czwartek, 30 stycznia 2014

Rozdział 4, czyli Bitwa : jestem zagrożona

witam! ^^
trochę mi zajęło napisanie 4 rozdziału, ale cóż..
ważne, że wreszcie jest xD
no to co?
ciekawi, co działo się dalej?
ja też xD

***

  -Czyli, że za dwa tygodnie wracam do Nr.1, tak? -spytałam stojąc na balkonie. Natay potwierdził. - Wracaj tam dziś, zajmij się naszymi...
  -Zostanę z tobą - przerwał mi pewnym głosem. - Od samego początku prawie się nie rozstajemy. Od momentu kiedy się poznaliśmy nie odstępujesz mnie na krok..
  -To nie prawda! To ty..
  -Daj mi skończyć.. - zaśmiał się. - Trzymaliśmy się razem prawie 6 lat.. Czemu dopiero teraz każesz mi odejść?
  -Nie każę ci mnie opuszczać, tylko mówię, żebyś wrócił na dwa tygodnie do Nr.1 i zajął się moją bandą idiotów.. Których nazywamy rodziną - zaśmiałam się, ale chwilę potem spoważniałam. - Teraz będę na celowniku Stelli.. Jest potężnym przeciwnikiem. Nie chcę, żeby coś ci się stało.. Czy ty myślisz czasami o tym co czują inni? - spytałam próbując opanować rosnącą wściekłość. Zacisnęłam dłonie na poręczy balkonu, żeby nie podejść do pierwszego lepszego człowieka, który się nawinie i nie poderżnąć mu gardła nożem do smarowania masła. Metalowy pręt wbijał mi się boleśnie w ręce, co chwilowo opanowało moją złość. Po kilku sekundach uporczywego milczenia, Natay wreszcie się odezwał, ale jak to zawsze bywa walnął takim tekstem, że mało nie upadłam..
  -A ty co czujesz? - spytał podchodząc do mnie i odwracając tak, żeby stanąć ze mną twarzą w twarz.
  -Jeśli ci powiem, to pojedziesz? Przysięgasz, że pojedziesz? - upewniłam się. Natay kiwnął głową. Westchnęłam ciężko opuszczając bezradnie ramiona. - Boję się, że coś ci się stanie.. Wiem, że jesteś silny, ale to uczucie jest o wiele silniejsze. Za każdym razem tak mam. Zastanawiałam się o co może chodzić, ale dopiero Can pomogła mi zrozumieć, że... - zawiesiłam się w pół zdania.
  -"Że".. "Że" co? - drążył chłopak łapiąc mnie za ramiona. Ścisnął je tak mocno, że moja wściekłość powróciła ze zdwojoną siłą. Byłam zła sama na siebie za to, że ukrywałam to uczucie.. Stanęłam na palcach i przycisnęłam usta do ust Nataya.
  -Że cię kocham, idioto?! - krzyknęłam. Spłonęłam rumieńcem, gdy doszło do mnie co właśnie zrobiłam.
  -Nie powinnaś się przemęczać - powiedział podnosząc mnie do góry jak księżniczkę. Zrobił to tak gwałtownie, że przestraszona objęłam go kurczowo ramionami za szyję. Wniósł mnie do pokoju i usiadł na łóżku. Posadził mnie sobie na kolanach i przytrzymał kiedy chciałam uciec.
  -Zapomnij - powiedziałam i poczułam dziwny uścisk w sercu. - Jesteśmy przyjaciółmi. Nic więcej. Cholera, że też muszę zawsze coś palnąć.. - wymruczałam  przyciskając dłonie do twarzy. Natay złapał mnie za nadgarstki i podniósł je do góry gwałtownie. Przylgnął do mnie wargami. Zesztywniała czując, że opuszczają mnie wszystkie siły. Zwiesiłam bezwładnie ramiona, a chłopak położył jedną rękę na moich plecach, drugą wplatając w moje włosy. Przymknęłam oczy. To nie był pocałunek taki jak zwykle, czyli pusty, bez znaczenia, wymuszony podnieceniem. Ten był przepełniony uczuciami.
  -Masz moją odpowiedź - powiedział opierając czoło o moje rozgrzane czoło. Podskoczyłam, gdy ktoś zapukał w drzwi. Momentalnie zeskoczyłam z kolan Nataya poprawiając nerwowo koszulkę. Uśmiech chłopaka zniknął. W progu stanął koleś z ochrony ojca.
  -Pan Natay? - spytał, a ja zrozumiałam, że kolo w garniturze wypełnił moją prośbę.
  -Yhym..
  -Samochód już czeka - powiedział łysol. Natay spojrzał na mnie zaskoczony, a ja wzruszyłam ramionami. Drzwi zamknęły się za ochroniarzem ojca.
  -Wiedziałaś? - spytał mnie chłopak.
  -Sorry. Sama kazałam im po niego pojechać - uśmiechnęłam się smutno. Wstałam z poważnym wyrazem twarzy i nakazałam Natayowi gestem ręki, by zrobił to samo. Stanęliśmy twarzą w twarz, jednak musiałam odchylić nieco głowę do tyłu, żeby spojrzeć prosto w oczy chłopaka. Przyłożyłam dwa palce do czoła. Chłopak odwzajemnił salut.
  -Wice kapitanie, Natayu Backu. Idź do naszych kompanów. Idź i czyń swą powinność.. - powiedziałam siląc się na poważny głęboki ton głosu.
  -Rozkaz, pani kapitan, Luzo Scarlet... Albo może.. Lucy Tebal? - wyszeptał nachylając się nade mną. Damn.. Czemu w jego ustach moje prawdziwe imię i nazwisko brzmiało tak gorąco?!
  -Głupek - odepchnęłam go lekko. - Ona już nie istnieje! A teraz idź jak ci kazałam! I spróbuj zwerbować jeszcze kogoś.. Szykujemy się na wojnę..
  -Hee? - zdziwił się zbierając swoje rzeczy.
  -Złożymy niezapowiedzianą wizytę mojej kochanej macosze - uśmiechnęłam się na samą myśl o jej wypatroszonym ciele. W głowie już układałam plan.
  -Jesteś przerażająca - powiedział Natay ze śmiechem. Podszedł do mnie. - No to...
  -Widzimy się za dwa tygodnie, stary.. Trzymaj się - potknęłam pięścią jego ramienia. Pogłaskał mnie po policzku.
  -Pa - pomachał mi i wyszedł zamykając za sobą drzwi. Rzuciłam się na łóżko powstrzymując łzy. W końcu nie wytrzymałam i wybuchłam płaczem. Przycisnęłam poduszkę do twarzy by stłumić odgłos szlochu. Wyszłam na balkon, ale znów ogarnęła mnie fala smutku, a z oczu pociekły nowe łzy. Chciałam wybiec, przytulić Nataya i powiedzieć, żeby nie jechał, ale tutaj nie było bezpiecznie.. To brzmi śmiesznie, ale w Nr.1 byliśmy bezpieczniejsi. Tam każdy walczy otwarcie, wiesz kto jest twoim wrogiem i wiesz koto masz atakować.. Tutaj każdy może być tym złym. Przekupiony lekarz, który rozkaże cię operować, a podczas operacji niby coś pójdzie nie tak i PYK! nie żyjesz.. Natay nie był tu bezpieczny.. Nagle drzwi otworzyły się. Odwróciłam się ściskając mocniej poduszkę. Zaczął wiać wiatr.
  -Zapomniałem ci coś.. - Natay przerwał w pół zdania stając jak słup w progu, a ja nadal ściskając poduszkę przy klatce piersiowej, próbowałam przestać płakać. Otarłam szybko łzy rękawem piżamy i pociągając nosem, uśmiechnęłam się.
  -Co tak stoisz? - próbowałam zgrywać idiotkę. Wiedziałam, że widział, ale myślałam, że jeśli będę zachowywać się normalnie, to nie będzie drążyć tematu. Podeszłam do niego żwawym krokiem i pacnęłam go lekko w ramię. Rzuciłam poduszkę na łóżko, ale stałam w miejscu uśmiechnięta z zaciśniętymi pięściami.
  -Co się stało? - spytałam patrząc w niebieskie zmartwione oczy Nataya.
  -Czemu.. ty.. tam.. ty.. - zaczął, ale powstrzymała go gestem ręki.
  -Płakałam, to płakałam. Na chuj drążyć? - uśmiechnęłam się szeroko, ale w środku walczyłam ze sobą, żeby się nie rozbeczeć. Usiadłam na łóżku. - Pospiesz się, bo musisz jechać. Can czeka..
  -Ja ci zaraz dam "Can czeka" - pogroził mi palcem. - Zostaję z tobą.
  -Co? Ale..
  -Żadnego "ale" młoda.. - poczochrał mnie po włosach. - Zostaję i kropka.
  -A rób co chcesz - westchnęłam, ale trzy dni później...
  -Jedziemy do Nr.1 - oświadczyłam  Natayowi siedząc na fotelu w salonie tatuażu. Koleś (chyba właściciel) właśnie kończył robić mi tatuaże w poprzek obu bicepsów.
  -Ale tobie nie wolno jeszcze! - zaprzeczył Natay kiedy szliśmy już do sali szpitalnej.
  -Mi wszystko wolno. Powiedzieli, że dadzą mi tylko kołnierz usztywniający na kark i zapas świeżych bandaży, a za miesiąc mam przyjść na zdjęcie szwów. - powiedziałam jednym tchem.
  -Kiedy? - spytał zdawkowo.
  -Jutro z jak tylko się obudzimy - mrugnęłam odwracając się do niego tyłem i zdejmując koszulkę.
  -Musisz? - jęknął. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Nałożyłam koszulkę, którą przeznaczyłam na piżamkę i położyłam się na łóżku.
  -Dobranoc - ziewnęłam kuląc się i rozciągając się na całą długość łóżka, na które własnie wgramolił się Natay. - Co ty robisz?
  -Chcę mieć pewność, że nie płaczesz - mruknął oplatając mnie rękami. Westchnęłam cicho i wcisnęłam się głębiej w jego ramiona.
  Obudził mnie przeraźliwy krzyk. Poderwałam się do góry i podbiegłam do okna, a za szybą...
  -Can.. Wszyscy.. - szepnęłam. Przyłożyłam rękę do szkła, które pękło pod moim naciskiem.
  -Luza! - usłyszałam krzyk, podczas gdy ja spadałam. Nagle znów byłam ośmioletnią dziewczynką. Tym razem nie miałam takiej możliwości, żeby upaść na coś w miarę miękkiego. Zapragnęłam, żeby  ktoś mnie złapał, uratował. Nagle poczułam twardość betonu. Ból z czaszki i karku promieniował do całego ciała. Otworzyłam oczy. Przede mną stała Stella i trzymała za włosy, klęczącego twarzą do mnie, Nataya.  Do jego skroni przykładała pistolet. Złapał ją za rękę i wstał. Jednak nie podszedł do mnie, tylko splótł swoje palce z jej i wyszczerzył się do mnie. Wyciągnął przed siebie rękę, w której spoczywał karabin. Usłyszałam wystrzał. Zdążyłam tylko zamknąć oczy i uronić ostatnią w życiu łzę.
  -Czemu? - szepnęłam. Nagle ktoś dotknął mojego policzka. Otworzyłam oczy. Znów byłam w sali szpitalnej, a przed swoją twarzą widziałam tą samą łagodną twarz Nataya. Patrzył na mnie smutnym wzrokiem, a jego dłoń błądziła po moich włosach.
  -Znowu płakałaś - szepnął. Nagle zapragnęłam być znowu w Nr.1, wyciągnąć spod poduszki pistolet, wparować do czyjegoś mieszkania, z daleka od mojego, i zabić każdego kto stanie mi na drodze. To byłoby bardzo odprężające. - Opowiedz mi co ci się śniło...
  Odetchnęłam przypominając sobie całą historię i opowiedziała ją ze szczegółami. Gdy skończyłam, chłopak siedział na łóżku pocierając dłońmi twarz.
  -Ja cię zabiłem.. i poszedłem z twoją matką.. tą Stellą? - szepnął. Kiwnęłam głową i poczułam, że po policzku spływa mi łza. Wstałam i szybko poszłam na balkonik. Otarłam koszulką nadal płynące łzy, jednak, gdy chciałam głębiej odetchnąć, z mojego gardła wydobył się zduszony szloch. Nogi rozjechały mi się na podłodze. Przytknęłam dłonie do ust, ale to i tak nie pomogło. Płakałam i płakałam, nawet jeśli przez to nie dałam rady oddychać. Natay ukląkł naprzeciwko mnie i oderwał moje ręce od twarzy. Wziął moją głowę w swoje duże, ciepłe dłonie i uniósł do góry.
  -Przestań płakać. To tylko sen - powiedział miękkim głosem.
  -Nie mogę.. Jak już zacznę to nie przestanę - odparłam ocierając oczy. Poczułam lekkie szarpnięcie. Nagle moje ciało odmówiło posłuszeństwa. Zagrzmiało i zaczął padać deszcz mieszając się z moimi łzami. Zimno podłogi nie było już tak odczuwalne, kiedy Natay trzymał mnie ciepłymi rękoma i przyciskał swoje usta do moich. Otworzyłam szerzej oczy ze zdziwienia. Odsunął się i spojrzał na mnie z uśmiechem.
  -Przestałaś płakać - powiedział opierając się czołem o moje czoło. Twarz chłopaka była zarumieniona mimo zimnego deszczu. Natay parsknął śmiechem. - Powinnaś pójść na konkurs na najlepszego buraka roku. Pierwsze miejsce murowane.
  -Mówisz o sobie, prawda? - burknęłam z uśmiechem, pociągając nosem. Chłopak zakrył twarz.
  -Zamknij się - mruknął odwracając wzrok. Uśmiechnęłam się promiennie.
  -Dziękuję - szepnęłam zanim znowu się pocałowaliśmy.
***
  Obudziłam się siedząc na podłodze wtulona w obejmującego mnie Nataya. Uśmiechnęłam się pod nosem. Wyśliznęłam się z objęć i podeszłam na paluszkach po swoje rzeczy. Rzuciłam je na łóżko i zdjęłam koszulkę służącą mi za piżamkę. Przechodząc ponownie obok łóżka walnęłam się z całej siły na łóżko, które zaklekotało głośno, budząc Nataya, który automatycznie poderwał się do góry. Podniosłam się na łokciach i rozciągnęłam usta w szerokim uśmiechu.
  -Ty to robisz specjalnie - poskarżył się chłopak, gdy  już byłam ubrana w swoje codzienne ciuchy. Przewróciłam oczami, wzdychając ciężko.
  -No co ty? Nie! Wcale! - powiedziałam ironicznie, po czym oboje wybuchliśmy opętańczym śmiechem. 
  Po kilkunastu minutach (czytaj : po zjedzeniu dużej ilości zapasów szpitalnych) wsiedliśmy do samochodu. Czas dłużył mi się niemiłosiernie. Kręciłam się na siedzeniu jak mały, niewyżyty bachor. Złapałam Nataya za rękę i zaczęłam się bawić jego bandażem. W końcu, kiedy zobaczyłam mury Numeru 1, zaczęłam podskakiwać na siedzeniu. Mało nie oszalałam widząc znajome budynki i te same parszywe mordy co przed trzema tygodniami. Wreszcie samochód się zatrzymał. Otworzyłam drzwi i skoczyłam Candy na szyję.
  -Can! - zawołałam tuląc się kurczowo do przyjaciółki. Pogłaskała mnie po pleckach i odsunęła patrząc na moje ciało od góry do dołu.
  -Jesteś pewna, że to ty? - spytała, a ja roześmiałam się w głos. Natay wziął mnie za rękę, a Can otworzyła szeroko oczy. - Chyba jest coś o czym powinnam wiedzieć..
  Natay przytulił mnie kiedy jakiś chłopak z naszego gangu chciał mnie uścisnąć w biegu. Wymienili się spojrzeniami. 
  -Jesteśmy parą - powiedział odwracając się w stronę Can i pocałował mnie wśród wiwatów i oklasków ze strony wszystkich zgromadzonych. 
  -Gratulacje! - krzyknęła Can chcąc przekrzyczeć tłum. Musiałam przysunąć się bliżej, żeby usłyszeć cokolwiek. Zirytowana wyciągnęłam pistolet i strzeliłam w niebo. 
  -Cisza! - ryknęłam nadal trzymając rękę w górze. Nagle wszyscy zamilkli. Nikt się nie ruszał. Opuściłam rękę i schowałam spluwę do kabury. - To nie jest jedyna nowinka tego dnia..
  Podeszłam do samochodu i wyciągnęłam z niego opierającego się ojca do środka grupy. Otrzepałam trochę jego garnitur z kurzu. 
  -To jest mój ojciec - powiedziałam i odsunęłam się, patrząc jak Can podchodzi do Aleksa. Dziewczyna zamachnęła się i... klepnęła mojego ojca przyjacielsko w plecy, chociaż on sam wzdrygnął się, gdy oddział go otoczył ciaśniejszym kręgiem. 
  -No to żeś se córeczkę sprawił.. Współczuję! - wrzasnął ktoś z tyłu. Krąg ludzi buchnął śmiechem. Nagle ktoś wystrzelił, a cała banda gangsterów wypadła na ulicę.
  -Can! Weź mojego ojca i schowaj go gdzieś! Nie wiem czy się zatrzymają! - wrzasnęłam przekrzykując tupot kilkunastu nóg. Wyciągnęłam broń. Ku mojemu zdziwieniu, ci "gangsterzy" pędzili prosto na mnie. Kiedy pierwszy z nich był blisko, wyciągnął ręce i ...
  - Luza! Matko, co ci się stało?! Martwiliśmy się! - zawołał Barney podnosząc mnie wysoko, a potem przytulając do siebie. Jedni stali naokoło mnie, a inny otaczali Nataya, poklepując go po ramionach. 
  -Tato! Możesz wyjść! - zawołałam po kilku minutach. Barney zastygł słysząc moje słowa.
  -Tato...? - szepnął, a ja pokiwałam głową.  - Biologiczny ojciec najsilniejszego więźnia Nr.1 wkracza na scenę! - zawołał z uśmiechem, który po chwili zgasł. Uniósł pięść, a ja nie zrobiłam nic. Złożyłam obietnicę. Nie mogę palcem tknąć Aleksa. Ja i moja drużyna nie możemy, ale Barney tak. Ojciec zachwiał się i padł jak długi na ziemię. - A to za to, że mimo swojej pozycji w rządzie, wysyłasz tu dzieci! Wysłałeś tu własną córkę! - wrzasnął, a ja poczułam ulgę. Nareszcie ktoś zrozumiał co chcę zrobić. 
  -Ej.. Barney.. bez przesady. Sam bym chciał go ukatrupić, ale możemy nie teraz? - westchnął Natay.
  -Lucy, kochanie - usłyszałam, kiedy ojciec wstał z ziemi. - Chcesz wrócić do domu? Do bezpiecznego miejsca? Nie będziesz musiała zabijać.. Nie chciałabyś wrócić do rodziny..?
  -Że co? - warknęłam wreszcie racząc na niego spojrzeć. - Może i jesteś moim biologicznym ojcem, ale straciłam do ciebie nie tyle szacunek, co miłość. To nie ty mnie wychowałeś, tylko Barney i jego gang. Do rodziny wrócić? - zaśmiałam się gorzko. - Chyba żartujesz. Teraz to jest moja rodzina. Bezpieczeństwo umiem zapewnić sobie sama, a zabijać to ja lubię. - zamyśliłam się przez chwilę patrząc w smutne oczy ojca. -Powinieneś to zauważyć, kiedy tu przyjechałeś. Nie znasz mnie. Gdybyś mnie wypuścił, to zabiłabym znowu. A nawet więcej. Tym zabitym mógłbyś być ty.
  Nikt nie zamarł. Wszyscy wiedzieli kim jestem i co lubię. Stali kiwając głowami, w pełni się ze mną zgadzając. Ojciec tylko patrzył na mnie bezradnie smutnymi oczami. 
  -Tak.. Przepraszam, że cię zmuszałem do normalnego zachowania. Naprawdę mi przykro. - powiedział. Otrzepał garnitur i rozłożył ręce. - Chodź i przytul mnie ten ostatni raz jak Lucy.
  Podeszłam sztywno i ścisnęłam szybko ojca. Odsunęłam się. Ojciec kiwnął na Jake'a.
  -Ja zostaję tutaj - powiedział chłopak przechodząc na moją stronę. Przybiliśmy piątkę. Aleks spojrzał na mnie zdziwiony.
  -Na mnie nie patrz. Wczoraj się dowiedziałam - powiedziałam dłubiąc małym palcem w uchu. - Teraz jest z nami. Chory chłopak, ale takich nam tu trzeba - uśmiechnęłam się. - Wyjeżdżając, podwieziesz nas do Kwatery Głównej?
  Aleks pokiwał głową. Wskazał kciukiem drugi czarny samochód. 
  -Jedziecie tamtym - powiedział patrząc w ziemię. Nic sobie nie robiąc ze smutku ojca, wsiadłam do samochodu razem z Jakem. Zostawiając swój gang pod opieką Can i Nataya pojechałam na granicę Nr.1, wymyślając kłamstwa o przeszłości chłopaka siedzącego obok i wszystko mu tłumacząc.
  -Masz szczęście, że jestem w tym dobra.. - westchnęłam kiedy wszystko było już ustalone. Spojrzałam za okno. -Ahh.. Te wspomnienia. - uśmiechnęłam się lekko. Znów GO spotkam. Eh. Żyć nie umierać.

***

Ohh ahh.. 
rozdział 4 zakończony. 
dupa mnie boli ;_;
za długo pisałam ;_;
eh. xD
dobra 
lecę 
do Hachi 
na
noc
papaszky ;3