-Pytam ostatni raz! - wrzasnęłam kobiecie w twarz. - Kto i po co was tu przysłał?!
Nadal milczała. Za ścianą wrzeszczał Natay. Walnęłam pięścią w ścianę i wyszłam za drzwi w tej samej chwili co chłopak.
-Zamieńmy się - westchnęłam. - Nic nie chce mówić, do cholery.
-Ja też nie za wiele wyciągnąłem, ale wiem, że działają na zlecenie kobiety. Cały czas powtarzał "Nie wydam jej.." - Natay przewrócił oczami rozkładając ręce. Po chwili wszedł do pokoju, w którym przed chwilą byłam ja, zostawiając mnie bez słowa. Westchnęłam ponownie i poszłam wypytać faceta.
Podniósł wzrok. Próbował patrzeć obojętnie, ale widziałam w jego oczach strach.
-Czego się gapisz? - warknęłam opierając się o ścianę. Odrzuciłam głowę do tyłu.
-Nic ci o niej nie powiem.. - szepnął. - Nie wydam jej.. Nie wydam.. Nie mogę.. Zabije mnie... - szeptał jak mantrę. Nie powstrzymywałam wściekłości. Podeszłam i pięścią walnęłam w policzek faceta, aż zachybotał si na krześle.
-Mów do rzeczy, idioto! Dygasz się szesnastoletniej dziewczyny?! - wrzasnęłam. Po tym jakby wybudził się z trans. Poderwał się do góry, a ja w tej chwili żałowałam, że nie zabrałam mu broni. Z wyciągniętą spluwą kazał mi podejść do siebie. Podniosłam ręce i żwawym krokiem poszłam na wyznaczone miejsce.
-Nie jestem idiotą. Jestem Dark - warknął nieprzyjaźnie.
-No to, Dark - powiedziałam rozbawionym głosem. - Po cholerę bierzesz mnie na zakładnika?
Spojrzał na mnie jak na głupią debilkę.
-Żeby ten twój chłopak...
- Natay - wtrąciłam ze słodkim uśmiechem.
-Żeby Natay wypuścił Lilith. Wygląda na to, że wiele dla niego znaczysz - powiedział związując mi ręce na plecach.
-Mieszkamy razem. Robimy TO, wiec to jasne, że jestem dla niego ważna skoro żadna inna dziewczyna nie jest w tym tak dobra jak ja - uśmiechnęłam się do zarumienionego już mężczyzny.
-Nie odzywaj się, rozumiesz? - burknął czerwieniąc się jeszcze bardziej. Pociągnął mnie do drzwi, które zaraz potem zostały wyważone. Ja miałam przy sobie klucz, ale Dark nie pozwolił mi się przecież odzywać.
Facet zastukał do drzwi, za którymi był Natay.
-Dark. Opuść broń.. I tak ci nie ucieknę. Skocze tylko do kibla i wrócę, ok? - powiedziałam wystarczająco głośno, by mógł mnie usłyszeć Natay. Doszedł do nas odgłos szurania krzesła i kilka sekund później chłopak stał w drzwiach z kobietą, która okazała się być Lilith. Tak jak ja miała związane ręce.
-Wymieńmy się. Ja nic nie zrobię Lilith, a ty oddasz mi dziewczynę - powiedział Natay nie dopuszczając do głosu Darka, na co ten kiwnął głową. Puścił moje ramie i popchnął w stronę Nataya.
Ten facet musi się jeszcze wiele nauczyć...
Chłopak uwolnił moje ręce. Ani myślał wypuszczać Lilith. Przyłożyłam lufę do skroni kobiety, a Dark zastygł bez ruchu.
-Chcemy tylko wiedzieć czemu i od kogo dostaliście polecenie zabicia nas - powiedziałam. Mężczyzna westchnął zrezygnowany.
-To od żony tego polityka... Jak mu tam było? Tebal? Jakoś tak... - rozłożył ręce. - Nic więcej nie wiem.
Chwile stałam nieruchomo po czym poczułam wzbierający we mnie gniew. Nacisnęłam spust i kobieta padła bez życia. Dark zaniemówił kiedy padł drugi strzał.
-Co jeszcze wiesz? - spytałam ozięble.
-Albo go tak boli, że nie może mówić, albo właśnie przestrzeliłaś mu gardło - powiedział sarkastycznie Natay. - Uspokój się i chodź do szefa.
-Ta.. - warknęłam, ale nie ruszyłam się ani o milimetr. Dopiero gdy chłopak trzasnął drzwiami, otrząsnęłam się. Splunęłam na ciała, wbiłam ręce w kieszenie i poszłam ciężkim krokiem za Natay'em.
-Szefie! Wiemy kto na nas poluje! - zawołałam grobowym głosem od progu. - Ale najpierw ważniejsze sprawy.
-Co się stało? - spytał przerażony szef. - Usiądźcie i mówcie co się dzieje.
-Pamięta pan Lucy Tebal? - kiwnął głową zaskoczony. - Ja ją znałam. Na nieszczęście dla ciebie, a na szczęście dla mnie, ona się zmieniła. Umarła jej dawna osobowość. Nawet ciebie ledwo poznała, ale czekała cały czas...
-Gdzie ona jest? - przerwał mi ze łzami w oczach. - Jak się teraz nazywa? Nic jej nie jest?
-Czuje się dobrze. Jest na misji i ma na imię Luza. Luza Scarlet, tato - powiedziałam. Zapadła głucha cisza, wiec kontynuowałam dalej. - Tych zabójców nasłała moja matka, a twoja żona, Stella...
-Przestań! - przerwał mi. - Nie wiem skąd tyle wiesz o mnie i mojej rodzinie, ale wiem jedno. Lucy nie mogłaby być tobą! Ona muchy by nie skrzywdziła! Poszła do wiezienia tylko przez pomyłkę! To był błąd! Mój cholerny błąd! Gdybym nie traktował jej wtedy jak każdego innego dziecka, nie spotkało by jej to co się stało!
-Jak widać ludzie się zmieniają - westchnęłam. - Skoro twoim zdaniem nie jestem Lucy, to skąd miałabym wiedzieć, czemu to zrobiła? A teraz powiem ci coś, Alex. To nie był wypadek. Zabiłam Mata, bo tego właśnie chciałam. I co z tego, że był moim bratem? Był też pedofilem. Dla mnie był nikim... Może tego nie zauważyłeś, bo byłeś zajęty robotą, ale on mnie zgwałcił. Kilka razy.. Wiesz jaki to ból i szok dla dziewczynki, która ma osiem - dziesięć lat?! - wrzasnęłam zaciskając oczy, by powstrzymać łzy. Zapadła cisza gorsza od najgłośniejszego krzyku. Natay podszedł do mnie sztywnym krokiem i otarł mi policzki. Dopiero doszło do mnie, że płacze. Łzy lały się po moich policzkach strumieniami i nie mogłam ich zatrzymać.
-Skoro to czas szczerości to ci coś powiem, Natay - zwróciłam się do chłopaka. - Myślisz, że jestem twarda i nic mnie nie rusza, ale kiedy ty zasypiasz w swoim pokoju, ja cicho zamykam drzwi i ryczę w poduszkę. Nie dlatego, że boje się zabijać. Całe to zabijanie mam głęboko gdzieś. Płacze dlatego, że ciągle mam wrażenie, że Mat nagle wparuje do mojego pokoju. Dlatego, że jutro mogę stracić cały oddział. Dlatego, że za godzinę Can przy mnie nie będzie. Dlatego, że za minute ty możesz ode mnie odejść. Nie, że umrzeć, tylko, że odsuniesz się ode mnie, bo jestem zbyt chłopięca i strasznie silna. Boje się, że możesz być przeciwko mnie - uśmiechnęłam się, gdy nagle poczułam jakbym latała. Nogi się pode mną ugięły i poleciałam na ziemie. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Docierały do mnie tylko nieliczne słowa, które wypływały z moich ust.
-Tato... Idź sprawdź kogo tak naprawdę zatrudniłeś. Jeśli mi nie wierzysz, nadal będę tylko zabójcą.. Mordercą z Numeru 1, Luzą Scarlet... - wycharczałam ostatkiem sił.
* * *
Usłyszałam pikanie szpitalnej aparatury. Niczym nie mogłam ruszyć, czułam się jak mumia. Znów zanurzyłam się w ciemność, jednak wszystko słysząc.
-Tracimy ją! - dobiegł mnie krzyk. Poczułam puls elektroniczny przepływający przez moją klatkę piersiową. Wynurzyłam się nad powierzchnie mgły i otworzyłam oczy.
-Nie ruszaj się - ostrzegł mnie głos. Gwałtownie zamknęłam oczka. Grzecznie spełniłam polecenie. Poczułam ukłucie w rękę. Pikanie ustabilizowało się, a ja dostałam pozwolenie na otworzenie oczu.
-Ciekawe kiedy wyjdę ze szpitala...? - mruknęłam. Nagle zobaczyłam szybki ruch w kącie sali. Natay podbiegł do łóżka i wziął mnie za rękę. Na jego twarzy malował się niepokój.
-Luza.. - szepnął z ulgą widząc jak się uśmiecham. W kącikach jego oczu zaważyłam łzy.
-Nie płacz idioto - uśmiechnęłam się lekko. - Nawet nie wiadomo co mi było...
- Wiadomo - przerwał mi lekarz, który wchodząc do pokoju zakładał gumowe rękawiczki. - Przez cały ten czas nikt nie zauważył nic dziwnego. Kiedy byłaś młodsza miałaś uraz głowy, prawda?
Kiwnęłam głową i moje ciało przeszył promieniujący ból. Wygięłam się pod dziwnym kątem, ale gdy mi to nie pomogło, położyłam się z powrotem próbując nie oszaleć od bólu.
-Nie ruszaj się - powtórzył głos. - Ty nie czułaś tego, prawda? W wieku 14 lat dostałaś prętem w potylicę. A wcześniej miałaś uraz kręgosłupa.. Zgadza się?
Nic już nie słyszałam. Moje zmysły przyćmiły wspomnienia, które tak dobrze do tej pory maskowałam.
Miałam 8 lat. Kuliłam się pod kołdrą i udawałam, że śpię. Drzwi otworzyły się z trzaskiem.
-Kochanie! Zbieraj się! - krzyknęła mama przekrzykując odgłosy walki dochodzące z zewnątrz. Poderwałam się z łóżka i zobaczyłam przerażone twarze rodziców.
-Na jakiś czas pojedziesz do Mata. Ja i mama musimy coś zrobić... - powiedział tata pakując moje rzeczy do walizki. Cofnęłam się czując, że jest mi słabo. Oparłam się o parapet i otworzyłam okno stając do niego tyłem. W tym momencie pożałowałam tego, co zrobiłam. Czyjaś gruba, tłusta łapa złapała mnie za rękę i pociągnęła na zewnątrz. Spadaliśmy. Przyczepiłam się do ramienia grubasa i z całych sił próbowałam przesunąć się nad niego. W końcu przywarłam do niego. Zrobiłam to sekundę przed upadkiem. Coś gruchnęło pode mną. Z ust tamtego leciała krew. Z powodu odrzutu mój kark odchylił się za bardzo w tył. Tym razem nie mogłam się ruszyć. Potem obudziłam się już w pokoju Mata.
Podczas, gdy ja wracałam myślami do dnia kiedy zaczął się mój koniec, Natay trzymał mnie za rękę. Nagle drzwi się otworzyły i wszedł Alex. Niepewnie postawił kilka kroków w stronę łóżka. Patrzyłam na niego hardo w ogóle nie przypominając dziewczyny ze sceny w gabinecie. W reku trzymał żółtą teczkę do przechowywania informacji o więźniach. Wyglądał jak facet z filmów, które kiedyś z nim oglądałam. Otworzył teczkę i spojrzał na to co było w środku, po czym podszedł do łóżka i pewnym ruchem ujął mnie za nadgarstek. Popatrzył na wnętrze dłoni gdzie na środku widniała duża, nieregularnie wystrzępiona blizna.
Ojciec pokiwał głową jakby sam siebie próbował przekonać.
-A więc ty.. jesteś... nią? - spytał Natay wskazując na zdjęcie w teczce. Potwierdziłam niemym "tak". Wyciągnęłam rękę żądając dokumentu. Patrzyłam teraz na Lucy. Dobrą, małą, niewinną, brązowowłosą Lucy z niebieskimi oczkami i delikatnym, małym ciałkiem. Zdjęcie zostało zrobione kiedy miałam 9 lat, zaraz po morderstwie Mata. Po tamtym niewinnym dziecku pozostały tylko wspomnienia.
-Nie dostaniesz tej roboty - powiedział ojciec. Mrugnęłam zdezorientowana. - Teraz to wszystko ma sens. Dlatego Stella tak namawiała mnie do wzięcia kogoś z Nr.1. Wiedziała, że wybiorę najsilniejszych. A kiedy bylibyście na statku...
-Zabiliby mnie i moją bandę - wtrąciłam nagle wszystko pojmując. - Ona mnie nienawidzi, bo zabiłam jej synalka. Teraz chce wyeliminować mnie...
***
No więc.. Następny rozdział ukarze się.... Nie wiem kiedy, bo mi się nie chce pisać. Jestem chora i głowa boli.. Kupiłam sobie czapkę z uszami, bo mi mózg zamarzał. A teraz się roztapia, bo siedzę w czapce w domu ;-; dobra. do następnej notki na innym blogu.. papa :D