nawet ruszyć. Jak ja się cieszyłam, że pamiętałam o tym co mówił Barney. Nie wszyscy ludzie śpią w nocy, więc zawsze muszę mieć przy sobie broń. Przynajmniej póki nie urosnę. Zacisnęłam dłoń w pięść. Jakimś cudem nóż nie wypadł z moich rąk kiedy spałam. Może jednak nie jestem taka pechowa jak mówią?
  -Nie ruszaj się - warknął ktoś. Oh, więc to człowiek. Wnioskując po głosie, był to chłopak. Przynajmniej tyle wiem. Westchnęłam ciężko w myślach. Przez chwilę było zupełnie cicho. Czułam, że intruz powoli zbliża się do mojego materaca. Skoczył. Obróciłam się na plecy, wyciągając przed siebie nóż, wymierzony z przerażającą precyzją. Nasze ciała zatrzymały się w tym samym momencie. Mierzył do mnie z dość małej broni palnej, którą przystawił mi do czoła. W świetle księżyca błyszczało ostrze przystawione do szyi chłopaka. -Kim jesteś? - warknął, przyciskając wylot lufy do środka mojego czoła. Myśl, myśl, szybko. Skoro chłopak tak się zachowuje, to musi znać kogoś kto tu mieszka albo lubi znać imię swojej ofiary. Bardziej stawiałam jednak na to, że zna Barney'a. Mam! To jest myśl!
  -Spytaj Barney'a - powiedziałam, zachowując pozorny spokój. Na dźwięk tego imienia, chłopak spojrzał mi w oczy. Jego spojrzenie było czujne i zaciekawione.
  -Pierwszy raz widzę tu kogoś tak młodego - mruknął.
  -Nigdy w lustro nie spojrzałeś? - odparowałam, wywołując uśmiech na twarzy chłopaka.
  -Co ty na to, żebyśmy odłożyli broń i załatwili to w inny sposób? - zaproponował.
  -W jaki? - moja dłoń odruchowo zacisnęła się na rękojeści noża.
  -Powalczmy na pięści - wyszczerzył się. Odetchnęłam głęboko. Miałam pomysł, który był tak samo szalony co niebezpieczny. Gwałtownie zgięłam nogę w kolanie, waląc nim chłopaka w brzuch. Dzieciak skulił się, poluźniając chwyt. Wybiłam mu broń z ręki i przewróciłam go na plecy. Jedną dłonią zablokowałam jego ręce, a drugą nadal ściskając nóż przyłożyłam mu go do gardła.
  -Teraz to ja spytam kim jesteś - zarechotałam, przechylając głowę w bok.
  -Słodko... - uśmiechnął się chłopak szeroko. Mimo, że był moim wrogiem, uśmiechał się całkowicie szczerze. - Jestem Natay, a teraz... - zawahał się. Po chwili leżałam już na ziemi, a chłopak siedział mi na podbrzuszu. - Teraz czas na ciebie, dziecinko. Jak masz na imię? - oblizał usta wodząc tępą stroną mojego noża po mojej klatce piersiowej.  Splunęłam mu w twarz. Otarł strużkę śliny spływającą po jego policzku i zamknął ozy. Zza pleców wyjął mały, damski pistolet i wymierzył nim w moje serce. Zadrżałam. Wiedziałam, że przeżyję. Nie wiem czemu, ale byłam o tym całkowicie przekonana. Mój mózg zauważył coś, czego ja jeszcze nie spostrzegłam. I nagle walnęło mnie olśnienie. Kiedy przewróciłam chłopaka na plecy, położyłam go na mojej kryjówce. Jeśli dobrze myślę, to to co trzyma w rękach ten cały Natay, jest MOJĄ bronią z MOJEJ  skrytki. A MOJA broń leżała tam nienaładowana.
  -Żegnaj, dziewczynko - wyszeptał chłopak, po czym usłyszałam ciche kliknięcie. To Natay pociągnął za spust.
  -Luza! Co się dzieje?! - zawołał Barney, wpadając do pokoju. Zaniemówił, widząc jak siedzę po turecku na plecach obezwładnionego chłopaka. Nagle mój 'ojciec' podbiegł do mnie, złapał za ramiona i potrząsając moją osobą, raz po raz krzyczał moje imię.
  -Ej, Luza, no! - wrzasnął już ten teraźniejszy, szesnastoletni Natay. - Co ci jest?! Stoję za tobą już kilka minut!
  Rozejrzałam się zdezorientowana. Siedziałam na dachu z nogami przewieszonymi poza krawędź budynku. W moje dłoni spoczywał nadpalony papieros, żarzący się się powoli. Uśmiechnęłam się na wspomnienie swojego pierwszego razu. Wsadziłam przyczynę mojej powolnej śmierci w zęby i stanęłam przodem do Natay'a prawiącego mi kazanie na temat mojej nieodpowiedzialności.
  -Oj zamknij się. Zachowujesz się jak niańka - warknęłam wyjmując z pomiędzy warg. Wydmuchnęłam dym, po czym zamknęłam usta chłopaka swoimi. Złapałam za jego kark i przycisnęłam go do siebie mocniej. Kiedy odepchnęłam go od siebie, stał jak przysłowiowy słup ~ zdrętwiały i cichutki. - Ja zmykam po Jake'a. Do zobaczenia w domu, kotku - oblizałam usta i zniknęłam na schodach prowadzących na dół, zostawiając mojego Słupa samego.
  Zapukałam kilka razy w drzwi. Po kilku takich razach miałam dość. Kopnęłam drzwi z całej siły i dopiero wtedy Smith łaskawie podniósł słuchawkę.
  -Tak? - wysapał, a ja westchnęłam ciężko.
  -Weź ty się nie zabawiaj z tą nową strażniczką w godzinach swojej pracy, stary dziadzie. Otwieraj - warknęłam. Drzwi stanęły otworem, ale stary pierdziel zapomniał odłożyć słuchawkę na miejsce. Z głośniczka nadal wydobywały się ciche jęki jego i młodej strażniczki. - Matko, co one wszystkie w nim widzą? - szepnęłam pokonując znajomą trasę. W myślach próbowałam zliczyć wszystkie kochanki Smitha, ale coś mi nie szło.
  Po wypełnieniu wszystkich formularzy, wyszłam z Zachodniego Skrzydła z Jake'm ramię w ramię. Ku jego zdziwieniu nikt na nas nie napadł, mimo że był dość dobrze ubrany i miał ze sobą wypchany po brzegi plecak. Całą drogę gawędziliśmy o wszystkim i o niczym, żeby tylko uniknąć ciszy. Jake był tu nowy i nie wyczuwał niebezpieczeństwa, ale ja wiedziałam, że chłopak oddycha tylko dzięki mojej obecności. Tacy jak on nie poznali jeszcze smaku prawdziwego strachu o swoje życie i cały czas bujali w obłokach.
  Wszystko będzie dobrze, wygram każdą walkę. Przecież byłem tym, tym i tamtym! Ja miałbym przegrać?! - tak właśnie myślą ludzie, którzy pojawili się tutaj przez swoją głupotę. Zostali złapani po popełnieniu jednego błędu, wplątali się w ciemne interesy lub byli w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Nagle coś zamigotało mi w głowie. Miałam plan jak pokazać Jake'owi tutejsze realia.
  -Stój, Jake! Czekaj na mnie tutaj! Ja lecę się wysikać! - zawołałam odbiegając między bloki. 

No, dawaj kotku. 
Kto jest silniejszy?
 Ty ze swoją wolą życia
 i instynktem konia
 czy bezlitosne miasto,
 które pochłonie cię szybciej
 niż zdążysz to zauważyć?

  Przez chwilę nic się nie działo. Nagle coś błysnęło, a Jake złapał się za ramię, wrzeszcząc jakby go ze skóry obdzierali. Rozejrzał się niespokojnie, a spomiędzy jego palców zaczęła wyciekać krew. Kolejna strzała przeleciała obok chłopaka i napięła żyłkę, która rozcięła jego łydkę. Westchnęłam, kręcąc głową. Wyjęłam broń z kabur. Powietrze świsnęło. Kilka odgłosów wystrzału trochę mnie zdziwiło, więc byłam jeszcze bardziej czujna niż do tej pory. Z zaułków powychodzili napakowani faceci, wymachujący pałkami.
  -I kto ci teraz pomoże chłopczyku?  - zapytał jeden z nich rechocząc obleśnie. Skrzywiłam się, licząc szybko napastników. Ośmiu, nie licząc człowieka strzelającego żyłkami i tego, którego przed chwilą zabiłam, leżący za moimi plecami. Wymierzyłam w dwóch mężczyzn stojących daleko od siebie i wystrzeliłam. Oboje osunęli się na ziemię martwi. Przyjrzałam się dokładniej pozostałej szóstce, która obracała się we wszystkie strony, szukając mojego położenia. Dwóch z nich miało przy sobie broń palną. Zabawne, że to właśnie tych ludzi zastrzeliłam. Trzecią posiadał człowiek od strzał. Schowałam swoje pistolety i wyszłam z cienia. Pstryknęłam zapalniczką, zwracając całą uwagę na siebie.
  -Co jest, Scarlet? Twój kumpel ma kłopoty, a ty sobie palisz? - zawołał jakiś facet. Zignorowałam go całkowicie, przyglądając się żyłce błyszczącej w słońcu. Śledziłam wzrokiem kierunek błyszczącej nitki, dopóki nie zobaczyłam skąd nadleciała. Wystrzelona z naprzeciwka. Wpatrywałam się w okna bloku spod opadającej mi na oczy grzywki. W jednej z dziur (pozostałość po wyłamanym oknie) dostrzegła ruch. Szybko wyciągnęłam broń i koleś od strzał był już albo martwy, albo ciężko ranny. Uśmiechnęłam się szeroko i stanęłam plecami do Jake'a.
  -Zatańczmy, panienki! - zawołałam, rozkładając ramiona. Mężczyźni rzucili się na mnie z dzikim wrzaskiem. Po kilku chwilach wszyscy leżeli martwi. Pobieżne oględziny ciał usatysfakcjonowały mnie bardziej niż się spodziewałam. - Prosto w lewe oko - uśmiechnęłam się zwycięsko. Zaczęłabym się głośno śmaić, gdyby nie rwący ból w lewym udzie. Spojrzałam w dół, poważniejąc. Moje oczy znów ziały obojętnością na kilometr, a ja nie odczuwałam żadnego bólu, ciepła, zimna... Nic. 
  Odwróciłam się i szybkim krokiem weszłam do budynku. raz dwa obliczyłam w którym mieszkaniu znajdował się strzelec. Zastałam go tam, gdzie podejrzewałam, rannego, ledwo dyszącego i próbując zatamować krew płynącą powoli z jego brzucha. 
  -Dobij.. mnie. Proszę.. - wycharczał, opluwając się kolejną porcją krwi. Podeszłam do 'okna' i wyjrzałam z niego. Nie było tak wysoko.
  -Ciekawiło mnie zawsze czy ranny człowiek przeżyje upadek z pierwszego piętra. A ty? Co o tym sądzisz? - spytałam uśmiechając się diabelnie do delikwenta. Zaczął krzyczeć, żebym go szybko zabiła strzałem w głowę. Krzyczał głośniej, kiedy podniosłam go do góry jak księżniczkę. Jego wołanie ucichło, kiedy wyrzuciłam go przez okno jak księżniczkę. Kiedy usłyszałam głuche uderzenie, zeszłam powoli po schodach. Jake klęczał przy ledwo zipiącym kolesiu.
  -Trzeba mu pomóc! On umrze! - zawołał zrozpaczony.
  -Ojejku. A jednak potwierdziłeś moje obawy. Jednak przeżyłeś - warknęłam, przeładowując znalezioną broń. Zignorowałam słowa Jake'a, który patrzył na mnie przerażony.

Tak to już jest, skarbie.
Tutaj liczy się tylko twoje życie.
Niczyje więcej, więc żyj.

  Ku większemu przerażeniu Jake'a, wymierzyłam strzał w stopy rannego. Potem przedziurawiłam mu łydki, uda, dłonie, przedramiona i ramiona. Kucnęłam obok prawie martwego chłopaka i wsypałam mu w ranę na brzuchu garść piasku. Gołą ręką upchałam tam więcej piasku, który powoli zabarwiał się na bordowo. 
  -No. Myślę, że tyle wystarczy - powiedziałam wstając. Przedziurawiłam chłopakowi łeb i zwróciłam się do Jake'a.
  -Jak mogłaś?! Przecież to też jest człowiek! Jesteś okrutna! - zawołał. Wydawało mi się przez chwilę, że przede mną nie stoi dorosły facet, tylko małe, pięcioletnie dziecko.
  -Okrutna byłabym zostawiając go samemu sobie zaraz po zapiaskowaniu jego rany, a obok jego głowy położyłabym pistolet. Poza tym był jednym z tych, co cię zaatakowali. To on cię zranił - powiedziałam spokojnie. 
  -Więc trzeba było go szybko zabić! Tak, żeby nie cierpiał! Ty go torturowałaś! - zawołał przejęty. Kucnęłam przed nim. Coś we mnie zawrzało.
  -Lepiej dziękuj temu w co wierzysz, że żyjesz. To jest Nr.1. Tu zabija się każdego, kto chociaż trochę zajdzie ci za skórę i czerpie się z tego przyjemność, bo to praktycznie jedyna rozrywka. Ja odbieram życia nawet dlatego, że się nudzę. To jest już jak oddychanie. Niby odruchowe, ale cholernie potrzebne. Dla mnie to jest jak gra. Pamiętaj. Żeby tu przeżyć, musisz być bezlitosny. Tak to już jest na tym świecie. Słabi giną pierwsi, a silni zabijają siebie nawzajem. Poza tym musisz być czujny cały czas. Tutaj nie ma rzeczy takich jak poza tymi murami. Tutaj nikt nie będzie cię pytał czy jesteś zdrowy, czy dasz radę walczyć, czy jesteś gotowy... Tutaj od razu ktoś wpakuje ci kulkę w łeb albo nóż między żebra. Rozumiesz to? Musisz mieć dobry refleks, musisz być nieprzewidywalny, musisz mieć pokerową twarz, nie możesz pokazywać strachu. Musisz umieć zabijać z uśmiechem na ustach. Musisz być gotowy na walkę, kiedy gotowy nie jesteś. To jest Nr.1, to miasto rządzi się swoimi prawami. Zabijaj, żeby móc przeżyć i rób to, na co twój przeciwnik nie jest gotów - odetchnęłam głęboko, widząc, że coś do Jake'a dotarło. Byłam z siebie dumna. Może chłopak przeżyje dwa dni dłużej, kiedy będzie musiał poradzić sobie beze mnie. Wyjęłam z jego plecaka dwie dziwnie wyglądające szmaty i obwiązałam nimi jego rany. Pomogłam mu wstać i odpaliłam papierosa, zbierając broń zabitych przeze mnie ludzi. Jedyne co zostawiłam to trzy drewniane pałki bez gwoździ w nią wbitych i łuk 'torturowanego' chłopaka. Jako jedyni żywi w tym miejscu, ja i Jake ruszyliśmy do bazy mojego gangu. Byłam w wyśmienitym nastroju, ale Jake szedł za mną markotny i jakiś nieobecny. Cóż, chyba każdy by taki był, jakby ktoś nagle mu powiedział, że musi cieszyć się z popełnionych przez siebie morderstw. 
  Uśmiechnęłam się sama do siebie. Na następne trzy dni, mój i Barney'a gangi będą mieszkać w jednym bloku, opracowując trzy plany. 

PIERWSZY  treningowy.
DRUGI   ucieczki z Nr.1.
I TRZECI   ...

PLAN ODNALEZIENIA MOJEJ MACOCHY.


***

ooo ludzie ;___;
wreszcie skończone xD
teraz biorę się za Wieczór kawalerski Belzeebuba
nie 'teraz' dosłownie, ale jutro xD
miłych wakacji xD
TO PIERWSZY ROZDZIAŁ NAPISANY 
NA WAKACJACH 2014r!!!

cieszmy się nakazuję! xD
idźcie pływać, bo ja tak mówię. o.
dziękuję, to tyle, do widzenia.